Pokaż listęUkryj listę

Demon III Powstanie - 5

Po dłuższej przerwie wena do Demona wróciła i oto kolejny odcinek. Mam nadzieję, że uda mi się pisać częściej niż z 2 miesięczną przerwą XD

Pozdrawiam wszystkich czytelników~!

 

***

 

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

14 Listopada

Valentia – Teatr Popękanych Masek

 

Adler przyglądał się wielkiemu budynkowi na przedmieściach stolicy Walencji. Była to już bardziej ruina niż budynek użytkowy. Prastary, podobno fundamenty są starsze od pierwszego imperium Anoskiego. Dawniej amfiteatr, arena, a nawet przez krótki czas – więzienie. Kamienny budynek się stał otoczony niską zabudową na granicy slumsów. Porzucony przez elity miasta dobre stulecie temu, pożarty kilkukrotnie przez pożary i naprawiany tylko na pokaz, teraz budynek stał jako własność Domu Operowego. Tajemnicza grupa ewidentnie prowadziła aktywne naprawy, przywracając ruinie dawną świetność. Budynek już był zadaszony, a większość okien miała już szyby. Imponujący postęp od ostatniego stanu budynku. Adler słyszał, że po ostatnim pożarze jedna z półokrągłych ścian zawaliła się pod swoim własnym ciężarem. Dziś nie widział nawet kawałka gruzu, a ewidentnie nowa ściana, ładnie komponowała się ze starszymi kamieniami. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości o możliwościach Domu Operowego, fakt, że byli w stanie naprawić antyczny budynek, niejako za darmo i grupami robotników, o których nikt wcześniej nie słyszał, na pewno oświecał wszystkich niedowiarków. Adler widział jednak nie tylko ślady napraw, ale i modyfikacji. Punkty strzelnicze, stalowe osłony i bariery. Adler miał pełną świadomość tego, że o ile zagrożony, budynek w ciągu godziny mógł zostać przemieniony w wielki bunkier, a że był największym budynkiem poza głównym miastem, nie dało się do niego podejść niezauważonym.

– Za bardzo jesteś przyzwyczajony do swojego poprzedniego życia, Eagle – Arnold zachichotał, stając tuż obok. – Ale, nie mogę cię winić.

Adler spojrzał na niego pytająco.

– Czy to źle, że ochroniarz księcia sprawdza, czy budynek, w którym będzie prowadził rozmowy z socjalistami, jest bezpieczny?

Smok zachichotał ponownie, spoglądając na prowadzącego ich dżentelmena w czarnym fraku – przewodnika z Domu. Cezarion kontynuował szeptem.

– Czy słyszałeś kiedyś o „Śmiejącym się Bogu”? – Zapytał.

Adler zamrugał, zdezorientowany. Szli teraz w trójkę: on, Cezarion i książę Hadrian, by spotkać się z reprezentantami socjalistów i rozpocząć rozmowy, które miały potencjał złagodzenia trudnej sytuacji w kraju. Nie miał pojęcia, czemu Arnold zadał takie pytanie, ale wiedział też, że Smok nie zadaje pytań bez powodu… i rzadko kiedy nie dawał mu odpowiedzi.

– Nie. Nie słyszałem – odpowiedział szczerze. – Czemu pytasz?

– W Rengiźmie, religii Kręgu, uważa się go za „upadłego boga”. Miał być bogiem, który opiekował się ludzkością i prowadził ją naprzód. Bogiem sztuki, mądrości i postępu… jednakże, kiedy otworzył oczy, jego umysł pękł. Bóg ten wiedział wszystko, nie tylko to, co było, ale co jest, co będzie i co najgorsze… co może być – słowa Arnolda brzmiały przerażająco. – I tak, bóg, który miał strzec i prowadzić ludzkość, wraz ze swym pierwszym oddechem, zaczął się śmiać, jako że rozpacz, jaką czuł, nie pozwalała mu płakać. Ponieważ wiedział o każdym arcydziele, każdej zbrodni, zdradzie i śmierci w dziejach, a jego dobre serce, nie wytrzymało i pękło. Zrzucony z głównego panteonu i zapomniany przez wielu, ale nadal bliski swoim braciom i siostrom w niebiosach, skrył się na ziemi, gdzie strzeże największej biblioteki wiedzy i sztuki. Jego imię to Pares, śmiejący się bóg wiedzy, tajemnic oraz sztuki.

Adler zamrugał zaintrygowany.

– A mówisz mi o nim, ponieważ…? – Zapytał szeptem.

Arnold uśmiechnął się ciepło.

– Czy myślałeś, że jestem jedyną pozostałością Starego Porządku, sprzed Katastrofy? – Arnold zerknął na niego złotymi oczami. – Nie. Oczywiście, że nie. Jesteś za bystry, by popełnić taki błąd – smok westchnął. – Rozmowy będą obserwowane przez Dyrektora Domu Operowego… jednego z Apostołów tego właśnie Boga.

Adler drgnął, faktycznie zaskoczony. Faktycznie, po spotkaniu wilkołaka i Arnolda, nie mówiąc już o Paradoksie, był bardziej niż pewny, że jest więcej tajemniczych osób w pobliżu, ale nie spodziewał się, że będzie spotykał ich tak często. Przełknął ślinę.

– Czy jest niebezpieczny?

– Potencjalnie bardziej niż ja – Arnold odpowiedział, co wywołało dreszcze na całym ciele Adlera. – Ale nie pod względem czystej siły, pod tym względem jestem silniejszy, co nie znaczy, że nie byłby godnym przeciwnikiem. Ma jednak potężną broń: wiedzę. Jestem pewien, że ma więcej cennych informacji, niż to, co zebrała moja rodzina, czy wszystkie dokumenty w Wielkiej Bibliotece na wyspie Wiary – kontynuował. – Ale, jest też moim dobrym znajomym i mam z nim bardzo dobre relacje. Nie spodziewam się żadnych utrudnień z jego strony.

Adler pokiwał głową. Informacja z pewnością była istotna. Postać tego Dyrektora z pewnością pobudziła jego ciekawość, ale też niepokój. Od momentu poznania Paradoksu, tamtego pamiętnego wieczora, kiedy walczył o honor Eweliny, świat okazywał się kryć znacznie więcej tajemnic, niż mógł wcześniej podejrzewać. Nie tak dawno temu, był przekonany, że bogowie, magia i duchy, to zaledwie bajki dla dzieci i tych o słabej woli… dziś, wiedział z rosnącym niepokojem, że nie jest to takie proste.

 

Weszli do wnętrza wielkiej konstrukcji przez jedno z eleganckich wejść. Piękne łuki zdobiły korytarze, którymi szli i nawet czarne ślady pożaru, nie zmniejszały ich uroku. Tam, gdzie nie dotarł ogień, Adler rozpoznawał płaskorzeźby i freski. Kształty wojowników, artystów, mów, dziwacznych istot i bestii… było to bardzo stare miejsce. Adler skupił się na bezpośrednim otoczeniu i tym, z czym mieli się zmierzyć, a mieli zmierzyć się z przedstawicielami Walenckich socjalistów. Nie mógł powiedzieć, żeby podobał mu się plan księcia, ale w aktualnej sytuacji, jego plan mógł być jedynym, który powstrzyma wojnę domową. Po krótkiej chwili weszli do głównej części teatru – głównej sceny, którą ze wszystkich stron otaczała kamienna widownia. Adler momentalnie zauważył trójkę czekających już na nich rozmówców, stojących po drugiej stronie sceny, z okrągłym stołem, który został postawiony w samym centrum budynku. Momentalnie rozpoznał wszystkich z obecnych: Tomasza Halickiego, lidera całego ruchu, Romualda Jarowa, dawnego prawnika i prawą rękę Halickiego oraz Lilię Uler, jedną z najsławniejszych pisarek socjalistycznych północy kontynentu. Adler wiedział też, że przynajmniej ta ostatnia, rozpoznała go. Mimo wszystko bezpośrednio od niej, odbierał książki, którymi zainteresował się książę. Bez słowa, obie strony zbliżyły się do stołu i zatrzymały się, mierząc się nawzajem wzrokiem. Adler zdążył zauważyć, że przy stole jest jedno krzesło za dużo, nie zdążył jednak spojrzeć pytająco, zanim Tomasz Halicki odezwał się spokojnym, ale ostrym głosem.

– Książę Anos – odezwał się bezpośrednio do Hadriana. – Nie spodziewałem się, że osobiście przyjdziesz na to spotkanie.

– Wzajemnością – Hadrian odpowiedział pewnie, nie uciekając na bok wzrokiem. – Spodziewałem się nawet, że odmówicie się spotkać.

Tomasz wykrzywił twarz w nieokreślonym grymasie.

– Powiem tylko, żeś mnie zaciekawił, książę.

Cisza. Jarow rozejrzał się, lekko zakłopotany.

– Spotkaniu miał towarzyszyć mediator. Dyrektor Domu Operowego – spojrzał na strażników tajemniczej organizacji. – Czy ma zamiar się pojawić?

W tamtej chwili Adlera przeszedł dreszcz. Wcześniej wyczuł jego obecność, niż usłyszał głos.

– Cały czas tu jestem.

Cała szóstka, wszyscy bez wyjątku podskoczyli, kiedy jakby znikąd, pojawiła się postać Dyrektora. Stał dotąd w cieniu, w nieoświetlonej części sceny, jakby zlewając się z nią całkowicie i pozostając niezauważalny aż do momentu, kiedy zapragnął być zauważony. Adler był dodatkowo wstrząśnięty, ponieważ jako superżołnierz, nikt nie powinien być w stanie go podejść, a mimo to, oto stał – Dyrektor. Mężczyzna stał w cieniu prawie bez ruchu. Figurę miał zgrabną, ale ewidentnie umięśnioną. Miał na sobie dziwaczny ubiór jakby mieszankę ubioru błazna i aktora. Brązowe elementy ze skóry, łączyły się z kolorowymi wzorami w kratkę. Na głowie kaptur, a na twarzy biała maska. Właśnie ona najbardziej przykuła uwagę Francisa. Była najwyższej jakości, pięknie uformowana twarz pięknego mężczyzny, jakby pół sekundy przed śmiechem, wywołała u niego głęboki niepokój. Trzy długie rogi, tworzące wrażenie diabelnej korony. Czarne otwory ust i oczu, nie odkrywały nawet rąbka tajemnicy. Adler nic nie mógł dojrzeć. Wydawać się mogło, że to sama maska, trzymała ubiór w pozycji stojącej i napędzała jego ruchy, nie kryjąc wewnątrz człowieka, a ciemność. Kiedy pierwszy sok minął, Dyrektor skłonił się teatralnie, nie wydając nawet najmniejszego szmeru.

– Witam szanownych panów i panią w Teatrze Popękanych Masek. Jestem zaszczycony, że mogę gościć w moim domu tak ciekawe osoby.

Halicki syknął i przeklął pod nosem.

– Czemu straszycie swoich gości, Dyrektorze?

Postać zatrzymała się w pół kroku, obróciła swoją nieruchomą twarz i… zaczęła się śmiać. Trudno opisać, jaki był to śmiech. Wydawać by się mogło, jakby śmiały się trzy głosy naraz. Pierwszy, cieniutki, przeszywający powietrze, jakby przejechanie pazurami po tablicy czy jak ostrzenie miecza na kamieniu. Wywoływał on delikatny ból w uszach i grymas zniechęcenia. Drugi głos był bardziej basowy, charczący, jakby wychodzący z gardła, którym spływała żółta ropa i larwy robaków. Serce traciło przy nim rytm, a oddech stawał się poszarpany. Trzecim głosem, było echo. Przerażające echo, będące połączeniem obu poprzednich. Z jego mocą ciarki przechodziły po całym ciele. Adler słyszał już śmiech Paradoksu, tego, który stał ponad Bogami. Głos Dyrektora w porównaniu był głosem demona… nie… Apostoła Boga, którego wielu by nazwało diabłem. Adler rozumiał w pełni to, co powiedział mu Arnold. Kimkolwiek była osoba kryjąca się za maską – była potężna i nie obawiała się okazywać swej mocy.

Kiedy Dyrektor przestał się śmiać, odezwał się miękkim głosem.

– Nie znasz pojęcia strachu, jeśli to cię wystraszyło – odpowiedział, zasiadając na swoim miejscu, nie czekając na odpowiedź. – Proszę wszystkich o zajęcie swoich miejsc. Będę włączał się do rozmowy tylko i wyłącznie, jeśli rozmowa stanie się zbyt wzburzona. Proszę więc o zachowanie nad sobą kontroli, ponieważ nie chciałbym ingerować w waszą dyskusję.

Z delikatnym opóźnieniem i pewną niechęcią, wszyscy zasiedli na swoich miejscach. Atmosfera była napięta. Zaledwie półtora metra stołu, dzieliło naturalnych wrogów, ale potrzeba trzymała ich na miejscu. Ciszę przerwał Hadrian, ten, który poprosił o zorganizowanie spotkania.

– Sytuacja w kraju staje się coraz bardziej niebezpieczna – stwierdził. – A ostatnie ataki na składy pożywienia i linie komunikacyjne tylko utrudniają sytuację.

Halicki zmrużył oczy i warknął.

– Jeśli masz zamiar nasz oskarżyć…

– Wiemy, że to nie wasza sprawka – Arnold wciął się w jego wypowiedź. – Siły wywiadu wewnętrznego działają i dostaliśmy więcej niż jedno potwierdzenie, że w żadnym ataku nie byliście agresorami… a nawet, że w kilku byliście głównym celem.

Socjaliści spojrzeli po sobie zakłopotani. Smok Valentii uśmiechnął się delikatnie.

– Tak, wiemy więcej, niż zakładaliście, ale to nie po to się tutaj spotkaliśmy.

Hadrian pokiwał głową.

– Mamy ślady, które łączą ataki z frakcją purystów, a także Carstwem Varsji. Obawiamy się, że część radykalnego dowództwa armii planuje pucz, mający powstrzymać moją koronację.

Nowe informacje uderzyły trójkę ich rozmówców niczym młot. Z pewnością domyślali się, że puryści są powiązani z atakami, ale nie spodziewali się, że książę będzie brał zagrożenie puczu tak poważnie, żeby się z nimi spotkać. Romuald Jarow odchrząknął i odezwał się pewnym głosem.

– To z pewnością złe informacje, dla ciebie, książę, ale dlaczego Ruch Robotników Walencji, miałby przejmować się waszym upadkiem? – Zapytał. – Mimo wszystko, sami jesteśmy wrogami monarchii.

Hadrian pokiwał głową, nie zaprzeczając oczywistym faktom.

– Monarchii jak najbardziej, ale nie istniejącemu rządowi.

Socjaliści spojrzeli na siebie lekko skołowani. Tym razem Lilia Uler zabrała głos.

– Jest pan w błędzie. We wszystkich moich książkach wyrażam głęboką krytykę rządów w naszym kraju. Nie ma w nich słowa o poparciu.

Adler uśmiechnął się i zabrał głos.

– Faktycznie, nie ma słowa o poparciu – wyciągnął jedną z książek jej autorstwa i położył na stole. – Ale nie ma też nic o obaleniu – przeszył ją wzrokiem. – Wasze dzieła skupiają się na wymuszeniu reform, nieobaleniu rządu.

Jeśli autorka miała jakiekolwiek wątpliwości, że to właśnie jego zobaczyła w fabryce w czasie rozdawania książek, teraz z pewnością je straciła. Trójka socjalistów skupiła wzrok na Adlerze, który nie uciekał na bok wzrokiem. Ten zapukał palcem w książkę.

– Z tego, co przeczytałem, wychodzi na to, że mimo należenia do ruchu robotniczego, nie jesteście ani anarchistami, syndykalistami, czy komunistami. Należycie do relatywnie nieradykalnej grupy socjalistów ludowych. Ruch Robotników Walencji zawiódł w czasie Pęknięcia i nie obalił władzy, zmieniliście więc podejście i zdecydowaliście się na drogę reformy – Adler odetchnął. – I za czasu rady regencyjnej zrobiliście imponujące postępy. W parlamencie królewskim nie ma może partii socjalistycznej, ale jest chłopska, z którą macie bliskie kontakty.

Halicki zazgrzytał zębami, wściekły, że druga strona wie tak dużo o ich ruchach i planach. Faktycznie, minęły prawie dwie dekady, odkąd aktualny cesarz Aleksander IX odziedziczył po zmarłym ojcu diadem cesarski i przeniósł się do Imperium Feniksa, pozostawiając odziedziczoną po matce władzę nad Walencją w rękach rady Regencyjnej i Walenckiego parlamentu. Przez to siedemnaście lat, przez które władała rada regencyjna, socjaliści różnymi ścieżkami znaleźli ścieżki do parlamentu i innych eszelonów władzy. Mieli już mocny przyczółek, ale stanowczo za mało by dokonać jakichkolwiek znaczących reform. Na razie nie byli wystarczająco silni i wpływowi, by zmienić losy królestwa, a wraz z powrotem autorytetu na tron, ich wpływy z pewnością osłabną. Spojrzał na księcia Hadriana wyczekująco.

– Czego chcesz książę? – Zapytał podejrzewając, jaką usłyszy odpowiedź. – Nie mówisz nam tego wszystkiego bez powodu.

Hadrian przymknął oczy, powoli wciągnął powietrze do płuc, wypuścił je cicho przez nos i odezwał się pewnie.

– Chcę waszego poparcia – oznajmił. – W zamian oferuję akceptację reform, amnestię, odwołanie wyroków śmierci i skrócenie wyroków. Wszystko w imię walki ze wspólnym wrogiem.

Halicki zachichotał.

– Spodziewałem się takiej odpowiedzi – westchnął. – Ale nie wiem, czemu mielibyśmy ją przyjąć. Jedną z głównych idei naszego ruchu, jest obalenie monarchii.

– Ale dobro najniższych klas społeczeństwa jest ważniejsze, nieprawdaż?

Halicki zacisnął szczękę i nie odpowiedział. Nie podobało mu się, jak sprawny książę był w tej dyskusji. Jarow położył dłoń na jego ramieniu, dając znać, że tutaj przejmie pałeczkę.

– Jest to z pewnością ciekawa propozycja, ale czy możesz doprecyzować, dlaczego twoje argumenty miałyby przekonać nas do poparcia waszej osoby?

Hadrian spojrzał na Arnolda, a ten z uśmiechem przejął pałeczkę.

– Powodów jest bardzo dużo. Możecie wierzyć lub nie, ale plany jego wysokości w wielu miejscach pokrywają się z waszymi, choć droga do nich może się lekko różnić – to z pewnością pobudziło ich zainteresowanie. – Po pierwsze, książę Hadrian jest przeciwko dyskryminacji przeciwko innym rasom i mutantom wszelkiej maści.

Uler zamrugała zaskoczona.

– Ale jego ojciec…

– Tak, mój ojciec jest znanym rasistą – Hadrian przyznał bez wstydu. – Ale, ja nie jestem moim ojcem – odpowiedział. – I proszę nie sądzić dzieci, o zbrodnie ich ojców.

Lilia zbita z tropu kiwnęła głową, ale Halicki nie dał się tak łatwo przekonać.

– A macie jakiś dowód? – Zapytał. – Bo nie widzę w waszym otoczeniu zbyt wielu mutantów.

Hadrian spojrzał na Arnolda, a ten jednym mrugnięciem powiek, pokazał rozmówcą zmianę koloru swoich tęczówek. Jeszcze raz zbici z tropu, socjaliści umilkli. Z pewnością, ta rozmowa obalała jeden mit za drugim o postaci księcia Hadriana i jego otoczeniu. Zadowolony z ich reakcji, Arnold kontynuował.

– Dalej, książę Hadrian zgadza się, że wiele ustaw rady regencyjnej zdejmujących kontrolę nad największymi inwestorami i producentami kraju było nierozsądne. Książę ma już projekt ustawy, która stworzy komisję kontrolującą największych kapitalistów w kraju. Ma ona zapewnić nie tylko utrzymanie własności fabryk w rękach lojalnych Walencjan i powstrzymać inwestorów z Imperium przed wykupieniem państwa, ale i zapewni organ kontrolny, który będzie mógł działać na rzecz robotników.

Ta informacja wstrząsnęła socjalistami. Halicki aż wstał.

– Byłbyś gotowy uznać zakładanie rad robotniczych?

Dyrektor delikatnie drgnął, ale nie wykonał większego ruchu, dając do zrozumienia, że nie popiera takich wybuchów w czasie rozmowy. Tu książę się skrzywił.

– Wątpię, by tak radykalna opcja przeszła przez parlament bez echa, ale z może uda mi się ustanowić pozycje „reprezentantów” robotników. Wiem, że nie jest to, o czym marzycie, ale jestem pewny, że rozumiecie, że zbyt drastyczne reformy z pewnością nie pomogą stabilności kraju.

Z większą lub większą niechęcią Halicki kiwnął głową i zasiadł ponowie na swoim miejscu. Hadrian kontynuował.

– Mimo to, postaram się złagodzić prawo do strajków, oraz zmniejszyć ilość wymaganych godzin. Nie sądzę, by udało mi się zejść do ośmiu, o których mówicie, ale wydaje mi się, że jeśli zejdę do dziewięciu, nie napotkam zbyt dużego oporu w parlamencie.

– Czyli spadek tylko o jedną godzinę – Jarow mruknął, odchylając się w siedzeniu. – Nie jest to dużo.

– Ale i nie jest to mało. Walczyliście ponad dekadę, tylko po to, by zmniejszyć czas pracy z dwunastu do dziesięciu godzin, a wasze kolejne podejścia nie zrodziły żadnych owoców i jest tak już ponad pięć lat. Z moim poparciem, reforma stanie się rzeczywistością.

Z pewnością był to bardzo dobry argument. Uler podejrzewała, że nawet bez ich bezpośredniego poparcia, jeśli książę pchnąłby te reformy ich sojusznicy sami stanęliby za księciem murem. Nie mogli jednak tego po sobie poznać, choć, kiedy Lilia spoglądała w złote oczy Arnolda i czarne Eagla, wątpiła, żeby książę jeszcze o tym nie wiedział. Na tym jednak się nie skończyło.

– Jestem też gotowy ogłosić amnestię dla większości członków waszych organizacji, skrócić wyroki i odwołać wyroki śmierci… z kilkoma wyjątkami.

Jarow zmrużył brwi.

– Kogo masz na myśli?

Hadrian spojrzał na Adlera, który wyciągnął dokument z długą listą nazwisk.

– Oto lista wszystkich przetrzymywanych w więzieniach przedstawicieli Światowego Ruchu Robotniczego i Walenckiego Ruchu Robotniczego – oznajmił. – Obok nich, co możemy zaoferować. Większość z nich zostanie zwolniona, część dostanie złagodzenie wyroku, innym zostaną odwołane egzekucje, przemienione na siedzenie w więzieniu, ale kilku nadal nie będziemy w stanie wypuścić – wskazał na oddzielone kreską od innych nazwiska. – Te osoby, nie mogą zostać przez nas wypuszczone. To głównie najbardziej radykalni z waszego ruchu. Sabotażyści, terroryści, mordercy, przestępcy kryjący się za hasłami waszego ruchu. Książę jest gotowy na zmianę części wyroków, których osób wyroki zmienić możemy, ale osoby pod tą linią, musicie uznać za stracone.

Halicki wziął listę i skupił się na dwóch tuzinach nazwisk pod czarną linią. Momentalnie rozpoznał nazwiska jednych z największych radykałów jego ruchu. Nie mógł powiedzieć, że był w pełni zadowolony ani że pozostałe w jego organizacji radykalne głosy utrzymają dla niego poparcie, jeśli zaakceptuje propozycję księcia.

„Nie, nie, nie” – Halicki pomyślał do siebie. – „Jeszcze nic nie zaakceptowałem!”

Halicki odchrząknął i wskazał na listę.

– Jak rozumiem, lista jest dla nas?

– Tak. Weźcie ją i przedyskutujcie między członkami waszej organizacji – Hadrian pokiwał głową.

Lista zniknęła za pazuchą Halickiego. Mężczyzna westchnął i chwycił się za brodę.

– Proponujecie bardzo dużo, za nasze poparcie – oznajmił. – Musicie być bardzo zdesperowani.

Książę skrzywił się niezadowolony z tego spostrzeżenia.

– Puryści rosną w siłę – oznajmił. – Mimo relatywnie małego poparcia w parlamencie, większość innych frakcji ma do nich neutralne podejście. Mają jednak duże wpływy w armii i według moich agentów na północy kraju zaczęły powstawać związane z nimi bojówki. Sytuacja staje się coraz trudniejsza. Obawiam się, że będą chcieli obalić aktualny rząd i ustanowić dyktaturę, jeśli nie gorzej.

Uler zmarszczyła brwi.

– Gorzej? Co mogłoby być gorsze waszym zdaniem, książę?

Hadrian popukał palcem w stół i z trudem odezwał się, cichym głosem przepełnionym bólem.

– Mój dalszy wuj… Michał Sojuszkiewicz – oznajmił Hadrian.

Socjaliści spojrzeli na siebie, nie kryjąc zaskoczenia. Jarow, który był najlepiej obeznany w drzewach genealogicznych władających rodzin, zastanowił się przez chwilę.

– Jeśli dobrze kojarzę, jest to syn pierwszej córki Hadriana XIV i siostry królowej Marii, która była…

– Moją babką – Hadrian przytaknął. – W czasie Pęknięcia, jak dobrze wiecie, doszło do wielu mordów na rodzinach królewskich i cały kontynent był w pogrążony w chaosie. Z królewskim rodem Handburgów Walencji, związał się równocześnie ród cesarski Imperium: Anoski oraz ród carski Varsji: Sojuszkowiczów. W czasie Pęknięcia został zamordowany Król Walencji, Hadrian XIV, po którym noszę imię. Jego miejsce zajął jego syn, Franciszek VIII, młody król, który stracił swoją ukochaną żonę w pierwszych dniach Pęknięcia i nie miał oficjalnego dziedzica. Korona miała więc przejść na jedną z dwóch jego sióstr: Ewelinę, która była związana z rodem Sojuszkowiczów, albo Marię, moją babkę, związaną z ówczesnym cesarzem Natanielem VIII. Franciszek wyznaczył swoją starszą siostrę, co zapowiadało, że ród Sojuszkowiczów zdobędzie władanie nad Walencją. Jednak po Pęknięciu, kiedy Varsja zajęła znaczne terytoria królestwa, relacje znacząco się ochłodziły. Franciszek próbował przenieść prawa dziedziczne na młodszą siostrę, której mąż obiecał oddanie przejętych w czasie pęknięcia ziem, w zamian za ten zaszczyt. Los chciał, żeby zarówno jego siostra Ewelina, jak i jej mąż Iwan, zginęli w zamachu, co pozwoliło mu na szybkie przeniesienie praw dziedzicznych na młodszą siostrę i to zaledwie rok przed swoją śmiercią… problem był jednak taki, że Ewelina i Iwan nie byli bezdzietni. Zostawili po sobie kilkumiesięczne dziecko, które cudem przeżyło zamach…

– Michała Sojuszkiewicza – Jarow przytaknął. – Jako że był zaledwie niemowlęciem, nie pojawiło się wystarczająco opozycji, które powstrzymałoby koronację twojej babki: Marii, na królową Walencji. Jednak Varsja nigdy w pełni nie zaakceptowała, że korona Walencji przypadła rodowi Anoskiemu.

Hadrian przytaknął.

– Sytuacji nie poprawił fakt, że moi dziadkowie mieli tylko jedno dziecko. Mojego ojca: Aleksandra, który odziedziczył obie korony, tworząc unię personalną.

Arnold odezwał się pewnie.

– Varsja nigdy nie zaakceptowała tej sytuacji. Szczególnie że Aleksander IX i Michał Sojuszkiewicz, są w tym samym wieku. Varsja ma dobre argumenty, a z aktualnym brakiem stabilności w kraju, który z pewnością wspierają, mają okazję ustawić Michała jako nowego króla Walencji, mając na celu przywrócenie pierwotnego ułożenia sił.

Halicki oparł brodę na dłoniach i mruknął pod nosem, widocznie niezadowolony.

– A że jak powszechnie wiadomo, twój ojciec nie dał ci swojego pełnego poparcia i od lat nie interesuje się co dzieje się w Walencji, istnieje prawdopodobieństwo, że Michał przejmie koronę Walencji.

Hadrian pokiwał głową.

– Z tego, co wiem, carstwo wielokrotnie prowadziło rozmowy, proponujące, że po śmierci mego ojca, korona zostanie przekazana Michałowi, lecz na razie nie doszło do zgody.

Halicki westchnął.

– A Sojuszkowiczowie z pewnością mogą spróbować „nacisnąć” na cesarza, tak by oddał koronę, w ten lub inny sposób.

Wszyscy zamilkli, rozumiejąc skalę problemu, z jakim się mierzyli. Relatywnie niewielki pucz purystów, mógł równie dobrze przemienić się w wojnę między dwoma mocarstwami, jeśli uznają, że gra jest warta świeczki. Do tego czasu milczący Dyrektor odezwał się melodyjnym głosem.

– Wasze podejrzenia są poprawne – stwierdził. – Według mojej wiedzy, Michał Sojuszkowicz z poparciem cara Iwana XIII, będzie chciał odzyskać koronę swej matki – biała maska spojrzała czarnymi oczami we wnętrze księcia. – Już dzisiaj zauważono, że część wspomnianych przez was bojówek, jest wyposażona w Varsjańskie uzbrojenie.

Słowa Dyrektora wywołały szok wśród zebranych. Hadrian spojrzał na Adlera i Cezariona. Oboje mieli podobne podejrzenia, ale wywiad nie miał żadnych potwierdzeń z tym związanym. Adler przełknął ślinę, przeczuwając najgorsze. Halicki natomiast spojrzał na Dyrektora i zapytał.

– Czemu nam to teraz mówisz?

Dyrektor zwrócił na niego swą nieruchomą twarz.

– Ponieważ jestem handlarzem informacji, a wiedza o tym spotkaniu i o czym na nim mówiono, jest bardzo cenna. A to, co cenne, nie powinno być zdobywane bez odpowiedniej zapłaty – spojrzał po obu rozmówcach. – Dom Operowy już od dawna uznaje Purystów za swoich przeciwników. Zresztą wzajemnością. Jako Dyrektor, oferuję więc moje poparcie w formie informacji, jakie będę przekazywał wam obu, o ruchach i działaniach waszego wspólnego wroga.

Halicki wstał i uderzył dłonią w stół.

– Może mamy wspólnego wroga, ale jeszcze na nic się nie zgodziliśmy. Nie jesteśmy sojusznikami!

Mimo że była to prawda, Dyrektor nie wydawał się przekonany. Zwrócił swój wzrok na Halickiego i odezwał się bardzo spokojnie i bardzo wyraźnie.

– Ale nie jesteście głupcem, panie Halicki. Dobrze wiecie, co się z wami stanie, jeśli Puryści przejmą władzę w państwie, albo, jeszcze gorzej, jeśli zdoła to zrobić kandydat Varsji – przerażający pomruk doszedł ich spod maski. – Czy możecie sobie wyobrazić, co mógłby uczynić ten człowiek w imię zemsty za śmierć swych rodziców, których zamordowali „Czerwoni”?

Halicki drgnął i ciarki przeszły mu po plecach. Nie ważne jak nienawidził monarchii, sojusz z Hadrianem był ich jedyną opcją na przetrwanie. Jeśli nie dadzą księciu swojego poparcia i pozwolą mu przegrać, nic nie powstrzyma ich wrogów, przed całkowitym zniszczeniem ich snu. Z ciężkim sercem i zaciśniętą szczęką, Halicki usiadł na swoim miejscu. Pomasował skronie i westchnął głośno.

– Czy jest coś jeszcze, co chcielibyście powiedzieć?

Hadrian spojrzał po swoich dwóch towarzyszach, po czym odezwał się pewnie.

– Chcę tylko usłyszeć waszą odpowiedź.

Halicki pokręcił głową.

– Na razie nie mogę jej podać. Może jestem liderem, ale nie mam pełnej władzy nad ruchem. Muszę spotkać się zresztą liderów ruchu i przedstawić im, pańskie propozycje. Skontaktujemy się z wami poprzez Dom Operowy – tu spojrzał na Dyrektora. – Nie powinno być z tym problemów?

Dyrektor kiwnął delikatnie głową.

– Oczywiście, że nie. Jesteśmy nawet w stanie pomóc z szybszym zorganizowaniem i transportem liderów pańskiego ruchu na więc. Nie będziemy wymagać żadnych dodatkowych kosztów – Dyrektor oznajmił pewnie. – Tak długo, jak mój reprezentant, będzie mógł być obecny na wiecu.

Halicki pokiwał głową i wstał.

– Niech i tak będzie. Czy mogę uznać, że to koniec naszego spotkania?

Hadrian kiwnął głową i wstał z miejsca. Uśmiechnął się delikatnie, do rozmówcy.

– Do zobaczenia, Tomaszu Halicki.

Książę dał tymi słowami do znaczenia, że oczekuje kontynuacji dzisiejszego spotkania. Halicki prychnął rozbawiony i oniemiały, jak sprawnym rozmówcą jest ten młodzik i z bliźniaczym uśmiechem odpowiedział.

– Do zobaczenia, książę Hadrianie.

 

***

 

Byli już bardzo blisko wyjścia, kiedy Dyrektor pojawił się przed nimi w drzwiach. Jego nieruchoma biała maska, wydawała się wygnać w dziwacznym grymasie wraz ze światłem za plecami postaci. Dyrektor i Cezarion wymienili spojrzenia i krótkie kiwnięcia. Adler był bardziej niż pewny, że tym jednym spojrzeniem, zdołali przeprowadzić między sobą całą rozmowę, ale nie miał takiej pewności. Dyrektor następnie spojrzał na niego i odezwał się melodyjnie.

– Franciszku Eaglu. Mam część informacji, które u nas zakupiłeś i odpowiednią rekompensatę. Czy mogę poprosić o trochę twojego czasu, by dokończyć transakcję?

Adler spojrzał na księcia, a ten tylko kiwnął głową, dając swoje pozwolenie. Bez słowa, grupa rozdzieliła się, Arnold i Hadrian, ruszając z powrotem na wyspę królewską i Adler idący za Dyrektorem w głąb Teatru Popękanych Masek. Szli w całkowitej ciszy, dłużej niż się spodziewał. Korytarzami wypełnionymi freskami i figurami z minionych dziejów. Ostatecznie trafili do podziemnej półokrągłej sali, w której centrum stał szklany pomnik. Była to postać damska, balansująca na niewielkiej piłeczce, trzymającej na rękach najróżniejsze przedmioty, tworząc dwie parodie wież. Postać nie miała ludzkiej twarzy, a bliźniaczą do dyrektorskiej, białą maskę o trzech rogach. Dyrektor lekko podskoczył i usiadł na podstawie figury, wskazując Adlerowi pojedyncze krzesło, ewidentnie dla niego przygotowane. Kiedy usiadł, Dyrektor zachichotał, choć tym razem nie diabelnym śmiechem, a czysto ludzkim głosem.

– Jesteście człowiekiem, który zna sporo tajemnic, samemu będąc tajemnicą. Francisie Adlerze – zwrócił się do niego miękko. – Z pewnością, należysz do ciekawszych klientów mojej kariery.

Adler nawet nie drgnął. Domyślił się, że Dyrektor zna już jego prawdziwe imię.

– Co udało ci się dowiedzieć?

Dyrektor szybko spoważniał, zmieniając ton swojego głosu.

– Ten, który celował w życia Eweliny Vazy i twoje, był w tym mieście. Nie mam do tego wątpliwości, ale już w nim nie jest i wasze życia nie są już jego celem, a przynajmniej, na to wygląda.

Adler zmrużył brwi zaintrygowany.

– Ciekawe. Masz coś więcej?

– Jego ślady prowadzą w stronę ostatnich ataków terrorystycznych, nawet bez dowodu, jestem pewny, że mieszał w nich palce – Dyrektor uniósł wzrok na szklany pomnik wznoszący się nad nim. – Niestety nie mogę dowidzieć się więcej, jego postać jest poza moim zasięgiem.

Adler drgnął. Rozumiał kontekst tej odpowiedzi. Zrozumiał przekaz. Zrozumiał implikację i wraz z tym… już wtedy domyślił się, z kim się mierzy… a na samą myśl, jego serce pociemniało, a umysł wypełniła nienawiść. Milczał chwilę, gasząc płonącą furię, po czym odezwał się cicho.

– Rozumiem. Dziękuję.

Dyrektor kiwnął głową, widząc jego zrozumienie i odezwał się miękkim głosem.

– Jako że to wszystko, co mogę ci przekazać, jestem winny ci rekompensatę. Smok, już przekazał mi, że wiesz o naszej prawdziwej naturze i wiem, że ten chytry gad przekazał ci już, że posiadam wiele wiedzy o tamtym świecie – zachichotał. – Może nawet przewidział, że nie będę w stanie przekazać ci informacji o równej wartości tego, co przekazałeś Dyrygentowi. Tak czy inaczej, pytaj, jeśli masz pytania i żądaj, jeśli masz żądania. Nie spodziewaj się jednak by to, co mogę ci zaoferować, zaspokoiło twoje pragnienia.

Adler pokiwał głową i zastanowił się przez chwilę. Miał wiele potencjalnych pytań, ale wiedział też, żeby nie zadawać pytań, które mogłyby zirytować kogoś, kogo obawiał się Cezarion.

– Nie spodziewałem się – zaczął. – Żebym w tak krótkim czasie poznał aż dwie osoby mające połączenie z tamtym światem – oznajmił, spoglądając na Dyrektora. – Ilu was zostało?

Dyrektor pokręcił głową i zachichotał.

– Podchwytliwe pytanie… wybacz, ale nie mogę podać pełnej odpowiedzi – uniósł wzrok. – Tacy jak Ja i Smok, jesteśmy wyginającym gatunkiem. Jesteśmy na wyginięciu od dobrych pięciuset lat. Z tego, co mi wiadomo, przed Katastrofą mogło być kilkadziesiąt milionów takich jak Ja i Cezarion… no, może nie takich jak „my”, ale osób połączonych bezpośrednio z Weartii. Połączonych tak blisko z Weartii, jak Ja i Cezarion… znacznie mniej, pewnie sto tysięcy. Dzisiaj… dzisiaj pozostał skrawek cienia, tego, co było cieniem.

– Nie jest to satysfakcjonująca odpowiedź – Adler spojrzał na niego ostro.

– Ostrzegałem – Dyrektor odpowiedział, spoglądając na niego zimną maską. – Zadawaj lepsze pytania, a usłyszysz lepsze odpowiedzi.

Adler zamyślił się przez dłuższą chwilę, szukając lepszego pytania.

– Arnold określił cię „Apostołem” – stwierdził. – Czy możesz doprecyzować?

Dyrektor tutaj, bez wahania kiwnął głową.

– Ma na myśli kogoś bezpośrednio wybranego przez Boga. Nie zwyczajnie przez otworzenie źródła, ale oficjalne i personalne wyznaczenie tego, który ma mu służyć. Jestem jednym z nielicznych, którzy pozostali. Nie pytaj się, ilu nas zostało, ale wiedz, że Arnold nie zna innego niż ja – zachichotał. – Mój bóg wybrał mnie, bym był jego wiernym sługą. Apostołem. Oto więc jestem, służąc jego woli – tu wskazał na posąg za jego plecami. – Tak oto była moja mistrzyni i jej mistrz i mistrz jej mistrza i tak dalej – zachichotał. – A każdy kolejny, krokiem od mocy przeszłości – zapukał w swoją maskę. – Ten niewielki artefakt, to jedna z nielicznych pozostałości naszej dawnej potęgi i chwały.

Demon skrzywił się na tak okrężna odpowiedź, ale i ta, podsunęła mu kolejne pytanie.

– Czy jesteś silniejszy od Arnolda?

– Nie – Dyrektor i tym razem się nie zawahał. – Nie w czystej sile, ale wiem znacznie więcej od niego. Zadawaj więc ciekawsze pytania.

Adler zamrugał lekko zbity z tropu, po czym zadał najbardziej go intrygujące pytanie.

– Co wydarzyło się w czasie Katastrofy? Czy możesz mi dokładnie wyjaśnić, co się wydarzyło? Arnold powiedział jedynie, że połączenie między Veralem, a Wearti zostało przerwane, ale nie w pełni to rozumiem.

Dyrektor zaklaskał w dłonie, widocznie zadowolony.

– NO! To jest ciekawe pytanie, warte mojego czasu – odchylił się do tyłu i opierając się o szklaną nogę, swej mentorki zaczął mówić przepięknym głosem, niemalże śpiewać, jakby recytował znaną mu powieść, głosem doświadczonego narratora. – Wyobraź sobie piękne miasto, bijące życiem i mocą. W sklepach pełne pułki, fabryki buchające dymem, maszyny nie z tego świata na ziemi, w wodzie i w powietrzu – zatoczył krąg dłonią. – Wyobraź sobie teraz elektrownię, nie z tego świata, która przekazuje swą moc temu miastu. Jej piece napędza tajemnicze paliwo, a energia jest składowana w dziwacznych urządzeniach. W każdej minucie, setki tysięcy błyskawic leci z niej ku niebu, ponieważ miasto nie zużywa wystarczająco dużo energii i nadmiar musi zostać gdzieś wypuszczony. Wyobraź sobie, że w tym mieście, z tą mocą, wszystko było możliwe. Oddychanie pod wodą i chodzenie po niej. Latanie po niebie bez skrzydeł. Zianie ogniem. Widzenie przyszłości, przeszłości i teraźniejszości, za pomocą talii kart. Wyobraź sobie, że mimo tego, że wielu nadużywało tej mocy, zawsze byli ci, którzy kontrolowali równowagę, tak, że miasto nigdy nie pogrążyło się w chaosie – tutaj pochylił się naprzód. – Wyobraź sobie teraz, że ktoś, wyłączył tę elektrownię i równocześnie, głosy tych, którzy strzegli porządku w mieście, umilkli, tak jakby moc elektrowni napędzała ich płuca, a bez jej mocy, nie mogli wziąć nawet jednego oddechu. Wyobraź sobie chaos, kiedy lampy gasną, a wszystkie cuda i dziwy, stają się cudami i dziwami, kiedy do niedawna były czymś zwyczajnym. Wyobraź sobie chaos i zniszczenie. Biedę i głód… oraz chciwość tych kilku, którzy mieli prywatne generatory i baniaki tego tajemniczego paliwa. Wyobraź sobie ich próby przejęcia władzy ich dominację… i upadek, kiedy w pogoni za mocą, zużyli całą, którą posiadali – tutaj Dyrektor umilkł na moment. – A teraz powiedz mi, Francisie Adlerze… ile pokoleń by było potrzeba, by ludzie przestali wierzyć, że elektrownia kiedykolwiek istniała? – Adler przełknął ślinę, ale zanim zdołał odpowiedzieć, Dyrektor odezwał się znowu. – Pięć pokoleń wystarczyło… a w naszym przypadku, minęło już dwadzieścia pięć. Elektrownia nie jest już nawet mitem. Tylko mity wspominają dzisiaj o niej, jako micie – zachichotał. – Tylko nieliczni, nadal wierzą w jej istnienie.

– Jak ci, co mają dostęp do generatorów albo paliwa – spojrzał na Dyrektora. – Jak Ty.

– Częściowo – odpowiedział. – Z pewnością mam „generator”, ale paliwa zostało mam zaledwie kilka kropel. Można zdobyć go więcej, ale sam nie potrafię. W całym moim życiu poznałem zaledwie trzy osoby, które mają tę moc – pochylił się bardziej. – Znany nam obu Smok, jest jedną z nich.

– Tego się już domyśliłem – przyznał. – Wiem również, że nie należy do tych, którzy szukają na ponowne włączenie elektrowni. Jakie jest twoje stanowisko?

Dyrektor drgnął, jakby uśmiechał się pod swoją maską.

– W tym przypadku zgadzam się ze smokiem. Jak już powiedziałem, minęło dwadzieścia pięć pokoleń. Pół tysiąca lat. Ludzkość zdołała już zbudować nowe elektrownie, oparte na zupełnie innym paliwie, zamiast wiary, wybrali umysł i mimo że jeszcze nie osiągnęli tego samego poziomu co ci sprzed Katastrofy, bardzo szybko zbliżają się do granicy i jestem bardziej niż pewny, że ją przekroczą – Dyrektor westchnął. – Jestem strażnikiem zapomnianej i tajemnej wiedzy, wszyscy poprzednicy, którzy nosili podobne do mojej maski, również nimi byli. Mam jednak świadomość, że będę jednym z ostatnich… i ta myśl przynosi mi spokój ducha.

Adler zamrugał, nie rozumiejąc, co Dyrektor ma na myśli. Jego rozmówca naraz podniósł się i delikatnym krokiem, zaczął obchodzić szklaną figurę swej mentorki.

– „Błogosławiony, albowiem widzę przyszłość! Przeklęty, ponieważ widzę ,co niesie! A Ty, dziecko, widzisz co ja widzę, oczami, które ci dałem. Nie płacz, jako że łez nie wystarczy, by opłakać tych, co nadejdą i tych, co mogą nadejść! Śmiej się, by zagłuszyć płacz świata, który wie, co ty wiesz! – Dyrektor wyśpiewał niemalże te słowa, krocząc godnie, dokładnie na krawędzi podstawy pomnika. – Niech cię wyśmieją, jak ty ich wyśmiewasz, albowiem oni myślą, że z pychy, a nie z rozpaczy to robisz! Śmiej się, aż gardło nie odmówi służby, a płuca padną bez siły! Śmiej się, albowiem nawet bóg nie miał siły, by płakać!”

Dyrektor zamilkł naraz, zatrzymując się w miejscu i stojąc bez ruchu, jakby zatrzymany w czasie. Adler stał, lekko oniemiały. Jeszcze nigdy nie widział tak delikatnych i tak pewnych ruchów ani nie słyszał tak pięknego głosu. Postać Dyrektora wydawała się bardziej płynąć niż iść, tak długo, jak mówił, a każdy jego krok był wypełniony gracją i dumą, której nawet z jego umiejętnościami, nie byłby w stanie powtórzyć. Dyrektor obrócił twarz w jego stronę, teraz w ciemności oczu maski, wydawało mu się coś widzieć. Coś bardzo ludzkiego, a jednak coś bardzo nieludzkiego.

– „Okrzyk Śmiejącego się Boga”, takie nosi imię ten tekst – Dyrektor oznajmił, zeskakując na podłogę. – Jest to zarówno motto, jak i przysięga tych, którzy noszą maskę mego boga – palec dyrektora zapukał w białą twarz. – Nasz czas się jednak na szczęście kończy. Wiem, że jestem jednym z ostatnich, którzy muszą się śmiać, na rzecz płaczu świata. Wkrótce, wyginiemy. Nie będzie więcej takich jak ja. Nie będzie więcej takich jak Cezarion. A wszelka wiedza, która dawniej mogła dać władzę… wkrótce, będzie warta mniej, niż materiał, na którym została zapisana – Dyrektor podszedł do Adlera i zatrzymał się tuż przed nim. – To wszystko, co mogę ci powiedzieć i nie powiem słowa więcej.

Adler pokiwał głową, nie próbując się kłócić. Jednakże, mimo to, chciał zadać jeszcze jedno pytanie. Uniósł wzrok na szklany pomnik i przyglądając się postaci, mającej tyle gracji zapytał.

– Jak miała na imię twa mentorka? Ta, która przyszła przed tobą?

Dyrektor zaczął się śmiać, widocznie rozbawiony, że Adler mimo tego, co powiedział, zadał jeszcze jedno pytanie. Adler był pewny, że pod białą maską, błyszczy ciepły uśmiech. Dyrektor obrócił się i spojrzał na pomnik swej mentorki i odpowiedział.

– Ci, co noszą maski, nie mają imion. Ani Ja, ani ona, ani ci, co przyszli przed nią – odpowiedział. – Żaden z nas nie ma imienia. Nie są nam potrzebne. Jesteśmy po prostu Apostołami. Tymi, którzy noszą maskę naszego Boga. Nie jesteśmy niczym więcej… i niczym mniej.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • Pontàrú dwa lata temu
    Dobry powrót po przerwie. Widać, że masz cały świat dobrze przemyślany i w odpowiednim tempie uwalniasz informacje. Po tekście wiać, że pod tym co widzi czytelnik jest znacznie więcej i dopiero stopniowo zyskujemy wiedzę na temat tych ukrytych elementów.
    Standardowo już że tak powiem pojawia się parę literówek typu "sok" a nie "szok" oraz parę powtórzeń. Interpunkcja mi jakoś nie zawadxała więc chyba ok.
    Daję 5
  • Kapelusznik dwa lata temu
    Dzięki wielkie za przybycie

    Taki był mój cel - mało co pojawia się bez powodu. Mam mało dodatków jako "dodatki" bez znaczenia. O ile mogę, wszystkiemu nadaję sens.
    Dom Operowy jest jednym z tych miejsc.
    Przy pierwszym spotkaniu - mafia i handlarze informacjami
    Teraz - pozostałość po antycznym kulcie :)

    Cieszę się, że ci się spodobało

    Na razie sporo roboty, ale piszę nowy odcinek Wybranej, a po tym dam następny Demona

    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania