Pokaż listęUkryj listę

Demon Odrodzenie - 20

Rozdział 5 – „Kajdany życia”

Republika Finicka

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

30 Kwietnia

Region Geenret – Północne ziemie Finicji przy granicy z Carstwem Varsji

 

Specyfik był istnym cudem bioinżynierii. Każdy naukowiec czy uczony, nie mógłby temu zaprzeczyć. Był to Postęp w płynnej formie. Dowód na to, że człowiek zdobył moc, równą niebios. Był to cud wytworzony przez jedną z silniejszych cech, która przecież pchnęła ludzkość tak daleko… ciekawość. Ta myląca siła doprowadziła, że to właśnie człowiek stanął ponad zwierzęta. Właśnie ta, potężna cecha sprawiła, że słabe ludzkie ciało, zdobyło narzędzie przewyższające mięśnie, kły i pazury. Wszystko zaczęło się najpewniej od patyka i kamienia do rozłupywania orzechów, czy krojenia mięsa, a chwilę potem w ogniu roztapiano rudy metali, kując nową przyszłość. Miecze, topory, zbroje były symbolem potęgi, aż nie odkryto prochu, który zmienił zasady gry. Kiedy byli już pewni, że mają już całą siłę, odkryli moc pary, a po niej ropy… a teraz oto, w poszukiwaniu nieznanego, wykuto broń, która zaprzeczając ludzkiej naturze… spełniła jej odwieczny sen.

Sen o niepowstrzymanej sile.

 

Chrapliwy oddech Adlera zwolnił, a krew przestała cieknąć z licznych ran. Żyły w białkach oczu nabrały zielonego koloru, kiedy jad postępu wypełniał jego ciało. Umysł, przed chwilą szarpany huraganem myśli, teraz wyciszył się kompletnie, a fale cofnęły się od wybrzeża świadomości, zapowiadając nadejście tsunami.

Jego ciało nie było w najlepszym stanie. Był ciężko ranny, ale to nie mogło przeszkodzić mu w zadaniu. Liczyła się tylko misja, wykonanie zadania, jeden z powodów, czemu jeszcze żył. Nie czując bólu, podniósł się z ziemi, nie śpiesząc się ,podniósł swój karabin. Kolba była połamana, ale to nie powinno sprawić żadnego problemu. Ruszył bezgłośnie w stronę wilkołaka, który oblizując się, kroczył ku Everhaustowi z zamiarem zakończenia jego żywota. Starzec oddychał z trudem. Ledwo się ruszał. Uderzenie najpewniej było śmiertelne, a on nie pożyje już długo.

Adlera jednak jego los już nie obchodził. Fala zbliżała się z każdą sekundą, a on miał zamiar wykorzystać ją w pełni. Jej cień już zajmował całą jego świadomość.

Uniósł karabin i uśmiechnął się, celując w tylną łapę wilkołaka.

Cień tsunami zniknął, pociągnął za spust, a huk załamującej się fali i wystrzału zlał się w jedno bezlitosne brzmienie, otwierające wrota do piekieł.

Bezduszna kula przerżnęła się przez mięśnie i roztrzaskała kość. Wilkołak ryknął z niewyobrażalnego bólu, tak donośnie, że cala walka momentalnie ustała. Ludzie i zwierzęta spojrzeli w kierunku, jakże nieoczekiwanego manifestu cierpienia. Zdezorientowany wilkołak obrócił się i skamieniał, widząc szeroki uśmiech Adlera.

Coś się w nim zmieniło, bestia była tego pewna. Każdy atom jego ciała wzywał go do ucieczki, mimo że potężny umysł zaprzeczał temu, co widzi. Był pewny, że go zabił, że zwyciężył. Nie było szansy by zwyczajny dwunóg, mógłby przetrwać jego uderzenie, a mimo to, ten stał tuż przed nim. Niewielki człowiek, tak niewielki i tak słaby, teraz roztaczał wokół siebie aurę, której nikt nie mógł nie zauważyć. Monstrum nie znało dotychczas strachu, a teraz poznało go w całej swej okazałości. Wilkołak pisnął cicho.

Twarz Adlera wykrzywiła się w groteskowym uśmiechu Demona, który postanowił kroczyć wśród ludzi. Ten sam jaskółczy głos, a równocześnie, tak inny, wydobył się z jego gardła.

- Cześć bestyjko.

Skoczył naprzód, zamachując się karabinem jak pałką. Logika podpowiadała, że strzelanie z pewnej odległości, mimo wszystko, powinno zadziałać lepiej, ale w tym momencie Adler nie chciał zabić wilkołaka… nie – chciał go zarżnąć.

Potężny cios spadł na głowę zdezorientowanego monstrum. Kawałki połamanej kolby poleciały na wszystkie strony, wraz z licznymi kropelkami krwi. Wilkołak odskoczył, skamląc z bólu, kiedy krew zaczęła spływać po jego łbie na ziemię. Leżący na ziemi Everhaust oddychał z trudem. Nie tylko ból i połamane kości, ale i przerażenie hamowało oddech. Ten niski chłopak, o niesamowitych umiejętnościach stał teraz przed nim, niczym byt z legend. Pokręcił głową ,nie chcąc uwierzyć, co widzi.

- Co się z tobą stało… chłopcze? – Zapytał szeptem.

Adler momentalnie na niego spojrzał. Nabrzmiałe żyły i przerażający uśmiech wykrzywiały znaną mu twarz, w diabelską mordę. Chłopak nie odpowiedział, a odwrócił się w stronę wilkołaka i raz jeszcze skoczył do przodu.

Tym razem stwór ruszył na niego z rozwartą paszczą. Adler jednak zwyczajnie odskoczył w bok i wykonując piruet, uderzył bezlitośnie w bok stwora, skutecznie wyrywając kawałek mięsa. Monstrum upadło, rycząc z niewyobrażalnego bólu, a Adler stał nad nim, gotowy zatłuc go na śmierć kolba karabinu, jak jakąś parszywą świnię.

Reszta sfory nie miała jednak zamiaru pozwolić mu zabić ich lidera. Znaczna część z nich porzuciła swoje potyczki i teraz pędziła na chłopaka, szczekając wściekle. Nie miały zamiaru dać się pokonać, sfora zawsze jest silna razem… ale czy wystarczająco silna w tym przypadku?

Adler spokojnie obrócił się na pędzące drapieżniki. Prawą dłonią trzymał za lufę, teraz wykrzywionego karabinu, a lewą ostry nóż bojowy. Kolejna fala zbliżała się do jego umysłu, Specyfik płynący w jego żyłach palił go od wewnątrz, jednak zupełnie jak w lokomotywie, ogień ten napędzał jedynie niepowstrzymaną maszynę postępu, zbudowaną z mięsa, kości i krwi.

Najbliższy wilk skoczył prosto na niego, celując w odsłonięte gardło.

Cień fali zniknął.

Potężne uderzenie z góry kolbą karabinu oraz odgłos pękającej czaszki zlał się z załamującą się falą.

Momentalnie Adler skoczył do przodu, wirując w najprawdziwszym „danse macabre”. Krew i kawałki rozerwanego mięsa latały na boki, kiedy demon w ludzkiej skórze przeżynał się przez sforę. Potężne ciosy kolbą, na zmianę miażdżyły czaszki, kręgosłupy, czy klatki piersiowe. Cięcia stalowego ostrza rozcinały gardła, rozpruwały brzuchy i sięgały prosto do bijących w nienawiści i strachu serc.

Ludzie patrzyli zszokowani, kiedy jedno za drugim, martwe truchła dołączają do przerażającej mozaiki, jaką Egle rozłożył na leśnej ściółce. Wilkołak natomiast z podwójnym bólem patrzył jak członkowie jego sfory, giną jeden za drugim. Głęboka więź poprzez krew i kły była bezlitośnie zabijana z każdym krokiem i każdym ciosem przerażającego człowieka.

Część wilków, widząc rzeź, stanęła i próbowała uciekać, ale Adler nie miał zamiaru dać im uciec. Skakał do przodu na uciekające jednostki, zarzynając im niesamowicie szybkim, ale i równie brutalnym sposobem. Adler najpewniej pędziłby tak dalej w tym morderczym tańcu, gdyby jeden głos nie wyrwał go z transu.

- Eagle…

Stanął nieruchomo i uniósł wzrok na tą, która wypowiedziała jego fałszywe imię. Ewelina siedziała obok swej kuzynki i matki, patrząc na niego przerażonym wzrokiem. Ta, jakże piękna dziewczyna, którą przecież kochał, patrzyła na niego w przerażeniu i szoku. Jej rycerz, jej Franciszek Eagle, piękny, odważny, szczery i lojalny rycerz, oto stał przed nią, cały we krwi, zarówno swojej, jak i swych wrogów. Powinna się cieszyć, bo przecież ją ratował, lecz coś się zmieniło. Głębokie oczy, które zawsze były wypełnione spokojną i zimną logiką, teraz błyszczały niczym zamarznięte jezioro nienawiści i perwersyjnej brutalności. Cichej chęci mordu, gdzie nie słowa, a pięści i ostrza manifestują każdy jej element. Bezlitosny grymas piekielnego uśmiechu rozjaśnił zakrwawioną twarz, a z ust wydobył się tak samo piękny, a jednak mrożący do szpiku słowiczy głos, który przecież znała, a jednak wydawał się jej obcy.

- Moja… Pani…?

Mróz przeszył ją na wskroś. To nie był głos Eagla! Nie, nie mógł być! Kryjąca się za tą piękną powłoką filharmonia nienawiści i chęci mordu nie mogła należeć do jej ukochanego. Ta dziwaczna istota, o jego twarzy i głosie, nie była człowiekiem. Nie mogąc zaakceptować tego, co widzi, a nawet więcej, nie chcąc tego uczynić, odezwała się drżącym głosem.

- Co się z tobą stało…?

Niewielki cień przeszedł przez jego twarz, na moment ukazując rysy Eagla, jej ukochanego rycerza. Oczekiwała odpowiedzi, znaku, że go nie straciła. Odpowiedział jej jednak jedynie demoniczny uśmiech i cichy chichot.

W tamtym ciele nie było ani Eagla, ani Adlera, ani 001.

Była tylko ta demoniczna kreatura, która posiadła jego ciało i umysł, odbierając Ewelinie tego chłopca i zamieniając go w monstrum.

Nagle, rozwścieczony wilkołak skoczył na Adlera, który odskoczył w tył z zaskakującą lekkością, potężne łapy trafiły w pustkę. Zwierz warknął na ocalałe osobniki ze sfory, a te oddaliły się od Adlera, ruszając na reorganizujących się obrońców. Mimo ran bestia nie miała zamiaru się poddać. Wściekłość wygłuszyła ból. Wilkołak był pewny, że nie przetrwa tego pojedynku, ale miał zamiar zabrać swego rywala ze sobą. Skoczył, wkładając w swe uderzenie zdwojoną siłę.

Tym razem Adler nie zdołał uskoczyć, widocznie nie spodziewał się, żeby bestia przełamała swoje granice z taką łatwością. Użył karabinu, by zatrzymać uderzenie łap, ale te, bez problemu przybiły go do ziemi. Paszcza drapieżnika rozwarła się, potwór miał zamiar wgryźć się w gardło znienawidzonego wroga i zasmakować jego ciepłej krwi. Adler nie miał jednak zamiaru się tak łatwo poddać.

Potężne kopnięcie uderzyło drapieżnika w brzuch, to sprawiło, że ten stracił równowagę i zmniejszył nacisk, to wystarczyło. Adler pchnął z całej siły i przeturlał się na bok, zostawiając wykrzywioną stal karabinu za sobą.

Wilkołak obrócił się i zawarczał wściekle. Adler splunął na ziemię i wyciągnął dwa norze. Nienawidził tej techniki walki, ale wiedział, jak bardzo mu się teraz przyda. Moc Specyfiku zaczynał słabnąć. Musiał to zakończyć – szybko.

Tym razem to on ruszył na wilkołaka, ten sprężył się, gotowy odpowiedzieć na każdy cios. Adler złapał nóż w lewej dłoni za ostrze i niespodziewanie, rzucił nim w drapieżcę. Ten, wykonał unik, dając czas Adlerowi skoczyć w bezpiecznej odległości od ostrych kłów i wbić w niego ostrze. Wilkołak ryknął, kiedy głębokie pchnięcie rozcięło mięso, a chłopak wylądował na jego grzbiecie. Szybko wyrwał ostrze i zadał kolejne cięcie, tym razem celując w serce.

Ostrze było jednak zbyt krótkie.

Wilkołak zaczął skakać i miotać się na wszystkie strony, aż w końcu Adler nie stracił równowagi i nie wylądował na ziemi. Uderzenie niemalże go ogłuszyło, donośne piszczenie w uszach i uczucie słabnięcia Specyfiku.

Rozwścieczona bestia ruszyła na chłopka, tym razem pewna, że tym razem nie uniknie on śmierci. Stanął nad chłopakiem i rozwarł paszczę. Ostre kły zalśniły w ślinie, zapowiadając marny kres dla Adlera. Wilkołak ryknął i zaatakował.

Krew wypełniła jego paszczę.

 

Jego krew.

Ostrze noża, który Adler w niego rzucił, teraz tkwiło po rękojeść w jego gardle, twarz chłopaka po raz ostatni wykrzywił uśmiech Demona. Po chwili zniknął i raz jeszcze pojawił się Adler. Pociągnął on ostrzem, rozpruwając gardło monstrum i odczołgał się na bok, zanim ten upadł na ziemię. Powoli wstał i spojrzał w oczy umierającej bestii.

Nie wiedział, co czuł: Nienawiść? Satysfakcję? Dumę?

Nie.

Chyba czuł smutek.

To nie była walka między nim a wilkołakiem, a między dwoma potworami, a tylko jeden z nich nadal jest obecny na placu boju, umierając powoli.

Spojrzał na konającą bestię, a jego fala żalu uderzyła go z dwojoną siłą.

W oczach inteligentnego zwierzęcia widział niewypowiedziany smutek. Oto, przywódcza sfory traci swe życie, po tym, jak poprowadził swoich w bitwę, której nie mogli wygrać. Najpewniej pozostawił za sobą szczenięta, które nie zobaczą już ojca i zostaną zniewolone przez przeklętych ludzi. Przynajmniej jego sfora już się rozbiegła, uciekając w las.

Ukląkł przed umierającym królem lasu i położył mu dłoń na głowie. Oczy, niedawno wypełnione nienawiścią, teraz patrzyły na niego ze smutkiem i strachem. Wydawać by się mogło, że wilkołak pyta: „Co zobaczę po drugiej stronie?”, a Adler nie umiał odpowiedzieć mu w jego języku.

Uśmiechnął się smutno, przykładając ostrze do karku.

- Nie ma się czego bać… - szepnął. - …po prostu biegnij ku światłu.

Szybkie pchnięcie przecięło kręgi, a światło życia zgasło w oczach mitycznej bestii. Adler powstał powoli, z zakrwawionym ostrzem w dłoni.

Oto stał.

Zwycięski, ale pokonany.

***

Niekończący się rechot został przerwany rykiem i uderzeniem niepoznanej mocy.

Paradoks uskoczył przed cięciem nadnaturalnego ostrza miecza, którego to trzymała rozwścieczona Śmierć. Oczy jej błyszczały, a policzki lekko się zarumieniły. Paradoks odezwał się rozbawiony.

- Wyglądasz całkiem żywo… jak na Śmierć! – Zachichotał ponownie.

Ta zazgrzytała zębami, ale zamiast zadać kolejny cios, odetchnęła i wyprostowała się, z trudem kryjąc emocje. Pokręciła głową, spoglądając na Adlera.

- Wiedziałeś, że to się stanie – oznajmiła.

- Wiedziałem i nie wiedziałem – odparł Paradoks. – Znasz przecież moją naturę.

Śmierć milczała, zaledwie moment za długo, widocznie pogrążona w myślach.

- Nie spodziewałam się… nie spodziewałam się, że nadejdzie tak szybko.

Paradoks pokiwał głową.

- Z tym się zgodzę. Od Katastrofy, nie było kogoś takiego jak on.

- Prawie 600 lat – odpowiedziała Śmierć. – Kolejny który łamie koło przeznaczenia.

- Tylko by zastąpić je innym – odpowiedział Paradoks. – Dobrze wiesz, jak to działa. Jesteś jedną z nielicznych, która trwa bez zmian od tamtego okresu. Inni zasnęli, kilku zniknęło całkowicie, a ty masz się świetnie – oznajmił, chichocząc,

- Jak na Śmierć? – dopytała.

Paradoks pokiwał głową i pokręcił równocześnie.

- Znasz mnie za dobrze i nie znasz mnie w najmniejszym stopniu jak zwykle zresztą.

- Nie. Paradoksie, znam cię Za dobrze. Wiem, że zawsze będziesz dążył do niemożliwości, aż nie dotrzesz do niemożliwości, nieistnienia paradoksu – odpowiedziała z lekkim uśmiechem.

Stojący naprzeciw niej byt zatrzymał się w miejscu i nawet jeden atom nie drgnął przez całą długą sekundę. Po tej nieskończoności Paradoks zachichotał i odpowiedział.

- Możliwe, że tak, możliwe, że nie, kto wie?

- Dobre pytanie – odpowiedziała Śmierć. – Porządek i Przeznaczenie nie będą zadowoleni z tego wybryku. Będą chcieli się z tobą spotkać.

- Szok i całkowita oczywistość, wypełnia mnie po brzegi. Gardzą mną z natury, nienawidzą z urzędu, a kochają z rywalizacji – odpowiedział Paradoks, ruszając w swoją stronę.

Na ostatnie słowo, Śmierć zacisnęła mocniej dłoń na rękojeści miecza.

- Czyli Wielka Gra, rozpoczyna się na nowo? – zapytała.

- Kto wie? Twój czempion poradził sobie całkiem nieźle ostatnim razem!

- Czyli ten chłopiec jest twoim?

Paradoks zatrzymał się i zerknął na Adlera.

- Nie wiem, Najdroższa. Obawiam się, że ta niewielka postać, zmieni trochę reguły, znanej nam gry.

Śmierć pokręciła głową.

- Tych zasad nie da się zmienić. Są pewne i całkowite.

- Rozmawiasz z Paradoksem, Najdroższa! Dla mnie nic nie jest pewne i nic nie jest całkowite!

Odkrzyknął, znikając w nicości, jak to zwykle ma w zwyczaju. Śmierć natomiast odetchnęła i ruszyła powolnym krokiem przez pole walki. Jak zwykle miała pełne ręce roboty.

***

- Panie Everhaust!

Głos Ferdynanda Vazy przywrócił Adlera do pełnej świadomości. Wokół opatrywano rannych, a leżący w dole wzgórza Everhaust właśnie był podtrzymywany przez Fryderyka, kiedy ktoś próbował mu pomóc. Adler, niewiele myśląc, zbliżył się do starego polityka, który kaszlał krwią i jęczał z bólu. Adler wiedział, że nie pozostało mu wiele czasu, za niedługo starzec opuści ten świat. Na wzgórzu, jego syn, Beniamin był opatrywany przez myśliwego i Gabrielę, której łzy płynęły z oczu, widząc stan ukochanego. Adler podszedł do Beniamina, który oddychał ciężko i oznajmił.

- Musisz wstać.

- Co? – Jęknął Beniamin.

- O czym ty mówisz? – Zapytała Gabriela. – Jest ranny.

- Twój ojciec… - Adler wskazał na Everhausta.

Beniamin spojrzał w stronę rodzica, a następnie na Adlera. Widząc smutną twarz chłopaka, zrozumiał. Zazgrzytał zębami, powstrzymując łzy i pokiwał głową.

- Dobrze. Pomożesz mi?

Adler kiwnął głową i mimo narastającego bólu, wraz ze słabnięciem Specyfiku, podniósł Beniamina do pozycji stojącej, a następnie bezprecedensowo, wziął go na ramiona.

- Mogę iść… - jęknął tamten.

- Nie możesz. Twoje rany się otworzyły. Zaniosę cię.

- Sam jesteś ranny – Beniamin próbował protestować.

- Nie wystarczająco by mnie zabić – odpowiedział Adler, ruszając ku Everhaustowi.

Stary polityk uniósł wzrok i uśmiechnął się z nutą radości, widząc swojego syna i jego narzeczoną, nadal żywych. Adler posadził Beniamina obok jego ojca i miał zamiar ich zostawić, by mogli się pożegnać.

- Chłopcze – głos Everhausta go zatrzymał.

Adler obrócił się i spojrzał na starego polityka. Ten zajrzał mu w oczy i uśmiechnął się lekko.

- Wróciłeś… - stwierdził.

- Wróciłem… - odpowiedział Adler. – To był zaszczyt Pana poznać, Panie Everhaust.

- Adam – odpowiedział starzec. – Mów mi Adam. Przyjaciele mogą się zwracać do mnie po imieniu.

Adler uśmiechnął się smutno i kiwnął głową.

- To był zaszczyt być twoim przyjacielem, Adamie.

- Z wzajemnością… - odparł starzec i zakaszlał krwią.

Beniamin przypadł do rodzica.

- Ojcze!

Everhaust chwycił go za dłoń.

- Spokojnie synu… wszystko dobrze. Najważniejsze, że ty i Gabriela jesteście cali – uśmiechnął się i pochwycił również jej dłoń. – Nie sądzę, by udało mi się przeżyć…

- Nie mów tak… - zaczęła Gabriela, ale umilkła widząc smutne wyrazy twarzy zgromadzonych.

Łzy zaczęły płynąc po jej twarzy. Everhaust westchnął i odezwał się ojcowskim głosem.

- Nie płacz… kwiatuszku. To lepsza śmierć, niż powolne zestarzenie się w łóżku… szkoda tylko… że nie ujrzę waszych wnuków.

Gabriela i Beniamin ronili łzy teras wspólnie, a nawet kilku innych nie powstrzymało łez.

- Moje drogie dzieci… wiedzcie, że macie moje błogosławieństwo. Niech moja śmierć was nie rozbija, a wzmacnia więzy jakie macie między sobą. Żyjcie godnie…

- Tato… - wychlipała Gabriela, ściskając dłoń starego polityka.

- Już… już… moja córeczko… - Everhaust uśmiechnął się, spoglądając teraz na syna. – Nauczyłem cię, już wszystkiego co mogłem, synu. Noś swe nazwisko z dumą, lecz nie przemień jej w pychę. Chroń swą rodzinę i dbaj o jej przyszłość.

- Wiem tato… - odpowiedział Beniamin, choć widać było, że zadane mu rany odbierają mu siły.

Everhaust spojrzał na rodzinę Vazów.

- Dopilnujcie… by ceremonia się odbyła. Nie pozwólcie nikomu zniszczyć… tego, co zostawiam za sobą. Wesprzyjcie mego syna poradą, jeśli kiedyś zboczy z drogi.

Jan Vaza kiwnął głową.

- Masz moje słowo.

Na sam koniec Everhaust spojrzał na Adlera.

- Franciszku…

Fałszywe imię przeszyło Adlera na wskroś. W tym donośnym momencie, stojąc przed przyjacielem, oto musi używać fałszywego imienia. Uśmiechnął się smutno.

- Słyszę cię przyjacielu.

- Jesteś najsilniejszy z obecnych… więc i do ciebie mam prośbę.

- Powiedz, a ją spełnię – odpowiedział Adler, klękając przy umierającym polityku.

- Chroń ich, jeśli będziesz mógł. Nie pozwól by umarli przedwcześnie.

Tu Everhaust spojrzał na rozrastające się czerwone plamy krwi, na bandażach Beniamina. Adler pokiwał głową.

- Masz moje słowo Adamie.

Everhaust uśmiechnął się i wyciągnął słabnącą dłoń do Adlera, ten pochwycił ją i ścisną lekko, widząc, jak umysł Everhausta się oddala.

- Dobrze… że… wróciłeś chłopcze… - odezwał się.

- Tak… - przyznał Adler. – Dobrze, że wróciłem.

Szybki oddech targnął Everhaustem.

- Robi się zimno… i ciemno… - oznajmił.

Beniamin i Gabriela przypadli do niego, płacząc, a Adler uśmiechnął się smutno.

- Nie jesteś sam przyjacielu. Wszyscy odprowadzimy cię do wyjścia.

- Ale… co na mnie czeka…? – Wyszeptał Everhaust.

Adler nachylił się i szepnął mu do ucha.

- Wszyscy, którzy przyszli przed tobą. Czy widzisz ich?

- Widzę… światło… - odpowiedział Everhaust, a jego oczy zaszły mgłą.

- Ruszaj więc, przyjacielu, nie daj im czekać. Spotkajmy się po drugiej stronie.

Ostatni uśmiech rozjaśnił starczą twarz.

- Wiecie co…? To nawet nie jest takie złe…

 

I tak oto śmierć zabrała Adama Everhausta, zostawiając żywych za sobą. Ludzie ronili łzy i zdejmowali czapki, będąc świadkami odejścia jakże sławnej jednostki.

Jedynie Adler nie ronił łez i uśmiechał się lekko.

Podniósł się i zrobił kilka kroków, rozglądając się po pobojowisku.

- Eagle…?

Odwrócił się i z lekkim uśmiechem powitał Ewelinę, która stała tak, niczym Boginia nadziei, pośród martwych ciał i krwi. Uśmiechnął się, widząc ją całą i zdrową.

- Ewelino… - powiedział słabnącym głosem i padł nieprzytomny na ziemię.

Do jego uszu nie dotarły okrzyki, Anie nie poczuł dłoni, próbujących go obudzić. Jego umysł utonął w nicości.

***

Gdzieś daleko, obraz upadającej postaci odbił się w szkle celownika karabinu snajperskiego.

Duch leżał przykryty zielenią, obserwując wszystko z bezpiecznej odległości. Po chwili prychnął rozbawiony.

- Ciekawe… nie spodziewałem się, że ujrzę zarówno twoją starą, jak i nową twarz Zero Zero Jeden – odetchnął i odsunął od siebie karabin. – Jeszcze użyłeś mojej techniki walki nożami… jestem prawdziwie zaszczycony.

Duch podniósł się i westchnął, zarzucając karabin na plecy.

- Dobrze… wszystko poszło zgodnie z planem. Teraz tylko zlikwidować niedobitków – oznajmił, przekraczając nad trupem jednego z partyzantów. – Mam nadzieję, że zapewnią mi przynajmniej trochę rozrywki…

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Nefer 10.04.2019
    Tym razem wyjątkowo długi odcinek. Składa się z trzech, w sumie oddzielnych części. Moim zdaniem, im dalej w las, tym lepiej, tzn. jakość opowiadania poprawia się w jego trakcie. Opis walki, jak zawsze dynamiczny, ale w sumie mieliśmy już takich wiele w poprzednich odcinkach, niczym więc nie zaskakuje. W dodatku, ten akurat fragment wydaje się niedopracowany językowo i pozbawiony gruntowniejszej korekty. Rozmowa Paradoksu ze Śmiercią wnosi nowe elementy do całego Uniwersum, nadając mu swego rodzaju metafizyczny wymiar. Zaciekawia i pozwala na spekulacje, tu i tam pewne usterki językowe. Za część najlepszą uważam scenę śmierci Everhausta. Niby motyw ograny i stary jak świat - śmierć przyjaciela poległego w walce. Zdołałeś jednak nadać mu osobisty kształt, ukazać i wzbudzić emocje. Fragment ten został też najlepiej dopracowany językowo.Ocena, ktorą tu zastałem, czyli "jedynka" wydaje mi się zdecydowanie zaniżona i niesprawiedliwa. sam wstawiłem ostatecznie "cztery" - minusik za stronę techniczną.
    Pozdrawiam
  • Kapelusznik 10.04.2019
    Miło że wpadłeś
    Oczekiwałem z niecierpliwością twojego komentarza
    Spojrzę i zobaczę co da się poprawić.
    Pozdrawiam
  • Nefer 15.04.2019
    Gratuluję sukcesu w konkursie TW. To był dobry tekst.
  • Kapelusznik 15.04.2019
    Nefer
    Dzięki
  • Pontàrú 20.04.2019
    *pogwizdywanie uznania*
    No naprawdę dobry fragmencik. Niewiele mam do powiedzenia - tekst jest ciekawy, wprowadza nowe elementy do świata, o których dowiadujemy się z rozmowy Paradoksu i Śmierci.
    "Adler spokojnie obrócił się do pędzące drapieżniki. Prawą dłonią trzymał za lufę, teraz wykrzywionego karabinu, a lewą ostry nóż bojowy. Kolejne fala zbliżała się do jego umysłu" wydaje mi się, że znajdować się tu kilka błąd XD
    Ogólna ocena 5
    (Wiem, że się na moje komentarze trochę czeka :) )
  • Ozar 29.06.2019
    Wróciłem do Demona, bo byłem ciekawy jak sobie dalej radzi. Walka z wilkołakiem po zażyciu super specyfiku jak widzę nie sprawiła demonowi wielkiego problemu, podobnie jak zabicie otaczającego go stada wilków. Ale jak zawsze coś za coś i zastanawiam sie na ile demon przestał być człowiekiem. jak napisałeś słusznie to była walka miedzy dwoma potworami. Dalej ciekawa rozmowa paradoksu ze śmiercią, która pokazuje, że nic nie jest wieczne mimo wysiłków śmierci . na koncu rozmowa a Adamem tez ciekawa, pokazująca że ten człowiek ufa demonowi kimkolwiek ten jest. . Ni i oczywiście duch jakby kończący wszystko. Kurde bardzo ciekawy odcinek. 5

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania