LBnP↔40↔Druga Strona Monety

Cʜᴄᴇsᴢ ʀᴢᴜᴄɪć ᴍᴏɴᴇᴛą?

Rᴇsᴢᴋᴀ, sᴘʀóʙᴜᴊᴇsᴢ ᴘᴏɴᴏᴡɴɪᴇ ᴢʀᴏᴢᴜᴍɪᴇć.

Oʀᴢᴇłᴇᴋ, ᴛᴏ ᴊᴇsᴢᴄᴢᴇ ʟᴇᴘɪᴇᴊ,

ɢᴅʏż ᴢʏsᴋᴀsᴢ ᴅᴏᴅᴀᴛᴋᴏᴡᴇ sɪłʏ.

Wɪęᴋsᴢą ɴᴀᴅᴢɪᴇᴊę.

A ᴄᴢʏ ᴡɪᴇsᴢ ɴᴀ ᴘᴇᴡɴᴏ, ɴᴀ ᴄᴏ﹖

  

Reszka.

 

Widzę, że masz ochotę zawisnąć na krawędzi, drugą ręką ściskając spopieloną radość. Poszybować nad swoją twarzą w podmuchach zapomnianych emocji, wzruszeń i zmarnowanych chwil. Jeszcze tak niedawno znaczyły ślady na wyblakłych marzeniach, by w strzępkach czasu niezupełnie spalonych, przemycać kryształki zastraszonych, lecz żywych, wirujących sensów.

 

Czy pamiętasz swoje narodziny? Przed pytaniami o wszystko, gdy jeszcze odpowiedzi, zarówno te oczekiwane jak i niechciane, nie były tobie znane. Przyszły później, zakłóciły błogi spokój rozkrzyczanej kołyski. Widziałeś wtedy zamazane kształty, a później nawet światło w oddali, które wciąż zostawało na horyzoncie. Nigdy na tyle blisko, by mogło ogrzać swoim ciepłem. Zawsze daleko.

 

No wiem przecież. Próbowałeś dogonić promień, a on ranił, wżerał się jak rdza, odpychał i niszczył, by w końcu odpadać skrawkami parodii szczęścia, prawdziwych tęsknot i jeszcze bardziej bolesnych zwątpień. Czy przyznajesz, że na to pozwalałeś. No dobra. I tak wiem.

 

Cʜᴄᴇsᴢ ʀᴢᴜᴄɪć ᴘᴏɴᴏᴡɴɪᴇ?

Nɪᴇsᴛᴇᴛʏ. Tᴏ sᴀᴍᴏ, ᴄᴏ ᴘᴏᴘʀᴢᴇᴅɴɪᴏ.

 

Nie wiesz, co widzisz przed sobą, ale wiesz, że wzrok od tego ucieka. Czasami w szaleństwo zapatrzone w dno, podtrzymujące zgniłego trupa trampoliny. Innym razem na czarodziejskim dywanie źrenicy, pragnące poszybować, wzlecieć jak najwyżej poza cierpienie i przesadny zachwyt. Niekiedy faluje tak bardzo, że nie możesz wiedzieć, czy na szczycie odnajdziesz ścieżkę powrotu, którą morze wciąż zatapia, by unicestwić własne istnienie, czy raczej oblodzoną krawędź. Chwile płyną bardzo szybko, szybciej ode ciebie.

 

Zawsze zostawałeś w tyle, a poranione stopy bolały bardziej niż ból. Tylko co zrobiłeś, żeby temu zapobiec? Wiem. Nie mogłeś od tego uciec. Biegło razem z tobą, a ty widziałeś zadowoloną niby twarz, w zwierciadle pełnym potępienia i pogardy dla wszelkich słabości, które rzucały ziarno na żyzną, lecz złudną, bo nieużyźnioną glebę. Słabą i poniewieraną przez innych. Czyżby? Raczej przede wszystkim, przez ciebie

 

Pᴏ ʀᴀᴢ ᴛʀᴢᴇᴄɪ?

Zᴀᴄᴢʏɴᴀsᴢ ᴡąᴛᴘɪć?

Jᴀ ᴡ ᴄɪᴇʙɪᴇ ᴛᴀᴋ.

 

Cały czas jesteś owadem na przezroczystej zjeżdżalni, gdzie ścianki tak gładkie, jak te twoje dotychczasowe życie. Proste i równomierne. W końcu tak szybko zjeżdżałeś, że wszystko co pragnąłeś, było niezrozumiałymi smugami. Mówisz, że tak lepiej. Mniej tęskniłeś, mniej cierpiałeś? Akurat. Już ci wierzę. Powiadają, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. To prawda. Nigdy tam nie byłeś, bo nigdy tam nie szedłeś. Nie wmawiaj więc, że zmyliłeś drogę.

 

Mᴀsᴢ ᴘᴇᴄʜᴀ.

Aʟʙᴏ ʀᴀᴄᴢᴇᴊ ɢᴏ ᴢᴀᴘʀᴀsᴢᴀsᴢ.

Zɴᴏᴡᴜ ʀᴇsᴢᴋᴀ.

 

Jesteś dla siebie samego coraz większym ciężarem. Niedługo nawet on ciebie opuści, tak samo jak inne odczucia. Co? Jesteś mu wdzięczny, za okazaną siłę, wyrozumiałość i cierpliwość? No nie. Śpiewasz nawet ładnie, lecz już dawno zapomniałeś tytułu piosenki.

 

*

Niemożliwe. Rzucasz jeszcze raz? Z dwojga złego, dobre chociaż to. Na swój niedorzeczny sposób, nie chcesz ulec… przeciwnościom? Świetnie, chociaż do ciebie to jakoś nie pasuje. No popatrz. Cud. Orzełek. Twoje na wierzchu. Jeszcze nie wszystko stracone. Masz ci los. Okna nie zamknąłeś. Odfrunął. Tylko echo zostało na żółtej zasłonce.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania