Pokaż listęUkryj listę

Demon III Powstanie - 3

(Po idiotycznie długim czasie, DEMON - POWRACA! Domyślam się, że przynajmniej kilku czytelników obawiało się, że porzuciłem tę serię. Spokojnie - wszystko z nią ok. Zwyczajnie nie miałem weny by cokolwiek napisać w uniwersum i pchałem cały czas Komisara. Ale teraz, odczuwam nowy podmuch weny, więc spodziewajcie się widzieć Demona częściej w moich nadchodzących publikacjach. Pozdrawiam wszystkich serdecznie i miłego czytania - Kapelusznik)

 

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

1 Listopada

Valentia – Wyspa Królewska

 

Kolor żółci i brązu dominował za oknami. Kolory jesieni. A jesień w Walencji była naprawdę piękna, szczególnie na wybrzeżu. Chłód i częste deszcze były na początku dziennym. Słodko. Kanalizacja miejska była na szczęście porządnie zaprojektowana i wytrzymywała napór natury. Mimo złej pogody stolica wydawała się coraz bardziej aktywna z dnia na dzień. Szczególnie z perspektywy Adlera. Książę Hadrian prowadził nierówną walkę z opozycją. Kapitaliści obawiali się inwestorów z Imperium, robotnicy ich niszczycielskich praktyk. Mutanty rasizmu, puryści jego braku. Część elit próbowała przeciągnąć przyszłego króla na swoją stronę, by zdobyć jeszcze większe wpływy. Szczególnie szlachta, bardzo starała się poprzez małżeństwo zdobyć odpowiednią przewagę i zaczepienie u boku Hadriana. Nawet armia, mająca być podstawą bezpieczeństwa zaczęła wykonywać niebezpieczne ruchy. Różne pogłoski dochodziły do jego uszu. Jeśli połowa z nich była prawdziwa, Herr Doktor i Mengele mieli rację. Konflikt był najpewniej nieunikniony. Napięcie w cały kraju rosło. Poza nim również. Wiele państw wyraziło niezadowolenie w związku przejęciu korony przez Hadriana. Potencjalnych sojuszników było kilku. Na domiar wszystkich obowiązków, Hadrian nadal uczęszczał na zajęcia, a przynajmniej ich część. Coraz bardziej przenosił swoją naukę do pałacu, mając serdecznie dość tłumu kandydatek na królową, które w najmniejszym stopniu nie miały zamiar mu odpuścić. Szczególnie Vea, księżniczka Diarchii, okazywała się niesamowicie natarczywa. Manipulowała otoczeniem, tworzyła sytuacje, gdzie się spotykali „przez przypadek” itp. Adler miał tego serdecznie dość. Choć, w głębi, nie mógł zaprzeczyć, że jej umiejętności były naprawdę imponujące. Nawet wykonując swe nowe zadanie, jako osobisty gwardzista Hadriana, kilkukrotnie dał się jej zaskoczyć.

 

Jednakże nie sama natarczywość Vei najbardziej go irytowała. To reakcje Eweliny, kiedy widziała jej ruchy wobec księcia. Była zazdrosna. Wydawało się, że zupełnie o nim zapomniała. Utworzyło to ziejącą dziurę w jego wnętrzu, gdzie wraz z podmuchem wiatru, dało się słyszeć jęk zdewastowanej duszy. Choć sam by tego nie przyznał.

 

Właśnie teraz stał na skraju pałacowego ogrodu. Hadrian siedział w altance i rozmawiał z Eweliną, która wyglądała na niesamowicie szczęśliwą. Krótką przerwę w obowiązkach dwójka spędzała ze sobą. Adler wyciszył burzące serce i skupił się na swojej pracy. Tym razem nie dał się zaskoczyć. Znana mu już kobieca postać wysunęła się z bocznego wejścia i nie zauważywszy go, ruszyła w kierunku altanki.

– Witam księżniczko – zwrócił się do Vei, która oczywiście znalazła jakąś trasę do pałacowych ogrodów. – Jak widzę, nie może się pani powstrzymać.

Dziewczyna, która była skupiona na dotarciu do księcia, zatrzymała się nagle, widocznie zaskoczona. Eagle stał tuż za nią, oparty o ścianę. Wiedząc, że nie zdoła dotrzeć do księcia, westchnęła zrezygnowana.

– Witaj Eagle – skłoniła się godnie. – Miło cię widzieć.

Chłopak westchnął zirytowany.

– Proszę sobie odpuścić fałszywe słowa – przeszył ją na wskroś wzrokiem. – Zaczynają mnie już nudzić.

W jednej chwili księżniczka skamieniała. Następnie rozluźniła się i spojrzała w oczy Adlera, zimnym jak ostrze noża wzrokiem. Zgodnie z prośbą, zdjęła maskę.

– Nie lubisz mej gry? – Zapytała niewinnym wzrokiem.

– Nie – Adler odpowiedział pewnie. – Nie lubię polityki, ale tego już się pewnie domyśliłaś.

– Tak, zauważyłam już, że jesteś człowiekiem czynu. Wolącego używać kuli, niż słów, by osiągnąć swoje cele – zerknęła przez ramię na altankę. – Szczególnie po tym, jak się rozstaliście.

Eagle nawet nie drgnął. Widząc to Vea zachichotała.

– Zero reakcji? – Zapytała zaintrygowana. – Myślałam, że ją kochasz… a ona ciebie.

Diarchianka była zafascynowana tym młodym mężczyzną. Swoją postawą wydawał się lata starszy niż był faktycznie. Chłopak ubrany na czarno, o równie czarnej duszy. Jego oczy były zimne, ale Vea widziała cień cierpienia oraz ziejącą w nich pustkę. Nie dało jej się łatwo oszukać.

– Widocznie byłaś w błędzie – Eagle odsunął się od ściany. – Zaprowadzę Panią do wyjścia.

Posłusznie ruszyła za Eaglem, dorównując mu kroku.

– Nie jesteś zazdrosny? – Zadała kolejne niewygodne pytanie. – Po wszystkim, co przeszliście?

– Czy musisz zadawać takie pytania? – Adler odmówił odpowiedzi. – Wścibskość jest grzechem.

– Nie w Dreoryźmie*. Ciekawość jest darem jednego z naszych patronów, a ja jestem mu bliska – odpowiedziała z uśmiechem. – Choć nie wydaje mi się, że Arrianin**, taki jak ty, miałby większą wiedzę o mojej wierze.

– Wiem wystarczająco – Adler odpowiedział. – Referujesz do Erei, jak rozumiem? Waszej patronki ciekawości i radości?

Vea zamrugała zaintrygowana.

– Intrygujące. Niewielu wie o moich bogach w tej części świata. Skąd się o nich dowiedziałeś?

– Miałem dobrego nauczyciela.

Zbliżali się już do wyjścia, kiedy drzwi otworzyły się szeroko i tuż przed nimi stanął mile widziane trio.

– O wilku mowa – Adler uśmiechnął się serdecznie. – Witaj Arnoldzie, Julio… – tu spojrzał na 66. – Beniaminie.

Smok Valentii miał na sobie swój biały frak, który ewidentnie przypadł mu do gustu. Jego oczy błyszczały złotem, pełne energii. Stojąca obok Julia miała na sobie bardzo elegancką czerwoną suknię, czy szatę. Nie różniła się bardzo od jej typowego stroju kapłanki, ale przy tym brakowało symboli jej religii. Beniamin natomiast miał na sobie bliźniaczo podobny czarny mundur.

– Witaj Eagle, kłaniam się przed tobą, wasza wysokość – Arnold skłonił się nisko. – Miło was widzieć.

– Wasza wysokość – Julia i Beniamin skłonili się godnie.

Vea uśmiechnęła się i również odpowiedziała skinieniem głowy.

– Proszę, proszę. Smok Valentii we własnej osobie – uśmiechnęła się serdecznie. – Miło ponownie Pana zobaczyć, Cezarionie.

– Cała przyjemność jest po mojej stronie – Arnold zerknął w stronę altanki. – Jak rozumiem, raz jeszcze próbowała się pani zbliżyć do mojego Pana?

– Niestety bez większych sukcesów – tutaj zamyśliła się przez moment. – Ale z drugiej strony szczęście się do mnie uśmiechnęło. Chciałam z Panem porozmawiać.

– Domyślam się nawet na jaki temat. Dobrze. Pozwoli Pani pójść ze mną? Porozmawiamy na osobności.

– Właściwie, chciałabym, żeby Franciszek Eagle mógł uczestniczyć w rozmowie. Pani Julia…?

– Julia Enhal, wasza wysokość.

– Tak. Też może uczestniczyć w rozmowie.

Eagle odchrząknął.

– Jestem na służbie.

– Mogę cię zastąpić – Beniamin oznajmił pewnie. – Wytłumaczę sytuację jego Wysokości.

– Dziękuję. Z tobą jako zastępstwo, mogę iść bez strachu.

Arnold kiwnął głową.

– Bardzo dobrze, chodźmy więc.

Spokojnie przeszli korytarzami pałacu i zatrzymali się w jednym z licznych salonów. Vea usiadła po jednej stronie stołu, a Franciszek i Julia po drugiej. Arnold, spokojnie przygotowywał herbatę. Mógł wyznaczyć do tego jakiegokolwiek z licznych służących, ale odprawił wszystkich. Vea przyglądała mu się zaintrygowana.

– Zgaduję, że już wiesz jaki temat mam zamiar poruszyć.

– Naszego poparcia dla twojego małżeństwa z księciem Hadrianem – Arnold przytaknął. – Najbardziej oczywisty temat, ale domyślam się też, że masz pewne argumenty.

Vea przytaknęła, odchylając się lekko w siedzisku.

– Jeśli sytuacja w państwie się nie zmieni, czeka was pucz wojska… a przynajmniej jego części.

Adler spojrzał na Veę ostro.

– Skąd ta pewność?

– Ponieważ północ Walencji zawsze była bardziej radykalna, bardziej patriotyczna… i to tam znajdują się związani z ruchem purystów oficerowie. W tym ojciec waszego przyjaciela.

– Domski – Arnold pokiwał głową. – Niestety Nataniel jak na razie nie zdołał przekonać ojca.

– Dokładnie – Vea przytaknęła. – Wasz władca potrzebuje silnych sojuszników, szczególnie mocarstw. Imperium jest znacząco podzielone w odniesieniu do jego kandydatury, Varsja jest otwarcie przeciwna. Potrzebujecie Diarchii, jako potężnego sojusznika. Ja mogę go zapewnić.

Julia przekręciła lekko głowę.

– Z tego, co słyszałam, chciałaś „zdobyć” księcia… czemu zmiana nastawienia?

Dobre pytanie. Wszyscy to wiedzieli. Vea westchnęła.

– Ponieważ sytuacja pogarsza się z dnia na dzień. Hadrian jest inteligentny, silny i ambitny. Idealny mąż dla kogoś takiego jak ja, nie mogę zaprzeczyć. Nawet jeśli nie będzie między nami miłości, jestem pewna, że odnajdę wiele satysfakcji w naszym związku. Jednakże…

– Jednakże Hadrian jest skupiony na Ewelinie Vazie – Cezarion postawił przed wszystkimi filiżanki herbaty. – Co bardzo utrudnia ci wszystkie ruchy.

– Dokładnie – Vea przyznała niechętnie. – Wiem, że nie uda mi się pokonać uczucia, jakie już widocznie mają, ale szczerze nie widzę jak Hadrian miałby osiągnąć jakikolwiek sukces, mając Vazę za żonę. Finicja to republika. Ten związek nie ma żadnej wartości politycznej. Równie dobrze Hadrian mógłby poślubić prostą szlachciankę. Pod względem politycznym, może być to samobójstwo. Zbyt wielu wielkich władców wysłało kandydatury swych córek, by zostać odrzuconym przez dziewczynę bez korony, czy diademu na głowie.

Arnold usiadł na fotelu z filiżanką w dłoni, uśmiechając się delikatnie.

– Faktycznie, sytuacja jest trudna, szczególnie pod względem małżeństw – tu uniósł pilny wzrok. – Widocznie zapominasz o fakcie, który sama wspomniałaś – widząc jej pytający wzrok, Arnold kontynuował. – Nasz książę, jest ambitny. Nie ma zamiaru być zależny od swojego zięcia – upił z filiżanki. – Propozycja siły i wsparcia, dla osoby tak ambitnej i zdeterminowanej jak Hadrian, to trochę za mało.

Vea jęknęła cicho.

– Właśnie to sobie uświadomiłam i dokładnie dlatego z wami rozmawiam – wyprostowała się, przyjmując dumną pozę. – Jeśli moje piękno go nie przekonuje, a miłość jest poza moim zasięgiem, mam nadzieję, że posłucha rozsądku. Chcę wyjść za Hadriana, jednak w najmniejszym stopniu nie mam zamiaru odesłać Eweliny Vazy. Jestem gotowa uznać ją, nawet oficjalnie, za królewską kochankę. Uznam nawet pełne prawa dziedziczne jej dzieci.

Adler spojrzał na nią, jakby oszalała.

– O czym ty mówisz? W takim układzie tracisz prawie na całej linii! Zresztą, kto słyszał o oficjalnych kochankach z dziećmi o prawach równych do królowej.

Julia uniosła na niego spokojny wzrok.

– W Diarchii nie jest to aż tak rzadkie. W ich wierze, wraz ze zgodą wszystkich stron, mężczyzna, czy kobieta, mogą mieć wielu partnerów. W mojej wierze związki wieloosobowe też nie są zabronione – tu spojrzała na księżniczkę. – Dlatego pozwoliłaś na moją obecność?

– Między innymi – księżniczka Diarchii przytaknęła. – Jestem pewna, że kobieta taka jak ty, wie o skali trudności związania się z kimś takim jak Arnold. Na razie jesteście razem, ale rozpoznajesz niebezpieczeństwo pojawienia się kandydatki, która miałaby za sobą moc, mogącą uratować twojego ukochanego – Vea pochyliła się lekko do przodu. – Czy gdyby Arnold był w śmiertelnym zagrożeniu i dostałabyś propozycję podobną do mojej… przyjęłabyś ją?

Julia zacisnęła dłonie i spojrzała na Arnolda, który obserwował całą scenę w ciszy. Na jego twarzy nie było gniewu, nie było zazdrości. Nie było złości. Znał ją za dobrze. Wiedział, jak odpowie na tak skonstruowane pytanie. Julia westchnęła i odpowiedziała cicho.

– Jeśli taki związek mógłby uratować Arnolda… tak. Zgodziłabym się bez zastanowienia.

Adler zacisnął szczękę. Vea miała dobre argumenty. Bardzo dobre. Natura 001 nie mogła jej zwyczajnie zaprzeczyć. Wyuczona logika rozumiała skalę niebezpieczeństwa, z jakim się mierzyli i rozumiała, że propozycja Vei, może być jedną z nielicznych bezpiecznych wyjść z tej sytuacji. Przed poznaniem Eweliny. Poznaniem miłości, przyznałby jej rację. Teraz jednak miał wątpliwości.

– Co miałabyś na tym zyskać?

Vea zwróciła swój wzrok na Adlera.

– Ja? Niewiele. Jedynie pozycję i dobrego męża. Nasz związek byłby bez miłości, ale widziałam już wystarczająco. Hadrian by mnie nie zranił – dziwny dreszcz przeszedł przez ciało księżniczki. – Moje państwo natomiast zyskałoby bardzo potężnego sojusznika. Jak dobrze wiecie od ponad pięćdziesięciu lat moja ojczyzna i państwa sojusznicze, toczą praktycznie niekończącą się walkę z ZSRZ. Rosnąca siła Paktu Państw Niezależnych zagraża bardzo chwiejnej równowadze sił. Mój dziadek, najwyższy król, chce ostatecznie przeważyć szalę, tworząc sojusz z innym mocarstwem kontynentu. Mój związek z Hadrianem stworzy najpotężniejszy pakt całego kontynentu, jeśli nie świata. Nie tylko Pakt Państw Niezależnych będzie musiał się nam podporządkować, czy Varsja, ale nawet ZSRZ nie miałoby z nami szans – była bardzo pewna siebie i trudno się dziwić, miała rację. – Razem moglibyśmy zakończyć Rewolucję i przywrócić dawne monarchie. Nawet Finicję! – Adler drgnął. – Na moim związku zyskuje nie tylko Hadrian, ale i Ewelina. Dwa tak wielkie Imperia, jak Anos*** i Diarchia z łatwością mogłyby obalić władzę republiki w Finicji i przywrócić rodzie Vazów utracony tron – spojrzała po rozmówcach. – Jeśli ja i Hadrian się pobierzemy, każdy z nas zyskuje!

Adler był pod wrażeniem. Wszystko dobrze przemyślała. Nawet pełna dumy Ewelina, może być przekonana tą ofertą. Stracenie pierwszego miejsca u boku Hadria może być bolesne, ale o ile będzie pierwsza w jego sercu, niewiele się zmieni. Ponadto, jest to mała cena, by odzyskać utraconą koronę. Przy odrobinie szczęścia Vea umrze przed Eweliną, a Hadrian będzie mógł się ponownie pobrać, tym razem już z księżniczką. Dłuższa chwila ciszy wypełniła pokój, jakby zwiastując zwycięstwo Vei… do momentu aż Arnold nie prychnął lekko rozbawiony. Wszystkie oczy skupiły się na jego osobie. Smok odłożył filiżankę i wyprostował w siedzisku.

– Twój patriotyzm i gotowość do poświęceń są imponujące, księżniczko – odezwał się szczerze. – A twoje argumenty są przekonujące… lecz krótkowzroczne.

Vea zmarszczyła czoło, niemalże oburzona.

– Krótkowzroczne? W jaki sposób? Właśnie przedstawiłam ci dalekosiężną wizję sukcesu.

Arnold uniósł palec.

– Dokładnie, wasza wysokość. Sukcesu – uśmiechnął się rozbawiony. – Od kiedy to świat pozwala komukolwiek osiągnąć długotrwały sukces? Kiedy to historia udowodniła, że wszystko idzie zgodnie z planem?

Vea przekręciła lekko głowę, widocznie niezadowolona odpowiedzią.

– Co masz przez to na myśli?

Smok Valentii uśmiechnął się delikatnie.

– Jak sama powiedziałaś, równowaga na kontynencie jest bardzo krucha. Pięć potęg: Varisja, Diarchia, Imperium Feniksa, Pakt Państw Niezależnych, ZSRZ. Każde z nich ma mniej więcej równą sobie siłę. Powiedzmy, że Imperium Feniksa i Diarchia, połączyłyby się w sojuszu, tworząc w miarę zjednoczoną siłę, dzielącą kontynent na pół… czy naprawdę wierzysz, że reszta potęg nie zjednoczyłaby się, by z nami walczyć?

– Nie możesz mówić poważnie. Varsja ma bardzo negatywne stosunki z Paktem.

– Sojusz Diarchii i Imperium najpewniej przekonałby ich do zmiany nastawienia.

– Nawet jeśli. Państwa Niezależne to najsłabsza z potęg kontynentu. Nawet z Varsją po swojej stronie nie mieliby jak osiągnąć sukcesu.

– Kto powiedział, że byliby sami? Skąd masz pewność, że ZSRZ nie zawiązałoby z nimi jakiegoś układu?

Vea zaczerwieniła się ze złości.

– CO? Monarchia miałaby zawiązać sojusz z rewolucjonistami?! Chyba żartujesz!

– Mamy kilka przykładów z Perry. Zarówno monarchie, republiki, czy państwa rewolucyjne jednoczyły się tam wielokrotnie przeciw wspólnemu wrogowie. Zresztą, ZSRZ nie jest największym zagrożeniem – Arnold nie wyglądał na wzruszonego reakcję Vei. – Imperium jest w sojuszu ze Świętym Cesarstwem Detronii na kontynencie Tyrylii, a i ci mają swoich wrogów. Federacja Vestii, królestwo Dierontu – Arnold sięgnął po filiżankę. – Wizja, jaką proponujesz, może doprowadzić do załamania równowagi nie tylko kontynentu, ale i całego świata. Jest to przepis na globalny konflikt. Wojnę Światową. Wojnę, na jakiej skalę żaden z nas nie może sobie nawet wyobrazić – upił z filiżanki. – Musisz być ostrożniejsza w swoich wizjach przyszłości księżniczko – zwrócił się do Vei spokojnie. – Twój patriotyzm i pewność siebie, może cię przez to kiedyś zgubić.

Adler przełknął głośno ślinę. Arnold Cezarion zaimponował mu raz jeszcze. Fakt, wizja, jaką przedstawił, była bardzo mroczna, ale daleka od niemożliwej. Od Pęknięcia każdy ruch i działanie, każdego państwa świata, dodawał kolejny element wielkiego domina. To, już raz rozpadło się zaledwie pół wieku temu, więc ponowne rozsypanie się ostrożnie stworzonych kontaktów, było bardzo prawdopodobne. Vea patrzyła na Cezariona groźnie.

– Z takim nastawieniem nic nieosiągnięcie – odpowiedziała. – Trzeba ryzykować, by osiągnąć sukces.

– To prawda. Trzeba jednak rozważyć, czy zagrożenie nie przeważa potencjalnego sukcesu – Arnold nie przestawał się miło uśmiechać. – Zagrożenie, jakie wiąże się z tak wielkim sojuszem, może wywołać tylko i wyłącznie, jeszcze większą reakcję.

– Więc co proponujesz w zamian? Żeby wyszedł za Vazę, która nie ma krztyny władzy?

– Niczego nie proponuję. Decyzja leży na barkach Hadriana. Jako przyszły król, będzie musiał podejmować wiele równie ciężkich decyzji. Jednakże, jeśli jesteś ciekawa, nie uważam, żeby małżeństwo z Eweliną w globalnej perspektywie było takie złe.

Adler zmarszczył brwi, zdezorientowany.

– Co masz na myśli?

– W jaki sposób ślub z Eweliną zmieniłby balans sił na kontynencie? – Odpowiedź była oczywista. – W żaden. Status quo, który udało się utrzymać między państwami północy, nie zostałby w najmniejszym stopniu złamany. Oczywiście, wielu władców nie byłoby w pełni zadowolonych, ale każdy rozsądniejszy dyplomata, wiedziałby o wartości tego związku. Zamiast silnego, bezpośredniego sojuszu, Hadrian używałby miękkiej siły. Małżeństwo z Eweliną zwiększyłoby szanse odrodzenia monarchii w Finicji bez rozlewu krwi, a Pakt Państw Niezależnych, mógłby utrzymać przyjazne, lecz neutralne relacje, bez zawiązywania wymagających układów – Arnold westchnął. – Ta opcja jednak nie daje równie wielkich możliwości, jak twoja. Przy odrobinie szczęścia, twój pomysł mógłby doprowadzić do obalenia rewolucji na kontynencie, co z pewnością ma swoje plusy – Cezarion spojrzał na sufit. – Strasznie skomplikowana sytuacja.

Vea siedziała spokojnie. Widocznie nadal trawiąc kontrargumenty, szczególnie te wskazujące na skalę zagrożenia związanego z jej koncepcją. Arnold uśmiechnął się uprzejmie.

– Nie martw się na zapas, wasza wysokość. Przekażę twoją propozycję i obie wizje jego wysokości. Hadrian sam będzie musiał podjąć decyzję. Domyślam się, że to nie jest efekt, jaki chciałaś osiągnąć, ale nie mogę zaproponować nic innego.

Vea kiwnęła głową.

– Rozumiem. Cóż… nie mogę powiedzieć, że twój niepokój jest nieuzasadniony – wstała z miejsca. – Jesteś prawdziwym potworem dyplomacji, Arnoldzie Cezarionie. Zazdroszczę Hadrianowi. Talent twojego pokroju przydałby się na Diarchiańskim dworze.

Arnold i cała reszta również wstała, niegodnie było siedzieć w obecności księżniczki.

– Jestem wdzięczny, za te miłe słowa. Cieszę się, że mogliśmy porozmawiać.

– Ja również – Vea uśmiechnęła się i spojrzała na Eagle. – Czy Pan Eagle, może mnie odprowadzić?

Adler zerknął na Cezariona. Wymienili się lekkimi kiwnięciami głowy. Adler skłonił się uprzejmie.

– Oczywiście.

Adler ruszył przodem, otwierając drzwi i ruszając w kierunku wyjścia z pałacu, mając Veę tuż za plecami.

 

***

Pozostała w pokoju dwójka milczała przez dłuższą chwilę. Arnold patrzył w ciszy przez okno, kiedy Julia trzymała w dłoniach chłodnącą herbatę.

– Nie jesteś zły?

– Nie. Domyśliłem się, że tak odpowiesz. Wiedziałem, że jesteś gotowa na tak wielkie poświęcenie.

Dalsze milczenie. Julia zacisnęła szczękę, czując się podle. Przyznała się, że byłaby gotowa oddać swojego ukochanego. Nie tego ją uczono. Ciepłe dłonie Arnolda dotknęły jej ramion. Aż się wzdrygnęła. Jego dłonie były mocne, ciepłe, delikatne. Uniosła wzrok, by ujrzeć płonące złotem smocze oczy i szeroki uśmiech.

– Żadne skarby tego świata nie przekonałyby mnie, bym cię porzucił.

– Arnoldzie…

– Nie martw się najdroższa. Jestem silny. Nie ważne co, zawsze będę cię bronił. I nigdy, ale to nigdy cię nie porzucę.

W ciszy wypełnionej radością złączyli się w pełnym miłości pocałunku. Kiedy ich usta się rozłączyły, a Arnold otworzył oczy, jego serce stanęło.

Za plecami Julii stał Paradoks. Uśmiechał się szeroką swą białą maską, a jego oczy drżały, jakby w rechocie. Stał tuż przed nim i wyśmiewał się nawet z tak małego konceptu miłości. Było w tym jednak coś jeszcze bardziej przerażającego. Smocze oczy widziały to wyraźnie. Formujący się czarny cień, który pochłaniał wszystko, stał tuż obok Paradoksu i przyglądał mu się uważnie. Momentalnie, Arnold przygarnął Julię do siebie w obronnym uścisku. Z determinacją patrzył prosto na echo boga Korupcji. Zerghota. Tego, który spełni każde marzenie: w tym ocalenia ukochanego… za odpowiednią cenę.

– Pamiętaj – Arnold odezwał się cicho. – Będę przy tobie już zawsze.

Jedno mrugnięcie i oba byty zniknęły.

Nie była to mara.

Było to memento. Ostrzeżenie.

 

***

 

Vea i Adler szli w równym tempie korytarzami pałacu. Kiedy naraz Vea zatrzymała się i skręciła niespodziewanie. Adler zdezorientowany ruszył za nią, kiedy księżniczka weszła do jednego z mniejszych gościnnych pokoi. Adler stanął w drzwiach i przyglądał się Vei zdezorientowany.

– Co robisz?

Vea oparła się o ścianę i spojrzała mu prosto w oczy.

– Chcę porozmawiać. Zamknij drzwi.

Niechętnie zamknął za sobą drzwi.

– O co chodzi?

Spodziewał się wielu rzeczy… ale nie tego, że Vea usiądzie na podłodze. Uniósł brwi, czekając na wyjaśnienie tej dziwnej sytuacji. Energia uszła z oczu Vei. Zupełnie tak jakby zużyła wszystko, co miała w sobie na rozmowie z Arnoldem.

– Powiedz mi, Franciszku Eaglu… jakie to uczucie. Kochać?

Adler zmarszczył brwi.

– Co to w ogóle za pytanie?

– Proszę. Odpowiedz – Vea odezwała się cichutkim głosikiem.

Adler patrzył na nią przez dłuższą chwilę.

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Proszę odpuścić sobie fałszywe słowa – Vea zacytowała jego własną wypowiedź. – Zaczynają mnie nudzić.

Mimo że rozsądek nie chciał tego zaakceptować, wyglądało na to, że pytała szczerze. Nie wiedział dlaczego, ale był gotowy odpowiedzieć. Chyba był w końcu gotowy, zaakceptować rzeczywistość.

– Było to… nowe uczucie – odezwał się po dłuższej chwili. – Wcześniej… wcześniej nie kochałem.

Vea uniosła, lekko zaskoczony wzrok. Nie spodziewała się, że odpowie. Nie sądziła, że się przed nią otworzy. Adler kontynuował.

– Tak dziwne. Nie mogłem go rozpoznać. Wydawało mi się tak obce, że się go bałem. Próbowałem odrzucić, wyciszyć… ale jest to niemożliwe. W końcu pozwoliłem, by mnie pochłonęła. Połknęła, jak góry połykają nieuważnego wspinacza, jak morskie fale, pechowego żeglarza – spojrzał na sufit, jakby chcąc ujrzeć niebieskie niebo. – Było jednak ciepłe. Miłe. Otacza cię, oplata ze wszystkich stron. Jak łańcuchy… ale te cię nie więżą. Wzmacniają, chronią – uśmiechnął się na smak miłych wspomnień. – Dają iluzję, że są niezniszczalne.

– A nie są?

– Nie są… a przynajmniej w moim przypadku, pękły.

Vea patrzyła na Adlera ze smutnym uśmiechem.

– A jakie to uczucie, stracić miłość?

Adler opuścił wzrok.

– Równie dziwne co miłość. To ból. Cierpienie. Jednak nie boli zerwanie łańcuchów… a ich brak. Boli pustka, jaką masz w sercu.

Vea zachichotała cicho.

– Jesteśmy bardzo podobni – oznajmiła, podnosząc się z podłogi. – Mój „Rycerz”. Mój ukochany, nigdy mnie nie kochał tak, jak ja kochałam go. Widziałam w nim bohatera, a przynajmniej był moim. Jednak nieważne co robiłam, moje starania były na nic. Byłam za młoda. Wziął moją siostrę, zostawiając mnie na pastwę losu – łza zakręciła się w oku księżniczki. – I teraz, jak zdesperowana dziwka chodzę od drzwi, do drzwi szukając „rycerza”, który mnie uratuje. Tak nie powinno być, to rycerz powinien znaleźć i uratować księżniczkę – Vea uniosła wzrok na Adlera, ukazując łzy spływające po twarzy. – Przez chwilę miałam nadzieję, że to Hadrian może być tym rycerzem – umilkła na moment. – Powiedz mi… Franciszku Eaglu. Czy ty jesteś moim rycerzem, który uratuje mnie od tej niekończącej się tułaczki?

Dwie bardzo różne, ale i bardzo podobne do siebie osoby patrzyły na siebie nawzajem. Jakby zawieszone w czasie. Eagle uśmiechnął się ze smutkiem i pokręcił głową.

– Nie… – odpowiedział. – Nie jestem już rycerzem. Pozostała po mnie jedynie pusta blacha. Nie ma we mnie nic, co mogłoby wypełnić pustkę, jaką masz w swoim wnętrzu.

Vea chichocząc przez łzy podeszła do Adlera i położyła mu dłoń na policzku.

– Jesteśmy żałośni, nieprawdaż? – Zapytała. – Dwójka złamanych ludzi, niewidzących szansy na ratunek.

„Ludzi”… tak. Adler mógł przyznać jej rację. W tym jakże prostym momencie. Kiedy oboje byli pogrążeni w cierpieniu – byli ludźmi. Vea pochyliła się lekko i złożyła pocałunek na ustach Eagla. Nie był to jednak pocałunek pasji, czy miłości. Był to pocałunek cierpienia. Dowód na proste połączenie między nimi.

Stali tak przez chwilę, po czym Vea odsunęła się, wytarła łzy. Poprawiła ubiór i delikatnie kiwnęła głową. Bez słowa, Adler otworzył drzwi i poprowadził ją do wyjścia. Zachowywali się tak, jakby nic się nie stało. Pozwalając by słowa, jakie między sobą wymienili, zostały w ich pamięci. Po chwili byli już przy wyjściu, na Veę czekał samochód ambasady. Służący pokłonił się przed swą panią i otworzył drzwi. Jeszcze przed wyjściem, Vea obróciła się i z prostym uśmiechem dygnęła godnie.

– Dziękuję za wszystko, Franciszku Eaglu.

Adler równie godnie skłonił się nisko.

– Cała przyjemność po mojej stronie, wasza wysokość.

Drzwi samochodu się zamknęły i Vea odjechała w kierunku miasta. Adler obrócił się na pięcie i wszedł z powrotem do pałacu. Szedł powoli, wiedząc, gdzie zmierza. Zatrzymał się na rogu jednego z korytarzy, gdzie nikogo nie było. Bokiem zerknął na stojącą obok Adriannę. Podsłuchiwała. Wiedział. Jej twarz wyrażała zakłopotanie, może nawet strach… albo żal. Nie ponaglał. Czekał. Wiedział, że chce mu coś powiedzieć, a raczej: że musi.

Po dłuższej chwili Adrianna odezwała się cicho.

– Bardzo cierpi – oznajmiła, spoglądając w kierunku wyjścia.

– Tak – Adler przytaknął.

– Ty również – spojrzała na swojego lidera. – bardzo cierpisz.

Adler uśmiechnął się delikatnie. Nie wiedział czemu, ale odkrył ciepło w tych prostych słowach. Spojrzał przed siebie, zbierając w sobie siłę na kolejny ruch. Odezwał się cicho, tak że pierwszy krok zagłuszyłby jego wypowiedź, dla każdego, kto nie był tuż obok.

– Czy nie my wszyscy?

Z tym prostym pytaniem zostawił Adriannę, ruszając w kierunku ogrodów pałacowych. Adrianna patrzyła za nim, lekko zaskoczona. Następnie zerknęła w dół i położyła dłoń na wysokości serca, które miała wrażenie, było przeszywane niewielkimi szpilkami. Patrzyła na plecy 001. Adlera. Jej lidera, czując nowe uczucie.

Zazdrość.

 

Za jej plecami, niewidoczny dla jej oczu, pojawił się wysoki czarny cień. Kolejne echo przeszłości.

 

***

 

Kilka postaci stało w całkowitej ciemności. Niebo było pełne chmur, a księżyc nie miał siły, by oświetlić nawet skrawek ziemi. Jednak oni nie potrzebowali światła, by widzieć swój cel. Szesnaście wysokich metalowych silosów. Obok wielkie magazyny. Przed nimi, stał jeden z najistotniejszych kompleksów przechowywania zboża i wyrobów roślinnych w regionie. Idealny pierwszy cel. W sam raz na zbliżającą się zimę. Jedna postać wyprostowała się, a do uszu wszystkich doszedł słowiczy głos.

– Pięknie. Wszystko idzie zgodnie z planem – spojrzał po wszystkich. – Przyjaciele, długo czekaliśmy na ten moment. Rozpocznijmy Akt Drugi!

Jakby za dotknięciem magicznej różdżki, w momencie, kiedy jego słowa już miały rozpłynąć się na wietrze, zostały rozerwane przez gigantyczny huk. Seria eksplozji oświetliła noc, nie lepiej niż księżyc czy gwiazdy. W mroku widać było stalową maskę śmierci na twarzy ducha, który rozłożył ręce i niczym aktor na scenie, chłonął chaos i destrukcję, jaka rozgrywała się przed jego oczami. Ze śmiechem na ustach przyjął wrzaski ludzi, języki płomieni i na prędko uruchomiony alarm.

– Pamiętajcie, kochani – zwrócił się do swoich towarzyszy. – Wszystko, co tu robimy, jest zaledwie preludium… do Aktu Trzeciego!

 

*Dreoryzm – główna religia południa kontynentu Zatrolii, teraz skupiona wokół Diarchii, szczególnie przejęciu władzy przez ZSRZ w reszcie regionu. Religia opiera swoje wierzenia na 8 smokach nazywanych patronami. Dreoryci oddają się służbie przynajmniej jednemu z patronów.

** Arrianizm – inaczej „Religia Światła” – nazwa wywodzi się od Boskiego Arriana. Podobnie jak w przypadku Chrześcijaństwa nazwa pochodzi od Chrystusa. Religia ta jest zbliżona w doktrynie i zasadach moralnych do chrześcijaństwa. Podobnie jak chrześcijaństwo ma też wiele odłamów.

*** Inna, starsza nazwa dla Imperium Feniksa.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Adamsnol dwa lata temu
    Niezłe!
  • Kapelusznik dwa lata temu
    A dziękuję
  • Pontàrú dwa lata temu
    No, w końcu!
    Bardzo dobry start. Spodobała mi się klamra jaką stworzyłeś tymi słowami Adlera do Vei, które Vea później powtórzyła. Super zabieg.
    Dopatrzyłem się tylko paru powtórzeń np. piszesz o ciepłych dłoniach Arnolda a potem Julia czuje jego ciepłe dłonie. To słowo "ciepły" pojawia się dwa razy blisko siebie a wystarczyłoby raz je pominąć.
    Ode mnie 5 i liczę na ciąg dalszy :)
  • Kapelusznik dwa lata temu
    Dziękuję bardzo.
    Starałem się.
    Jak ci się spodobał opis sytuacji geopolitycznej?
  • Pontàrú dwa lata temu
    Cóż, jako że ty jesteś jedyną osobą która zna cały zarys to dobrze że czytelnik miał okazję trochę lepiej poznać politykę. Podobało mi się to, że Vea daje swoje argumenty i czytelnik na zdrowy rozum się z nimi zgadza i wtedy wchodzi Cezarion pokazując jak mało o tym świecie de facto wiemy
  • JamCi dwa lata temu
    zaglądnij na maila :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania