Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Demon III Powstanie - 7

(Bardzo dużo czasu minęło, odkąd napisałem coś z Demona. Dużo czasu minęło, odkąd byłem bardziej aktywny na portalu i obawiam się, że szybko się to nie zmieni. Dużo rzeczy na głowie, ale w końcu udało mi się zebrać w sobie i coś nowego napisać. Mam nadzieję, że ten odcinek przypadnie wam do gustu.

Pozdrawiam.

Kapelusznik)

 

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

1 grudnia

Valentia

 

Śnieg i szron zdobiły ulice stolicy Walencji. Valentia błyszczała w kryształkach lodu, niczym korona północy. Niosące miłość świata słońce, kryło się już za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi, którego sierp błyszczał na niebie, niczym uśmiech jakiegoś pogańskiego bóstwa. Wiatr zaśpiewał między ulicami i wielu wydawało się, że słyszą rechot, jednak go zignorowali. Albowiem sytuacja się zmieniła. Mimo chłodu na ulicach nie brakowało ludzi. Niedawne napięcie opadło i na twarzach wielu widać było spokój, lub uśmiech… na twarzach wielu, jednak z pewnością nie wszystkich.

Damian Halvarg szedł ulicami stolicy, gotując się ze złości. Jego krew bulgotała pod skórą, tworząc czerwone rumieńce na policzkach, widocznych nawet pod gęstą brodą. Właśnie wracał ze spotkania swojej partii i furia rozpalała go od wewnątrz. Minął lekko ponad tydzień od pamiętnego zebrania parlamentu, kiedy prosty bękart zmieszał go z błotem, a książę Hadrian zasiadł na tronie, z błogosławieństwem przeklętego cesarza. Purysta przeklinał pod nosem poparcie większości parlamentu dla nowego władcy i jego kompetencję. Byli tak blisko swego celu! Tak blisko! A ten książę i banda tajemniczych gnojków, którą się otaczał, była bliska zniszczenia wszystkiego, co starał się zbudować! Nie mówiąc, że część purystów, zaczynała mieć… „inne” wizje przyszłości.

Plan księcia już zaczął wchodzić w życie i okazywał się wielkim sukcesem. Ataki terrorystyczne zelżały, armia i milicja strzegły porządku publicznego oraz transportu żywności i surowców. Większość populacji była wdzięczna za złagodzenie napiętej sytuacji, a bojówki które trzęsły wieloma miastami zostały prawie w całości rozwiązane. Spekulanci zostali uspokojeni lub uciszeni, ustabilizowała się cena produktów spożywczych, a kapitaliści odetchnęli z ulga, widząc nowe ustawy prawne, broniące ich interesów. Podobnie robotnicy, chłopi i kryjący się pośród nich rewolucjoniści, z radością przyjęli reformę płacy minimalnej oraz godzin pracy. Stara i Nowa gwardia z satysfakcją odbierała odbudowę dumy armii oraz stanowczość młodego monarchy. A przeklęci reprezentanci mniejszości narodowych i etnicznych, niemalże całowali młodego króla po dupie, za wszystkie dekrety i zabezpieczenia ich żywota. Dotychczas, puryści mimo relatywnie małej reprezentacji w rządzie, mieli wielkie wpływy. Kapitalistom obiecywali bogactwa, Gwardzistom, odbudowę dumy armii, a chłopom wiarę. Z radą regencyjną, jego partia mogła prowadzić znacznie agresywniejsze działania i wymuszać kooperację i ustępstwa, w zamian za krótkotrwałe posłuszeństwo. Zaledwie kilka miesięcy temu, albo poprzez obietnice, albo strach, trzymali większość parlamenty w garści. Nawet z niewielkimi liczbami, kilku śmiało ignorować ich słowa i idące za nimi wpływy. Jednak Hadrian Anois, działał szybko i zdecydowanie, dając to samo co obiecywali puryści i więcej! Z każdym ruchem zdobywał władzę, kiedy puryści ją tracili. Byli tak blisko, obalenia władzy tej zgniłej rady, zdetronizowania żałosnego cesarza, który nigdy nie przejmował się losem jego ojczyzny i co ważniejsze: odbudowania potęgi Walencji.

Dawniej na tych ziemiach rozpościerało się jedno, wielkie, antyczne Imperium. Imperium Światła. Rozpadło się ono, na trzy części. Trzy diademy cesarskie i trzy wielkie rody: Południa, Północy i Zachodu. Imperium Anoskie, Cesarstwo Drekańskie i Święte Cesarstwo Detronii. Trzy części jedności. Jednak krew pochodząca z południa nie zdołała utrzymać w ryzach krwi północy. Walencja narodziła się jako nowe cesarstwo, niszcząc cesarstwo Drekańskie przy swoich narodzinach i przejmując diadem północy. Nawet Katastrofa, nie zdusiła ducha jego narodu. Kiedy pył opadł, Walencja nadal stała dumnie, jako jedno z nielicznych państw północy. Państwo które miało diadem cesarski z czasów zanim świat wpadł w paszczę ciemności. Państwo które miało siłę dyktować warunki… aż do momentu kiedy ród Handburgów przejął władzę… a Walencja osłabła. Wkrótce zaczęli przegrywać wojny i w tragicznym konflikcie z połowy siedemnastego wieku, młoda Varsja, odebrała Walencji diadem cesarski. Teraz byli tylko królestwem, nadal silnym i mającym potencjał, ale tylko królestwem.

Halvarg splunął na chodnik, widząc kolejną gazetę z uśmiechniętą twarzą młodego króla. Przeklęty gówniarz uśmiechał się i machał do ludu, jakby należał do niego. Ale polityk wiedział, że to wszystko fałsz. Kłamstwo! Ponieważ kiedy przyszło Pęknięcie, jego ród zdradził! Kiedy byli słabi, kiedy władcy i administracja byli mordowani przez przeklętych rewolucjonistów, zarówno cesarstwo, jak i carstwo, zabrały fragmenty terytoriów jego ojczyzny. A kiedy ostatni król, został zamordowany i tylko dwie siostry pozostały… korona jego ojczyzny trafiła na czoło tej, która spała z synem zdradzieckiego cesarza. Tego, który wbił im nóż w plecy.

Dla Damiana Halvarga pozycja Walencji była prosta. Było to silne państwo z silnym narodem, które wzbudzało strach. Tak więc, dwaj rywale, spiskowali i doprowadzili swoimi akcjami, do upadku jego kochanej ojczyzny i ostatecznie: unii personalnej z Imperium Feniksa. Tak jego ukochana ojczyzna, leżała pod butem Imperium od prawie pięciu dekad, ale nie był to czas całkowicie stracony. Imperator był zajęty wewnętrznymi walkami o władzę i wpływy, pozostawiając władzę w Walencji, wpierw swej żonie, a następnie radzie regencyjnej i parlamentowi. Władza centralna osłabła, dając możliwość purystom zwiększyć swoje wpływy, szczególnie w bardziej konserwatywnych, północnych, częściach kraju. Jego partia, która dążyła do odbudowania dawnej potęgi i wpływów ojczyzny. A droga do tego celu była jedna. Poprzez militaryzm i czystość krwi. To od „tolerancyjnych” dekretów Handeburgów i akceptacji mutantów, rozpoczęła się era upadku Walencji i Halvarg był przekonany, że wystarczy wyciąć tę zarazę, a ranę wypalić ogniem prawdziwej wiary, by jego ojczyzna mogła się odrodzić, jako prawowite Imperium północy.

Polityk skręcił w prawo na skrzyżowaniu, wchodząc na ostatnią prostą do swojego domu. Jego partia była w chaosie. Narodziły się dwa wewnętrzne stronnictwa. Jedno stało za oryginalną postawą, walki wewnętrznej i samodzielnemu odzyskaniu władzy, drugie… akceptowało wizję uznania władzy kogoś innego, w zamian za wsparcie. Jego „koledzy” z partii, szeptali o wsparciu z carstwa Varsji i wzięcia potomka drugiej siostry: Michała Sojuszkowicza, bratanka aktualnego cara, na potencjalnego władcę. Widzieli, że poprzez wsparcie Varsji, będą mieli większe szanse. Halvarg uznawał to jednak za głupstwo i jego ognisty sprzeciw zapewnił mu przywództwo nad pierwszą frakcją. Mimo wszystko, Sojuszkowiczowie, podobnie jak Anojczycy zdradzili ród Handeburgów w czasie Pęknięcia. Wybranie Michała, to zwyczajna wymiana syna jednego zdrajcy na drugiego. Nie mógł na to pozwolić! Walencja podniesie się z kolan o własnych siłach, albo nie podniesie się w ogóle! Jeśli pozwoli Varsji mieść swój wpływ w nadchodzącym konflikcie, Walencja wymieni tylko tego, który ich zniewala. Jedyny argument za poparciem Varsji, było to, że Car, jest bliższy w swoim odłamie „Drakonskim” niż „Odrodzona” wiara Imperatora. Halvarg widział jednak obie za skrzywienia oryginalnej doktryny Ariana Błogosławionego. Tylko „Prawi” Religii Światła, mają prawo rządzić w Walencji i nikt inny! Marzył, że kiedy w końcu przejmą władzę, spalą tą pogańską Wyspę Wiary i na jej fundamentach, stanie największa katedra w na kontynencie, jeśli nie na świecie. Ten sen jednak, wydawał się teraz równie odległy, co jego sen, niepodległej i niezależnej ojczyzny.

Kiedy zbliżył się do swojego domu, światła były włączone, ale było trochę cicho. Jego córka, Tatiana, powinna mieć w tym momencie zajęcia z gry na pianinie. Miał nadzieję jej dzisiaj posłuchać, by uspokoić nadwyrężone nerwy. Zapukał do drzwi i po dłużącej się chwili zmarszczył brwi. Jak mogą go nie usłyszeć, kiedy w domu jest tak cicho? Zdenerwowany zaczął szukać kluczy po kieszeniach, a kiedy w końcu je wyciągnął, splunął na parszywy los, ponieważ klucze wyślizgiwały mu się w rękawiczkach. Poirytowany, zdjął rękawiczki, zapraszając ostre sztylety mrozu i wykrzywiając twarz w grymasie niezadowolenia, przekręcił klucze w zamku. Nawet nie skrzypnęły i dobrze. Tego oczekiwał po swoim domu. Wkrótce jednak, miał przeklinać, że upewniał się by nic nie skrzypiało w jego domu. Nie ważne kto otwierał drzwi. Wszedł do środka i zaskoczony nieobecnością wspomnianej służby zawołał.

– Marto? – Zawołał swoją żonę. – Marto! Wróciłem! – Zdjął płaszcz i zawiesił go w przedpokoju. Gdzie się podział Izaak i reszta służby? – Zapytał zamykając za sobą drzwi. – Nie wypada tak, by pan domu, sam zdejmował z siebie płaszcz i kapelusz – dodał przekraczając próg przedsionka.

Dziwne. W domu światło się paliło, ale wydawał się pusty. Jakby nie było w nim żywej duszy. Odepchnął od siebie niepokój, który zaczął dręczyć jego instynkt. Był przecież w samym centrum stolicy, a słońce jeszcze nie zaszło. Pewnie Marta zabrała Tatianę, na jakiś niezapowiedziany bal i głupia służba zapomniała zgasić światła. Albo zostawiła włączone, tak by po ciemku nie musiał się rozglądać… nie tłumaczyło to jednak, czemu nikt ze służby go nie przywitał. Czyżby darmozjady spały? Możliwe. Choć z drugiej strony, ostatnie kilka dni trochę dużo od nich wymagał, więc też nie zdziwiłby się, gdyby zasnęli w czasie pracy. Raz jeszcze odpychając nieznośne myśli, przeszedł do salonu, spodziewając się, że znajdzie tam karteczkę z informacją, gdzie podziała się reszta domowników. Jednak kiedy wszedł do obszernego i bardzo elegancko zadbanego pokoju, nie znalazł najmniejszego śladu kartki. Zresztą, nie znalazł żadnego śladu. Jakby nikt nie przebywał w tym pokoju przez cały dzień.

– Gdzie się wszyscy podziali? – Zapytał głośno, nie kierując do nikogo tego pytania i idącej za nim irytacji.

Jeszcze mniej spodziewał się, że ktoś udzieli mu odpowiedzi.

– Przepadli w otchłani – oznajmił melodyjny głos, tuż za jego plecami.

Harvarg nie zdążył się obrócić, kiedy coś ukuło go w szyje, a świat zawirował przed oczami. Jakby dwie wielkie patelnie, naraz uderzyły go z obu stron w głowę, zakręcił się i padł na podłogę. Całkowicie zdezorientowany, chciał krzyczeć, lecz głos nie wydobył się z jego ust. Próbował się podnieść, lecz mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Z trudem obrócił głowę i w przerażeniu ujrzał agresora.

 

Postać okrytą w czerń. Z maską śmierci, zamiast twarzy.

 

Nigdy wcześniej mózg Halvarga nie pracował tak szybko. Nigdy wcześniej nie był też tak przerażony. Nie wiedział z kim, czy może z „czym” ma do czynienia, ale strach niemalże sprawił, że popuściłby w spodnie. Niezliczone myśli wrzeszczały w jego głowie, a zwierzęcy instynkt, zerwawszy się z więzów rozumu, szalał i deptał jego wszelkie próby opanowania siebie i zrozumienia sytuacji. Przerażająca postać pochyliła się nad nim i przyłożyła palec do kościstych ust.

– Ciii… – Wyszeptała istota, zanim mrok pochłonął Halvarga, a jego postać utonęła w otchłani.

 

***

 

Obudził się związany, a może raczej: przywiązany. Do krzesła. W jakimś ciemnym pomieszczeniu. Po chwili rozpoznał, że siedzi we władnej piwnicy, co bardzo go zdezorientowało. Pojedyncze światło błyszczało dokładnie nad jego głową, a na granicy słupa światła, stała postać okryta w czerń z maską śmierci na twarzy. Otworzył usta i spróbował krzyknąć, ale tylko głuche chrypnięcie wydobyło się z jego gardła.

– Jad Białej Damy – słowiczy głos odpowiedział zza maski. – Pająka z Yokehamy. Fascynujące właściwości. Wystarczająco silny by zabić małe gryzonie, a nawet ogłuszyć dorosłego człowieka. Jednakże, jeśli wie się, gdzie podać jad, można uniemożliwić działanie danego organu, na ponad dobę. W twoim przypadku, szanowny Panie Halvargarze, są to struny głosowe.

Polityk zamrugał, zdezorientowany. Czemu go związali, skoro nie mógł im nic powiedzieć? Co więcej, czemu więżą go w jego własnej piwnicy? Nie miało to najmniejszego sensu. Bardzo szybko, dostał odpowiedź. Śmierć bowiem, który z pewnością był mężczyzną, obserwował go uważnie i fiołkowe oczy kryjące się w oczodołach maski, błysnęły, jakby wiedziały jakie myśli krążą po jego głowie.

– Nie. Nie chcemy od ciebie żadnych informacji. Nie posiadasz, żadnej wiedzy jaką byśmy potrzebowali dla naszych planów – tutaj pochylił się lekko nad związanym Damianem. – Ale plany wobec ciebie, mimo wszystko mamy.

Halvarg nie miał pojęcia kim byli „My”, ale miał wobec tego bardzo złe przeczucia. Nagle, myśl o jego rodzinie rozpaliła jego niepokój i rozmówcy, nie umknęła zmiana w jego wyrazie twarzy. Głęboki oddech dało się dosłyszeć zza maski, jakby ten, rozkoszował się zapachem jego strachu.

– Martwisz się o swoją rodzinę, może nawet służbę – zachichotał. – Spokojnie. Nie musisz obawiać się o ich bezpieczeństwo. – Kiedy polityk lekko się rozluźnił, ten kontynuował. – Żeby zrozumieć, dlaczego to się wydarzyło i co się wydarzy, musisz zrozumieć, jakie masz znaczenie dla naszych planów.

Postać oznajmiła chłodno i usiadła, na wcześniej nie widocznym w mroku krześle. Siedziała tak przez chwilę, po czym wyciągnęła z ukrytej kieszonki płaszcza, niewielki, biały pion do szachów.

– Jak pewnie dobrze wiesz, w szachach, każdy pionek ma dwie wartości – obrócił niewielkim przedmiotem w dłoniach. – Jak może zaatakować oraz co można zyskać, poprzez jego poświęcenie. – Zapadła chwila milczenia. – Niestety, dla ciebie. W naszych planach, twoja osoba ma niewielką wartość w ataku – wyszeptał. – Ah… ale poświęcenie. W tym leży klucz do gry.

Pot zaczął spływać po skroniach Halvarga, kiedy zaczął domyślać się, co kryje się za tymi, przerażającymi słowami. Śmierć kontynuował, nie zważając na jego reakcję.

– Sam grasz w szachy na scenie politycznej. W parlamencie i w swojej partii. Dla ciebie pionkami są przeciwnicy i rywale polityczni. Bojówki. Społeczności. Gazety. Radio. Opinia publiczna. Wiesz jak grać, w taki sposób, by nie tylko obronić króla, ale i wyciągnąć króla przeciwnika na otwarte pole, gdzie może zostać pokonany – Śmierć zachichotał. – Niestety, przeliczyłeś się w grze z księciem Hadrianem i teraz, sam jesteś na otwartym polu… i przez to, nie jesteśmy w stanie użyć cię do ataku i potencjalnie ocalić przed losem, który cię czeka.

Halvarg szarpnął się, ale tylko ból odpowiedział jego oporowi. Więzy trzymały go mocno. Okryty czernią mężczyzna nawet nie drgnął i kontynuował, swym melodyjnym głosem.

– Widzisz. Dla nas, skala tej gry jest trochę większa. Nie tylko ludzie, nie tylko organizacje, są pionkami w grze, a całe wsie, całe miasta, całe regiony, całe państwa stoją na szachownicy świata, broniąc IDEI, która nosi koronę – zachichotał. – Niestety. Ani Ty, ani Walencja o której marzyłeś, nie mają dla nas zbyt dużej wartości ofensywnej i przez to… muszą zostać poświęcone, tak, by nasz wróg, wystawił króla na otwarte pole.

Halvarg szarpnął się ponownie, tracąc panowanie nad sobą. Jednak jedyne co poczuł, to kropelki krwi, które zaczęły spływać po jego dłoniach, z zadrapanej skóry. Próbował krzyczeć, jednak tylko głuchy jęk wydobył się z jego gardła, kiedy łzy przerażenia zaczęły spływać po jego policzkach.

– Kiedy świat, zobaczy twoje poświęcenie, iskra potrzebna by rozpalić ogień wojny, zabłyśnie w nocy pokoju. A kiedy opadnie ona na podatny grunt, ogień pochłonie wszystko. – Postać z maską śmierci powstała i pochyliła się nad przerażonym Halvargiem. – Czy rozumiesz mnie, Halvargu? Pozwolę by nienawiść po twoim poświęceniu, zjednoczyła purystów. Pozwolę, by poprzez ich działania, rozpoczęła się wojna. Pozwolę by popłynęła krew! Pozwolę ludziom cierpieć! Pozwolę miastom płonąć! – Śmierć spojrzał w sufit, jakby jego oczy mogły dojrzeć nocne niebo i rozłożył ręce, jakby w modlitwie. – A kiedy ta fałszywa wojna, dojdzie do swojego szczytu… zagrzmię w diabelski róg, a za nim, pójdą piekielne hordy – W swoim przerażeniu Halvarg był w stanie przysiąść, że postać uśmiecha się pod swoją maską, teraz jego słowa, opływające mroczną satysfakcją. – Poprzez stal i krew, zrodzę nację, na jaką północ zasługuje, a król w fałszywej koronie, padnie martwy, pod mą wolą… ah – Śmierć zamruczał, jakby widział oczami wyobraźni wszystko co miało się wydarzyć. – Wspaniałe. I tak już tak blisko. Już teraz mogę słyszeć pierwsze nuty wojny, która będzie grała tak piękną melodię pośród wzgórz Walencji. Już słyszę, chór potępionych dusz, które stracą życie w tym wielkim planie. – Zachichotał. – W tym cierpieniu, pozwolę na narodziny bohaterów i męczenników, którzy staną się fundamentem dla naszej wizji. Dla Idei, która pchnie tę część świata w nową erę. Pozwolę by oczy świata były skupione na tym miejscu, kiedy będziemy tworzyć historię! Stworzymy legendy i mity, które zjednoczą nas silniej, niż jakikolwiek król, nie ważne jak oświecony, miałby nadzieję.

Halvarg stał się jednością ze swym strachem. Nigdy wcześniej nie był tak przerażony. Drżał i trząsł się. Krzyczał, jednak ani jedna nuta nie wydobywała się z jego gardła. Jego własne ciało, odmawiało mu posłuszeństwa, kiedy najbardziej go potrzebował. Chciał zapytać: Dlaczego? Czemu to robi? Jednak ten nie odpowiedział. Śmierć opuścił dłonie i powoli zanurzył się w ciemności, jak drapieżnik, znikający z oczu swej ofiary.

– Zastanawiasz się, dlaczego cię jeszcze nie zabiłem – stwierdził. – Albo dlaczego… dla KOGO, jestem gotowy pójść tak daleko. Czas zgasić ten żałosny płomyczek nadziei, który nadal jaży się w twym sercu. Nie dam ci satysfakcji w odpowiedzi na drugie pytanie – oznajmił wynurzając się, ciągnąc za sobą metalowy stolik, pełen ostrych narzędzi. – Ale odpowiem na pierwsze.

Śmierć pochwycił skalpel i uniósł go pod światło. Halvarg mógłby przysiąc, że w odbiciu tego niewielkiego metalowego przedmiotu, zobaczył wykrzywione i wrzeszczące twarze potępionych. Jakby ich dusze zostały zamknięte w niewielkim przedmiocie.

– Widzisz. Twe poświęcenie, musi być wystarczająco tragiczne, by rozpalić wystarczająco silny ogień – stwierdził. – Nie mogę się ograniczać i zagrozić przez to całemu planowi – odwrócił się w jego stronę. – Będę musiał sprawić byś cierpiał. By każda chwila twojej śmierci, była przedłużana po tysiąckroć, z każdym ruchem mej dłoni – tu zamilkł na chwilę. – Nie musisz jednak obawiać się o los swej żony i córki.

Halvarg próbował przez ułamek sekundy mieć odrobinę nadziei, kiedy Śmierć dokończył swą wypowiedź.

– Albowiem nie cierpiały, kiedy kończyłem ich życie.

Polityk patrzył w fiołkowe oczy sparaliżowany. Łzy spływały strumieniami po policzkach, a usta wyginały się w niemym krzyku rozpaczy. Oczy te jednak, nawet nie drgnęły, widząc jego rozpacz. Zaprawdę, oczy te nie miały w sobie nic ludzkiego, a jednak ludzkie były. Albowiem w akcie okrucieństwa, w fiołkowym szkle źrenic, mógł dojrzeć litość. Choć przekręconą i okrutniejszą od okrucieństwa.

– Powinieneś być mi wdzięczny – oznajmił. – Wielu bowiem chciało, by cierpiały równie mocno jak Ty. Jednakże, nie jestem bezdusznym człowiekiem i dałem im szybką, bezbolesną śmierć. Mam nadzieję, że kiedy zrozumiesz, co mogło je czekać, będziesz dziękował mi w sercu, za okazanie takiej litości. A zrozumiesz… – Skalpel zadźwięczał w dłoni Śmierci. – upewnię się, że zrozumiesz.

Ostatnie co Halvarg widział, zanim jego umysł został pochłonięty przez ocean cierpienia i rozpaczy, była zimna maska Śmierci i odbijający się błysk światła w stalowym ostrzu. Mimo, że jego usta nie były w stanie wydobyć krzyku, a jego umysł już pękał. Damian był zmuszony cierpieć krótką nieskończoność, zanim Duch, nie był usatysfakcjonowany swym dziełem i w końcu, pozwolił mu umrzeć.

 

Choć nawet śmierć, nie oznaczała, że jego praca była skończona.

 

***

 

Nieme krzyki dochodziły do jego uszu, a szeroki uśmiech zdobił jego usta.

– Iskrzy się iskierka, która rozpali ogień – Chaos oznajmił z szerokim uśmiechem. – Mój ogień.

Po drugiej stronie pomieszczenia, stała kobieta ubrana w biel i złoto. Kryształowe oczy spoglądały na niego zdegustowane, lecz twarzy nie wygiął nawet najmniejszy grymas. Faktycznie, blada twarz kobiety, mogła zostać pomylona z maską. Nie było na niej bowiem zmarszczek i bliżej przypominała białą ceramikę, niż skórę.

– A kiedy zgaśnie – odpowiedziała Porządek. – Ja cię zastąpię.

Szmer doszedł do nich obu równocześnie, kiedy się pojawił.

– I będziecie tańczyć tak bez końca – odezwał się trzeci, niezaproszony głos.

Oboje spojrzeli na Paradoksa, który siedział przy stole w jadalni domu Halvarga, wsłuchując się w nieme krzyki pana domu, docierające z piwnicy. Postawił na stole kieliszek do góry nogami i zaczął nalewać do niego wino, które wbrew wszystkim prawom, przepływało przez żyły w szkle i wypełniało je zbawiennym trunkiem, aż cały kieliszek nie przybrał koloru krwi. Tornada ognia jego oczu zakręciły się, kiedy z satysfakcją obserwował swoje dzieło.

– Chaos z Porządku. Porządek z Chaosu. Z Porządku w Chaos. Z Chaosu w Porządek – Zanucił, jakby był to początek melodii. – Taniec szaleńców i rozumnych. Dzikich i cywilizowanych. Prawych i fałszywych – Zerknął po swoim rodzeństwie. – Lecz kim jest ten, który tańczy z wami? – Zapytał stukając stopą w podłogę. – Czy należy do pierwszego, czy do drugiego? A może, jak zdradziecki kochanek, tańczy z obojgiem, a wy mu pozwalacie, bo tak go szczerze kochacie?

Porządek przymrużyła oczy, tym razem okazując jakąś emocję na twarzy, choć nawet Paradoks, nie wiedział jaką z pewnością. Nie żeby to miało dla niego znaczenie. Sam fakt tego, że jakikolwiek grymas się pojawił, był wystarczającym zwycięstwem.

– Czy ma to jakieś znaczenie? – Zapytała cicho.

Jej brat wzruszył na to ramionami i nonszalancko, wgryzł się w szkło kieliszka, jakby było nogą jakiegoś ptaka. Przy odgłosie tłuczonego szkła w jego ustach, odpowiedział.

– Zaledwie alegoryczne, najdroższa siostrzyczko – odpowiedział. – I ciekawość oczywiście. Wy już wiecie, o pierwszym pionku do gry jaki posiadam – Dym wydobył się z jego ust, wraz z chichotem. – Zastanawiam się więc, jakie i wy wybierzecie.

Porządek postąpiła krok naprzód.

– Nie graliśmy od wieków i nie sądzę, byśmy szybko mieli okazję. Śmiertelnicy są krusi, ich egzystencja krótka. Po co mi pionek, którym nie będę mogła zagrać?

Paradoks zarechotał, szczerze i nieszczerze rozbawiony słowami swej siostry.

– Czyżbyś zapomniała w swej pamięci, jak to śmiertelnik zagrał nam na nosie i wyrwał wszystkie piony z dłoni? Tyle lat temu? – Zapytał. – A może, założyłaś, że to co raz stracone, nie może zostać odzyskane? Że drzwi raz zamknięte, nie zostaną otwarte, przez tych, którzy będą poszukiwać naszej mocy? – Paradoks obrócił krwawiący winem kieliszek w dłoni. – Było to co będzie. Będzie to co było. Krąg pęknięty się złączy. Pęknie to co go złączyło – zanucił raz jeszcze.

Chaos zarechotał i odezwał się zanim, Porządek miała szansę.

– Mówisz nic, mówiąc wiele, bracie Paradoskie – stwierdził. – Nadal mówisz o tym, że Gra rozpocznie się na nowo i zbierasz pionki, jak opętany, mimo że nie masz z kim grać. A dobrze wiesz, że trzeba więcej niż jednej osoby, by grać w Grę.

Paradoks odpowiedział bliźniaczym rechotem dokańczając chrupać pozostałości kieliszka w swoich ustach.

– Jedyne więc co muszę robić, to grać z samym sobą… albo zwyczajnie poczekać – oznajmił wstając ze swojego miejsca. – Powraca czas iskry i kamienia. Kiedy duch, łamał rozum, a rozum łamała ducha. Powraca czas korupcji i szaleństwa. Zbliża się wielkimi krokami… i jako gracze, musimy zebrać wszystkie pionki jakie możemy, zanim Gra rozpocznie się na nowo!

I tak ich brat zniknął, pozostawiając w połowie pełną dla Porządku i w połowie pustą dla Chaosu, butelkę wina. Rodzeństwo podeszło do stołu i usiadło naprzeciw siebie. Porządek wyciągnęła piękny, pozłacany, kryształowy kieliszek. Chaos, rozbity kubek. Nalali sobie wina, wypełniając oba naczynia do pełna, po czym razem spojrzeli w dół, w stronę piwnicy, tam gdzie Duch, kontynuował kreację swego dzieła. Ich spojrzenia się spotkały i kiwnęli równocześnie.

– Chaos z Porządku – powiedział Chaos.

– Porządek z Chaosu – odpowiedziała Porządek.

– Jest NASZ i nikogo innego – oznajmili wspólnie, unosząc kieliszki. – Zdradziecki kochanek, którego zmusimy, by wybrał jednego.

 

Duch na sekundę przerwał swoją pracę… mając wrażenie, że ktoś podjął wobec niego bardzo ważną decyzję… bez jego wiedzy.

 

***

 

Następnego ranka, Katarzyna Hals, służąca domu Halvarg otworzyła drzwi i weszła do środka. Widząc płaszcz swojego pracodawcy wzięła głęboki oddech i otworzyła drzwi do przedsionka.

– Przepraszam za spóźnienie Panie Halvarg – otworzyła drzwi. – Korki były…

Jej serce stanęło na kilka długich sekund. Czerwień. Było tam tyle czerwieni. Jej Pani i młoda panienka, leżały w kałużach krwi. Krew kapała z góry, a kiedy uniosła wzrok, wrzask przerażenia rozgrzmiał na ulicy, a kobieta padła na podłogę nieprzytomna. Ludzie, słysząc zamieszanie, weszli przez nie zamknięte drzwi i bardzo szybko krzyki i wrzaski rozbrzmiały w ten piękny zimowy dzień. Nawet mężczyźni, wybiegali bladzi, zwracając zawartość żołądka i z trudem utrzymując się na nogach. Policja została wezwana, lecz nie lekarze. Albowiem każdy kto spojrzał na to co było w środku, wiedział, że było dla nich stanowczo za późno.

 

Albowiem we wnętrzu, pod schodami, leżały dwa powykręcane ciała: matki i córki. Gardła poderznięte jednym precyzyjnym ruchem. Suknie zabarwione na czerwono własną krwią nosicielek. Po innych pokojach, walały się ciała służących. Złamanych i przemienionych, jakby przez demonicznego artystę koszmarów. Ponad nimi, wisiało to co zostało z Damiana Halvarga. Obdarty niemalże cały ze skóry, z wyjątkiem stóp, dłoni i głowy. Jego własna skóra, przycięta i przemieniona w garnitur, została groteskowo założona na martwe ciało. A krwią wymalowane na każdej ścianie i podłogach były słowa:

 

„Nawet krew fanatycznego Purysty, jest czerwona. Nie inna od naszej.”

 

Morderstwo, które wstrząsnęło całą nacją. Bestialstwo, o jakim nie słyszano od czasów Pęknięcia. I oczywisty podejrzany, wobec którego furia, miała zjednoczyć tych, co rozdmuchają ogień wojny.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (5)

  • Marek Adam Grabowski 9 miesięcy temu
    Dobrze napisane, chociaż jak na tekst internetowy stanowczo za długie. Nie mogę jednak odnieść się do samej fabuły, gdyż zupełnie wyleciałem z obiegu w "Demonie". Pozdrawiam bez oceny Ps. Wysłałem ci wiadomość na portalu pisarskim, chciałem się do wiedzieć czy czytałeś, ale po wstępie (chyba) znam odpowiedz.
  • Kapelusznik 9 miesięcy temu
    N portalu pisarskim tamtym już się pojawiać nie będę.
    Irytowało mnie że w nieskończoność trzeba czekać na pojawienie się tekstu - i mam dość.
    Teraz opowi i wattpad - tam już nie wracam.

    Dzięki za przybycie
    I również pozdrawiam
  • Marek Adam Grabowski 9 miesięcy temu
    Kapelusznik To wyjaśnię tutaj o co chodziło. Chciałem prosić o pozwolenie umieszczenia twojego opowiadania https://www.opowi.pl/narodziny-mroku-oneshot-a66094/ na moim blogu. Co do samego pisarskiego. Z jednej strony te czekanie w istocie jest frustrujące, ale z drugiej nie ma tam takiej grafomani i Hejtu jak tutaj.
  • Pontàrú 9 miesięcy temu
    Dobry powrót. Podobała mi się rozmowa Porządku i Chaosu a zwłaszcza ta końcowa scena jak siadają na przeciwko siebie z naczyniami pełnymi wina. Opisy śmierci rodziny, cóż... zatrważające ale i zwięzłe. W sensie takim że nie opisujesz dokładnie co się z nimi stało ale czytelnik i tak może wywnioskować jaka jest skala całego wydarzenia po reakcjach wchodzących do domu ludzi. Fajny zabieg.
    Ode mnie leci 5
  • Kapelusznik 9 miesięcy temu
    Dzięki za przybycie i przeczytanie.

    No - Porządek w końcu pojawiła się w opowieści i cieszę się, że sceny z "Bogami" nadal ci się podobają :)

    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania