Pokaż listęUkryj listę

Opoowi *** LBnP↔43↔Ɱɾօϲzմś í Rҽszեɑ Ƭҽƙsեմ

Temat↔"Karma"

 

 

Świeżo upieczony Mroczuś, wygrzebuje się z gorącego piekarnika drzemki, odrzucając na boki: skrawki snów, ziewków, chrapków oraz resztki baranów, które z nadzieją liczył, licząc na normalny sen, jednocześnie podjadając cukrową wełnę. Właśnie wypluwa, loczkowany, dławiący kłak (bo i taki się trafił), kiedy to słyszy za sobą: sz sz sz – szurający szeleszczący szelest. Jako że na odwadze mu nie zbywa, spogląda żwawo za siebie, by zassać wzrokiem do łebka, nie wiadomo co jeszcze. Po chwili supełek tajemnicy zostaje rozplątany, a wyżej wspomniany, napuszoną przychylną ciemnością, spogląda ciekawie wokół, by wiedzieć, kto go zaszedł nieznośnie i niespodzianie od tyłu, zakłócając posenny spokój.

 

E tam… to tylko Wegejająg –– rozważa przed chwilą obudzony, z wystającym z ust włosem i zawiedziony na pół gwizdka, gdyż na drugie pół, cieszy się, że przyjaciel przyszedł. Zerka na przybysza z natrętną uwagą, gdyż ów nie wygląda tak jak zwykle. Ma trochę zdenerwowane spojrzenie, przeto lekkie lśnienie grozy, migocze zjawiskowo w gałkach ocznych, a z powiek zwisają sople podniecenia sytuacją.

  

Oprócz rzecz jasna zwyczajowego parasola, z całunem spokoju i przyszłych wydarzeń, wplecionego w odśrodkowe, podtrzymujące przęsła. Trzyma czaszę ochroniarza nad sobą, szóstą, owłosioną łapą. A zatem Mroczuś także zaczyna zwyczajową wymianę zdań, gdyż ma nadzieję, że w ten sposób załagodzi sytuację, balsamem fajnej rozmowy, tudzież fajnego słowa, gdyż od małego krążą w nim słowotwórcze cienie przodków literatów, obytych w tradycji stosowania ciekawego słownictwa, zasianego na ziemi ojców i dającego jakieś tam powiedzmy plony, lepsze, gorsze i zupełne dno, po wsze czasy.

 

–– O! Pajączek. Raczej nie jestem zdziwiony, że cię widzę. Cóż mi powiesz tym razem.

–– Nie nazywaj mnie pajączkiem, z łaski swojej. Jestem Wegejajągiem. Czy mam powtarzać przy każdej okazji, czemu?

–– Jak najbardziej. To nasza odwieczna gra. Ja wiem, co powiesz, a ty udajesz, że nie wiem, co usłyszę.

–– Miło, że pamiętasz.

–– Mówiłeś to wczoraj, ale powtórz.

–– Parasol mam przeciwmuszny, by na mnie muchy nie leciały. Od jakiegoś czasu, przestałem się nimi pożywiać. Nie pałaszuję owadziego mięsa. Chociaż przyznać muszę, iż mam w spiżarce trochę wydmuszek, owiniętych pajęczyną, pomalowanych przeze mnie artystycznie, czyli mogę się pochwalić...

–– Wiem… pisankami. Faktycznie ładne. Masz talent… a teraz mów, czemuś taki spięty, po koniuszek odwłoka?

–– A nie mogę kontynuować samochwalenia? Proszę?

–– Nie możesz. Gadaj w jakiej sprawie przychodzisz.

— No cóż…

 

Odwieczne: „No cóż z trzykropkiem.” Musi miecz.. jaki miecz? Co ja gadam… mieć jakieś ważny problem w głowie, skoro użył tradycyjnego sformułowania, którego używa tylko w wyjątkowych sytuacjach. Doprawdy, wygląda na roztrzęsionego na sześć nóg, nie licząc parasola. Ciekawe, co go dręczy. Nawet strzelił wiązką pajęczyny w moim kierunku. To chyba pierwszy raz, za mojego żywota.

 

–– Drogi Mroczusiu…

 

No nie. Czyżby na zdrowiu podupadł. Żywię nadzieję z kubka optymistycznych myśli, że z jego umysłem wszystko po staremu. Czyli jak zawsze. Po raz pierwszy, tak do mnie czule zagadał.

 

  … powiem krótko. Musimy uratować Starego Marudę herbu Koślawy Świerk. Wiewiórki go atakują ze wszystkich stron oraz z pozostałych… albo raczej uprzykrzają życie. Straszą rudymi futerkami, pomalowanymi na złowieszcze barwy oraz żołędziami pustymi w środku, w których wyskrobały wredne gęby, a do wewnątrz powtykały pijane świetliki i jemu się wydaje, że to jakieś trupoziemcy leśne lub coś na wskroś gorszego, spoziera z wnętrza ognistym, pioruńskim wzrokiem. Na dodatek owe owoce Tłustego Dębu, mają na głowach pomarszczone czapeczki, a w każdej wściekły duszek lasu, razi złowieszczym spojrzeniem, gdziekolwiek spojrzy. Tylko że przeważnie spoglądają na Starego Marudę, a on ze strachu, już i tak ledwo zipie. A przynajmniej sprawia takie wrażenie. Czyli rozumiesz, trzeba mu pomóc. Przecież dobro wraca, więc wiesz… warto… to znaczy… nie tak chciałem powiedzieć, ale…

 

–– … ale wiem, że tak właśnie chciałeś powiedzieć.

–– No nie. Gdzie tam, Mroczuś. Bredzisz.

–– Może i bredzę Wegejajągu, lecz odgonić nieznośne futrzaki trzeba. Ma już swoje lata, więc nie bądźmy przesadnie pamiętliwi. To nasz były przyjaciel. Chociaż po prawdzie jarzysz zapewne, co on wyprawiał za młodu, gdy jeszcze nie był z herbu Koślawego Świerka i jaki był naburmuszony, kiedy żeśmy mu przeszkadzali w gnębieniu zwierzyny, krzycząc, że jest ladaco i lump. A i tak połowę leśnych obywateli, wygnał swoim dowcipami.

–– Raczej ich czynną realizacją.

–– Przesadnie czynną.

–– Powspominamy?

–– Nie ma czasu. Biegnijmy w newralgiczne miejsce i przestraszmy wiewiórki, to mu dadzą spokój.

–– Naszym widokiem?

–– Chociażby… a co? Myślisz, że nie damy rady? Jesteśmy zbyt piękni?

–– Zbyt co… niech spojrzę … damy radę. Bez obaw. Spoko Mroczuś.

–– Och Wegejająg. Żebyś chociaż raz po raz… a wiesz… może rzeczywiście masz rację z tym dobrem. Gdyby do nas wróciło ze zdwojoną siłą…

–– Och bez przesady Mroczuś. Nie wywołuj wilka z lasu.

–– To niemożliwe. Ostatniego wygnał swoimi żartami.

–– Tymi co im wprowadzał w rzycie? –– uściślił kwestię, Vege.

–– Tymi.

–– A czemu nas nie wygnał, skoro sprawialiśmy mu kłopot? Nie chciał, nie umiał? Albo Wiewiórek?

–– Hmm… chcesz powiedzieć, że on z tymi… żeby nas... by mógł nadal...

–– Co?

— Nic. To by było zbyt pokręcone. Przegońmy wredne, namolne, straszące bestie –– wrzasnął Mroczuś, ni stąd ni zowąd.

 

*

 

Jednak nie wszystko poszło zgodnie z planem, chociaż Pomarańczowe Ciciki, dały się potulnie zastraszyć, nieco zawiłym widokiem. Przestały atakować Starego Marudę herbu Koślawy Świerk, a to dlatego, że uciekły spłoszone w knieje i tylko ruda poświata, prześwitywała przez okoliczne krzaki. Lecz nawet ona drgała niespokojnie pomiędzy.

 

A zatem Mroczuś i Wegejająg, powrócili do swoich miejsc, z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, mając nadzieję, że dobro do nich powróci.

 

I faktycznie. Po jakimś czasie, dobro chciało do nich wrócić, tyle tylko, że było strasznie zmęczone, przedzieraniem się przez głupawy tekst i zboczyło z drogi, trafiając w niewłaściwe miejsce, zmieniając co nieco, na korzyść pomylonych adresatów, nie wiadomo z jakich dokładnie przyczyn. Całe stada „włochatych, krwiożerczych pomarańcz,” miały wyśmienitą, dobrą wyżerkę. Dwaj przyjaciele skończyli jako karma dla Wiewiórek.

Średnia ocena: 4.9  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (8)

  • Piotrek P. 1988 3 miesiące temu
    Bardzo awangardowe,
    zabawne
    ciekawe
    i przebojowe :-D

    5, pozdrawiam :-)
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Piotrek P.↔Dzięki:)↔No to fajnie, skoro tak rzekłeś:)↔Pozdrawiam:)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Witamy w Bitwie i linkuj i walcz. Powodzenia

    Literkowa
  • Dekaos Dondi 3 miesiące temu
    Literkowa↔Dzięki:)↔Jeżeli nie sklecę innego, to chyba wrzucę ten lub nie?
  • Akwadar 3 miesiące temu
    Cudacko... Prachetowsko... Strasznie...
    Masz bogatą wyobraźnię, wyprzedzasz ducha czasów i wiesz co? Kuźwa, ledwie dycham, starając się nadążyć za Twymi fantastycznymi "wizjami" ;)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 2 miesiące temu
    Rozpoczynamy Głosowanie.
    Zapraszamy na Forum: https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-glosowanie-w935/
    Autorze przeczytaj, pozostaw komentarz i nagradzaj według zasady: 3 - 2 - 1 plus uzasadnienie; dlaczego?
    Głosowanie potrwa do 19 lipca /poniedziałek/ godz. 23:59

    Literkowa zaprasza i życzy przyjemnej lektury.
  • Maurycy Lesniewski 2 miesiące temu
    Bardzo Twoje stylowo i zakręcone jeszcze bardziej niż to zazwyczaj u Ciebie :)
  • pasja 2 miesiące temu
    Natura rządzi się swoimi prawami i każdy z mieszkańców musi sobie sam zorganizować czas i pożywienie. Wegejająg okazał się wegetarianinem i muchy go nie interesowały. Kolesiostwo z Mruczusiem i straszenie innych nie wyszło im na dobre.
    Karma powróciła ze zdwojoną silą. Pokręcone towarzystwo i reszta tekstu też.

    Pozdrawiam

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania