Pokaż listęUkryj listę

Demon Odrodzenie II - 18

Walencja

544 rok nowej ery – 1905 rok imperialny

14 Września

Valentia – Wyspa Wiary

 

Szum fal mieszał się z głosem pieśni i arii. Krople deszczu odbijały blask słońca, próbując konkurować z wysokimi witrażami. Wysokie mury, wieże, kopuły i święte symbole były na każdym kroku. Co chwilę mijali grupę kapłanów, mnichów i ich żeńskich odpowiedników. Część ubrana w biel, inni w czerń, czerwień, błękit i wiele innych. Niewielka grupa, prowadzona przez rudego gentlemana zbliżała się, do centrum okrągłej wyspy, gdzie stał wielki budynek, kręcący się nad nimi bazyliszek jedynie dodawał tej drużynie uroku.

- Ruchy, ruchy, Panie i Panowie! – Arnold zachichotał, obracając się do nich przodem. – Jest sporo do zobaczenia, a my nie mamy całego dnia.

- Przecież idziemy! – Nataniel zmarszczył brwi. – I nie krzycz tak, przecie nie jesteś miejscowy.

Jakby w odpowiedzi, mężczyzna o ciemnej karnacji, noszący czarno czerwone szaty z symbolem otwartego oka, uśmiechnął się na widok rudego młodzieńca.

- A! Młody Cezarion! Jak miło cię widzieć! Co robisz na Wyspie Wiary?

- Witaj Zultar’e! Ciebie również miło widzieć. Znajomych oprowadzam – odpowiedział.

- Od razu idziecie na Arenę?

- Wypadałoby od tego miejsca zacząć. Mimo wszystko to centrum tego miejsca. Gdzie ty zmierzasz?

Kapłan machnął ręką w kierunku wybrzeża.

- Stary Wasilij zaprosił mnie na pierożki do „Shiro’tan”. Wpadniesz później?

- Może, zobaczymy. Na razie poprowadzę wycieczkę i może zatrzymamy się na jakąś przekąskę. To ich pierwszy raz na wyspie.

Kapłan uśmiechnął się, błyszcząc białymi zębami i pokiwał głową zadowolony.

- Dobrze, dobrze. Zobaczymy się przy okazji.

Rozmówca ruszył dalej, a Arnold spojrzał na Nataniela triumfalnie. Wszyscy patrzyli na niego, lekko zakłopotani, ewidentnie udowodnił, że jest tutaj znany.

- Całe życie mieszkam w Valentii i od dziecka lubiłem tu przychodzić. Można powiedzieć, że jestem dobrym przyjacielem, mieszkańców wyspy.

- Niezłe osiągnięcie – oznajmiła Adrianna. – Szczególnie z takim osobnikiem. Nie spodziewałam się czarnoskórego tak daleko na północy.

- Zultar’e pochodzi z Arcadii, tam czarna skóra nie jest niczym niezwykłym – stwierdził Arnold. – Bardzo fajny gość jak na kapłana „boskiego rebelianta”.

- Czym jest „Arena”, o której wspominał twój przyjaciel? – zapytała Hanna, zaintrygowana.

- Miał na myśli Wielką Bibliotekę. Nazywamy ją „Areną”, ponieważ środek budynku jest przeznaczony do prowadzenia dyskusji i debat. Często, bardzo gorących debat teologicznych, jak to zwykle bywa. Od czasu do czasu dochodzi nawet do bójek – uśmiechnął się kwaśno. – Zdziwilibyście się, wiedząc ilu „dobrych pasterzy”, potrafi celnie uderzyć. Czasami się zastanawiam czy większość z nich nie uciekła z czasów wojen religijnych.

Szli dalej, mijając liczne kapliczki i różnorakie budowle sakralne. Książę Imperium przyśpieszył kroku, obserwując mozaikę kapłanów i przechodniów, tworzących zaskakująco kolorową masę.

- Jak udaje się kontrolować te dyskusje? – dołączył się Hadrian. – Z tego, co wiem, na całej wyspie są świątynie wszystkich większych wyznań świata.

- To się zgadza – Arnold przytaknął.

- Kto w takim razie pilnuje, by te wszystkie wierzenia się nie pozabijały na tej malutkiej wyspie? Przecież wiele z nich to dedykowani rywale, a trwają tu od kilku dobrych stuleci! To imponujące, że większość z nich nie rzuca się sobie nawzajem do gardła.

Arnold zachichotał rozbawiony.

- Czyż to nie oczywiste?

Wszystkie oczy patrzyły na niego, wyczekująco. Nie wiedzieli. Arnold zatrzymał się nagle i uniósł wzrok.

Stali przed głównym wejściem do Wielkiej Biblioteki. Potężny, pięciopiętrowy budynek na planie koła, z wielką kopułą i rozchodzącymi się, ośmioma dobudówkami na wszystkie strony świata, niczym płatki kwiatu, robił wrażenie. Rzucał on cień, na wszystkie świątynie wiary, wskazując, jak to świątynia wiedzy, jest znacznie potężniejsza od innych. Główne wejście było szeroko otwarte, a tłumy różnorakich kapłanów i naukowców, mijało się, wymieniając krótkie uprzejmości.

Arnold odwrócił się do wszystkich.

- Przed wami, największa budowla w Valentii i jedna z największych na całym kontynencie. Miejsce najbardziej znanych dyskusji teologicznych na całym świecie. Dom wiedzy wszelakiej… - tu Arnold prychnął rozbawiony ironią. - …a klucze do tego budynku, pilnują ateiści*.

- ATEIŚCI?! – prawie wszyscy na raz wykrzyknęli zaskoczeni.

Arnold uniósł brwi, równie mocno zaskoczony, ale ich reakcją. Zmarszczył brwi i spojrzał na nich krytycznie.

- A Wy co tak mocno zaskoczeni?

- Przecież to idiotyzm! – Ewelina tupnęła nogą. – Ateiści na Wyspie Wiary?

- I pilnują kluczy do tak ważnego budynku? – Nataniel również nie był zadowolony. – Jakim parszywym sposobem zdobyli dostęp do tak ważnego miejsca?

Eagle westchnął i spojrzał po wszystkich krytycznie.

- Nie przesadzacie? Strzegą tylko kluczy, nie są właścicielami tego miejsca.

- Franciszku! – Ewelina spojrzała na niego krytycznie. – Nie chcesz mi, chyba że popierasz osoby bez wiary?

- Nie zauważyłaś, że sam jej zbyt wiele nie mam? – Zapytał cynicznie. – Jestem pierworodnym bękartem. Mówiłem ci o swoich doświadczeniach. Bóg ewidentnie nie strzegł mnie na mojej drodze – tu Eagle spojrzał zimno na otaczające go świątynie. – Czemu więc miałbym błagać go o łaskę, skoro nigdy mi jej nie okazał?

Jego komentarz wywołał bolesny grymas na twarzy Eweliny. Skarciła samą siebie w głowie, za swoją ignorancję. Raz jeszcze dochodziło do niej, jak mało wie, o swoim ukochanym. Widocznie zadawała zbyt mało pytań. Eagle był równie otwarty, co tajemniczy od samego początku. Może właśnie to, ją tak bardzo w nim pociągało. Słuchał i mówił, ale mało o sobie.

Hadrian postąpił do przodu i groźnie zmierzył wzrokiem Franciszka.

- Nie bluźnij Eagle! – Powiedział głośno. – Jesteś rycerzem…

- … Eweliny Vazy – Eagle wciął się w jego wypowiedź. – Nie Boga. Służę jej, nie bogu, nie kościołowi… – tu zrobił pauzę. – …i nie tobie. Przy niej jest moja lojalność – Eagle postąpił naprzód. – Gdzie jest twoja, książę? W twoim narodzie? Rodzinie? Czy Bogu?

Napięcie ewidentnie wzrosło. Hadrian się nie cofnął. Patrzył w oczy Demona, bez strachu. Miał silną wolę, znacznie silniejszą od tych, których Adler poznał wcześniej. Miał w sobie iskrę cesarskiej władzy. Jeszcze nierozwiniętą, ale gotową rozpalić ogień wystarczająco silny, by przekuć go w prawdziwego władcę. Młodzieńcy mierzyli się wzrokiem i wydawać by się mogło, że gdyby mieli boku pochwy z mieczami, już teraz na boki leciałyby iskry. Na szczęście, nie mieli ich przy sobie.

Arnold wszedł między nich i spojrzał niczym karcący rodzić.

- Uspokójcie się – nakazał. – Zachowujmy się jak ludzie cywilizowani. Jeśli chcecie walczyć na tej wyspie, walczcie na Arenie, słowem i wiedzą. W innym przypadku, a nie żartuję, wezwę ochronę i osobiście upewnię się, byście nie mogli już postawić nogi na Wyspie Wiary.

Raz jeszcze, głos Arnolda przybrał zupełnie nową barwę. Zbliżający się huragan, brzmiał pewnie mniej groźnie, niż jego głos w tej chwili. Rudzielec urósł, a jego wzrok stał się ostry niczym groty włóczni, dominował swą osobą nad wszystkimi. Rywale spoglądali na siebie jeszcze przez chwilę, lecz odstąpili. Arnold pokręcił głową zrezygnowany.

- Naprawdę, jestem zawiedziony. Na was obu – spojrzał na Eagla. – Ty Franciszku wydawałeś się bardziej opanowany, sam siebie określiłeś bękartem, więc dziwi mnie, że nagle twoje przekonania są przeszyte pychą – nie czekając na odpowiedź, spojrzał na Hadriana. – A Ty, młody książę, powinieneś wiedzieć, że kiedy zasiądziesz na tronie, będziesz musiał współpracować z wieloma ludźmi z wielu wyznań – skarcił ich chłodno, odetchnął i spojrzał na resztę. – Żadne z was nie powinno przesadzać, szczególnie w tym miejscu.

Cała grupa stała tak, w milczeniu, oszołomiona. Ten niesamowicie wesoły osobnik, który przecież przygotował dla nich ucztę na przywitanie, pokazywał, jak wiele ma twarzy i umiejętności. Stał teraz nad nimi niczym tytan albo groźny smok. Zaledwie kilka lat starszy chłopak, nie powinien wywoływać takiej reakcji, a mimo to milczeli.

Po chwili, niczym szkolna wycieczka, wszyscy schylili głowy i powiedzieli chóralnie.

- Przepraszamy.

Arnold zmierzył ich wzrokiem, westchnął raz jeszcze i uśmiechnął się uspokajająco.

- Dobra… nie jestem zły. Tak właściwie, to cieszę się, że są między wami różnice, ale wolałbym, żebyście te problemy, które będą pojawiały się na waszej drodze, rozwiązywali pokojowo. W sposób cywilizowany. Wystarczająco dużo krwi przelewa się w imię idei na tym świecie. Czy możemy się tak umówić?

Wszyscy zgodnie pokiwali głowami. Arnold również kiwnął głową i odezwał się już swoim typowym, pozytywnym głosem.

- Wyśmienicie. A teraz, kontynuując: Wielkiej Biblioteki i porządku na wyspie, strzegą ateiści z jednego głównego powodu. Są bezstronni. Właśnie ich bezstronność, w występujących na wyspie konfliktach, sprawia, że są dostali takie zadanie – spojrzał po wszystkich. – Spróbujcie sobie wyobrazić, że głównych drzwi do Wielkiej Biblioteki, strzegą przedstawiciele jednej z wiar. Każda, która byłaby im dogmatycznie przeciwna, nie byłaby wpuszczana na Arenę. Odrzucona i niedopuszczona do dyskusji, a wraz z tym, pojawiłaby się gorycz, złość nienawiść i eskalacja konfliktu – wskazał na napis znajdujący się nad wejściem. – „Słowo silniejsze od miecza” – zacytował. – To słowa króla Waleriana III Wielkiego. Założyciela tej biblioteki. Specjalnie stworzył tę wyspę, jako manifestację jego idei, że słowem da się rozwiązać konflikty, lepiej, niż za pomocą krwi i żelaza – odczekał chwilę. – Czy teraz jego decyzja, by to rodzina ateistów strzegła kluczy do Biblioteki, nabiera sensu?

Hanna przytaknęła.

- Tak, teraz, z kontekstem, jego decyzja ma znacznie więcej sensu.

Nawet Nataniel pokiwał głową, przyznając mu rację.

- Faktycznie. Z taką ilością świątyń i kapłanów… ech, patrząc z boku, dołożenie do tej mieszanki ateistów, nie jest aż tak szalonym pomysłem. Jak już wszystkich do jednego gara, to wszystkich i niech się kiszą we własnym sosie.

- Akceptowalne ryzyko – przytaknął Beniamin.

- Już zejdźmy z tego tematu – Adrianna wywróciła oczami. – Wejdziemy już do niej, czy nie? Zaczynam marznąć!

Arnold uśmiechnął się uprzejmie.

- Fakt, robi się chłodno. Dobrze. Wejdźmy do środka, prosto na Arenę.

- Wstęp jest wolny? – Zapytał Hadrian.

- Tak, ale wypożyczyć można tylko ze specjalną kartą – odpowiedział Arnold. – Polecam wam wyrobić, przy okazji – ściszył głos, wchodząc do środka. – Tu macie arenę i na wszystkie strony rozchodzące się dobudówki z różnych działów. Faktyczna kopalnia wiedzy. Jeśli pozostaniecie w Valentii dłużej, będziecie często odwiedzać to miejsce – poprowadził ich na środek areny, która teraz była zaledwie pustą sceną, bez aktorów i wskazał na odchodzące osiem drzwi. – Każde z tych drzwi prowadzi do innej dobudówki, a raczej skrzydła. Cztery skrzydła Nauk Ścisłych i Przyrodniczych oraz Cztery skrzydła Nauk Humanistycznych. Rozpiski co i gdzie, są dostępne na każdym kroku.

- Mają tu książki medyczne? – Hannie aż zaświeciły się oczy.

Jej ukochany prychnął rozbawiony.

- A Ty od razu do medycyny najdroższa?

- Oczywiście – spojrzała na niego pewnie. – Mają tu pewnie wiele cennych dokumentów!

- Ciiiii! – któryś z przechodniów przycisnął palec do ust.

- Przepraszam – Hanna wyszeptała zakłopotana.

Arnold uśmiechnął się uspokajająco.

- Nie przejmuj się, każdemu się zdarza. A odpowiadając na twoje pytanie: tak, mają tu książki medyczne i wiele więcej. Z tego, co słyszałem, nawet jakieś stare dokumenty lekarskie sprzed Katastrofy. Jednakże dziś nie zwiedzimy skrzydeł, czy archiwów. Zajęłoby to za dużo czasu. Zwiedzicie je sami, przy okazji. Chodźcie, pokażę wam świątynie, może uda nam się nawet wejść do kilku i na koniec wycieczki, coś zjemy. Czy słyszę sprzeciw? – zapytał.

- Nie – odpowiedziała reszta.

- Dobra, to zbieramy się. Jest sporo świątyń i kaplic do zobaczenia, chwilę nam to zajmie.

 

I tak cała grupa, ruszyła dalej, by zwiedzić całą wyspę. Cieszyli się uczniowskim życiem. Valentia, ich nowy dom, okazywał się, cieplejszy niż mogli zakładać. Gdyby jednak wiedzieli, jak wielki chłód nadchodzi – ciepło by to cenili znacznie mocniej.

 

*Nawiązanie do Haga Sophii w Konstantynopolu. Jest to największa świątynia chrześcijan i muzułmanów w regionie. Jako że wiadomo, konflikt religijny między dwoma doprowadziłby do starć, klucze do świątyni są trzymane przez rodzinę ŻYDOWSKĄ – która, jako strona trzecia w konflikcie i nielubiąca obu stron, otwiera drzwi na czas – wszystkim.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (6)

  • Pontàrú 14.10.2019
    "kolorowy nurt licznych kolorów i twarzy." masz powtórzenie

    "rozchodzącymi się, ośmioma dobudówkami rozchodzącymi się na wszystkie" patrz punkt pierwszy

    "Arnold wszedł między nich i spojrzał na nich niczym karcący rodzić." Nich, nich

    "Tak właściwie, to cieszę się, że są między wami różnice, ale wolałbym, żebyście te problemy, które będą pojawiały się na waszej drodze, rozwiązywali, pokojowo. " bez przecinka po 'rozwiązywali'. Zdanie podrzędne 'co robili? Te problemy rozwiązywali pokojowo'. Przecinek już nie potrzebny

    Ogólna uwaga do grupki uczniów chłodzących za przewodnikiem. Jakoś strasznie sztucznie mi to wygląda. Te na przykład głaskanie po głowie. To nie dzieci i wątpię, żeby którykolwiek ze starszych roczników na studiach zachowywał się w podobny sposób względem młodszych kolegów. Mam też wrażenie, że za mało życia w tych bohaterach. Chodzą tylko jak takie kukiełki.

    Z drugiej jednak strony są i plusy. Znów dobrze pokazane, jak wychowywana w upadłej szlachcie Ewelina, mało wie o faktycznym życiu.
    Pojawia się też nazwa Arcadia. Czy to nie przypadkiem stara kraina Dersykisa (jeżeli dobrze pamiętam)? Jeśli tak, to bardzo fajnie znajduje się takie powiązania ;)

    Trochę jeszcze błędów edycyjnych się pojawia także polecam przeczytać tekst jeszcze raz może na głos lub chociaż szeptem w celu ich uchwycenia. Za ten epizod dam 4 ze względu na te liczne acz drobne potknięcia
  • Kapelusznik 14.10.2019
    Ewidentnie stres położył piętno na tym rozdziale
    Ech
    Poprawię przy okazji, utnę to i tam

    Tak - to Arcadia Dersylisa
    Zresztą, będzie więceń nawiązań :)

    Pozdrawiam
  • Nefer 15.10.2019
    Ten rozdział trochę dydaktyczno-polemiczny, odnoszacy sie w jakimś stopniu do kwestii nie związanych bezpośrednio z opowieścią ale raczej do pewnych dyskusji toczonych niedawno na portalu. Stylistyka trochę szwankuje, co punktowała już Pontaru. Kwestia kluczy do światyni nawiązuje również do sytuacji z Jerozolimy, gdzie funkcję kluczników Kościoła Grobu Świętego od pokoleń pełni pewna rodzina muzułmańska. Zadanie to powierzyły im jeszcze władze tureckie, bo dochodziło do ostrych konfilktów i otawrtych bójek w sprawie dostępu do kościoła pomiędzy przedstawicielami różnych wyznań chrześcijańskich.
  • Kapelusznik 15.10.2019
    Stres mnie dopadł
    Następny będzie dłuższy i lepszy
  • Ozar 18.10.2019
    Dobry pomysł z tymi ateistami. To rzeczywiście chyba jedyny sposób żeby fanatycy się nie pozabijali. Ten odcinek taki bardziej opisowy i jakby swobodny, ale jak widzę nadciągają ciemne chmury i ta sielanka się skończy. 5
  • Kapelusznik 18.10.2019
    Wszystko do jednego gara :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania