Pokaż listęUkryj listę

Opoowi 🍭O Liściaku i Grudce→Dla dzieci

Liściak jak tylko pamięcią zdoła ogarnąć, nigdy nie miał łatwego życia. Najpierw wisiał na drzewie, wśród pyskatych żołędzi w pomarszczonych czapkach. Wciąż miały do niego o coś pretensje. Nie czapki, one były cicho, ale to co pod spodem nieustannie marudziło. Cztery wokół niego wisiały. Gdy wiatr zawiewał to musiał je trącać. Nic nie mógł na to poradzić. Wtedy krzyczały na cały las. Wyzywały, że za bardzo się wierci na wszystkie strony, przez co one, czcigodne żołędzie, mają porysaną gładź. Tłumaczył im, że nic nie może na to poradzić, że to wiatr wiewa nim na wszystkie strony. Po jakimś czasie, trochę się uspokoiły i przestały narzekać. Jednak pech chciał, że pewnego razu, jedną czapeczkę nieumyślnie za bardzo przekrzywił. Tak go zaczęły głośno wyzywać i złośliwie poszturchiwać, że w końcu szypułka mu pękła i poszybował ku ziemi.

 

Spadał smutny i rozżalony. Dlaczego mu to zrobiły. To nie była jego wina, tylko wiatru. Do niego powinny mieć pretensję. Po dłuższej chwili wylądował miękko na ściółce leśnej. Zbieg okoliczności sprawił, że kawałek od siebie, ujrzał żołędziową czapeczkę i zatęsknił za tym, co już nigdy nie powróci. To prawda. Były dla niego niedobre, wyzywały z byle powodu, ale nie czuł się samotny.

 

Nagle usłyszał delikatny szum skrzydeł i ktoś za nim wylądował. Spojrzał za siebie i ujrzał Błękitkę, wróżkę leśną. Opowiedział jej o wszystkim, co go spotkało. Ona widząc jaki jest smutny, wyposażyła go w nogi i ręce, by mógł się wśród lasu przemieszczać. Usypała też przed nim kopczyk leśnej ziemi i powiedziała, że ma sobie ulepić towarzyszkę życia. Najpierw myślał, że żartuje, ale wnet się przekonał, że nie rzuciła słów wiatr. Ostrzegła go też przed Wrednym Klejuchem, który w lesie mieszka, ale na niego wpływu nie ma. W razie czego, muszą się we dwoje sami obronić. Podziękował pięknie, grzebiąc przy kopczyku. Dłubał i dłubał, wygładzał, tam wydłużał a gdzie indziej dodawał, igliwiem zdobiąc, różnymi kwiatkami i mchem leśnym, z którego zrobił figlarną czuprynę, koloru: szczęśliwego pomidorka. Następnie nadał jej imię: Grudka, bo z grudek ziemi została ulepiona. Po nadaniu imienia, odezwała się do niego:

– Jak ja wyglądam? Jak ostatnie czupiradło. Mogłeś się bardziej postarać.

– To nie zerkaj na siebie, tylko na mnie. Jestem Liściak.

– A ja: Grudka. Tak mnie nazwałeś. O ile dobrze pamiętam... bez mojej zgody.

– Nie podoba się tobie? Myślałem, że tak. Mogę zmienić.

– Przestań. Niech już będzie.

– No to fajnie.

– A mnie nie bardzo. Zgroza! Z takim imieniem całe życie.

– Ale przecież rzekłaś...

– Żartowałam. Nie marudź. No to co robimy?

– Idziemy w stronę słońca.

– Świetnie. Spocę się jak mysz.

 

W ten oto sposób, rozpoczęli w miarę szczęśliwą wędrówkę. Łatwo nie było. Wiele leśnych zwierzątek, chciało podgryzać człapiące dziwa. Wtedy on, trzeszczał z lekka suchym liściem, a ona szumiała cicho, przesypując wewnętrzne ciało. Wszelkie pająki, żuki a nawet muchy, omijały ich z daleka, słysząc takie wrogie odgłosy ostrzegawcze. Kilka razy musiał poprawiać jej rozczochraną czuprynę. Stała później jakiś czas, oglądając swoje odbicie w kroplach rosy, oczywiście poprawiając i tak po swojemu, tu i ówdzie, to co on zrobił nie tak. Wiele razy nici pajęczyny spadały im na głowy. To bardzo Grudkę wściekało, bo musiała znowu poprawiać fryzurę. Jemu kilka razy ręka odpadła. Wtedy ona przykładała tam gdzie trzeba, przywiązując źdźbłem trawy.

 

Niestety. Sielanka nie trwała długo. Wtem poczuli za sobą jakiś złowieszczy odgłos. Liściak wiedział od razu, kto po ich śladach depcze, lecz był cicho, nie chcąc denerwować Grudki. Odgłosy stawały się coraz bardziej słyszalne. Nie mógł już udawać, że wszystko w porządku. Zaczęli uciekać co sił w nogach, byle jak najdalej od Wrednego Klejucha. Nic to nie dało. Po chwili, zobaczyli go przed sobą. Widocznie był szybszy, okrążył ich, by zagrodzić drogę. Widok który ujrzeli, był tak samo straszny jak dziwny.

 

Ogromna tubka kleju, wyłoniła się zza drzewa. Obrośnięta cała zbutwiałymi roślinami i różnym innym śluzowatym świństwem, wiła się jak wąż na wszystkie strony, ziejąc okrągłą dziurą, z której zwisała kropla kleju, gotowa do wystrzelenia. Drogę ucieczki mieli zablokowaną. Gęste krzaki na bokach, wielkie jak drzewa, uniemożliwiały ucieczkę. Mieli nadzieję, że ich nie dostrzega. Niestety, źle pomyśleli. Wypadki potoczyły się błyskawicznie.

 

Klejuch na chwilę zgniótł swoje ciało. Podłużna kropla wyleciała jak z procy, trafiając Liściaka. Oklejony ze wszystkich stron, ledwo mógł się ruszać. Tuba szurając podłużnym, kleistym brzuchem, była coraz bliżej niego. Grudka przeraźliwie wrzasnęła. Teraz dopiero ją spostrzegł. Następna kropla, poleciała w jej stronę, lecz ona była bardziej cwana. Zrobiła zwinny unik, jednocześnie rzucając swe ciało, na kleisty otwór. Zatkała doszczętnie. To go bardzo wnerwiło. Stanął pionowo, chybocząc się na wszystkie strony, by ziemię z siebie zrzucić. Liściak, chociaż było to trudne, skoczył na niego, przewracając w kałużę wody. Napastnik prychał i chrząkał, ale nie mógł się podnieść. Na dnie leżały ostre kawałki igliwia. Przebiły jego ciało, które zaczęło przeciekać. Woda wlatywała do środka. Był coraz bardziej ociężały i marudny. Grudka, namoknięta wodą, na szczęście jakoś przeżyła. Wydostali się z kałuży i zaczęli uciekać ostatkiem sił, dopóki Klejuch był unieruchomiony.

 

– No i po ptokach – powiedziała Grudka, kształtując na nowo ręce i nogi. – Co teraz? – dodała, spoglądając w kropelkę rosy, by poprawić fryzurę. – Masz jakieś plany?

– Przede wszystkim, chciałbym Tobie podziękować za uratowanie życia.

– No wiesz... przestań. Tak samo ty mnie, jak ja Tobie. Śmieszny jesteś z tym gadaniem.

– Mam ci rozczochrać fryzur?

– Ani się waż, bo dostaniesz po łapach.

– To gdzie idziemy? – zapytał delikatnie Liściak.

– Muszę Tobie coś powiedzieć.

– Chyba nic złego?

– Hmm... wtedy tego nie słyszałeś, ale Błękitka mi po cichu powiedziała, że musimy dojść na skraj lasu...

– Na skraj lasu? Po co?

 

Liściak posmutniał bardzo. Przeczuwał, że usłyszy to, czego nie chce usłyszeć. Miał prawie pewność, patrząc na Grudkę. Też była nie taka, jak zawsze. Nawet trochę ziemi od niej odpadło na jego stopy a strzępek mchu, zwisnął na czoło.

 

– Wiesz co Liściak. Idźmy już. Miejmy to już za sobą. Mam nadzieję, że zrozumiesz.

– Gdzie?

– Tam, gdzie się kończy las a zaczyna zaorane pole.

– Co to jest: pole?

– Taki las bez drzew.

– Aha.

 

Rozpoczęła się ostatnia część wędrówki. O dziwo, rozmawiali ze sobą wesoło, jakby nic się nie stało. Pragnęli wykorzystać te ostatnie chwile. Zbliżali się nieuchronnie do celu podróży. Jeszcze kilka kroków i stanęli w pełnym słońcu, mając drzewa za sobą. Przed sobą ujrzeli – jak to Grudka powiedziała – las bez drzew. Zaorane pole.

 

– Posłuchaj Liściak. Tu musimy się rozstać.

– Chyba nie mówisz poważnie?

– Wiesz, że tak. Nie wnerwiaj mnie!

– Ale dlaczego? Co ja złego zrobiłem?

– Nie gadaj głupot. Tak po prostu musi być. Myślisz, że mnie jest łatwo?

– No to mi wytłumacz, o co chodzi.

– Wróżka powiedziała mi wyraźnie: jeżeli się teraz nie rozstaniemy, to znikniemy zupełnie.

– A jeżeli...

– A jeżeli, ja będę w swoim, a ty w swoim, to nie umrzemy... i być może... kiedyś się znowu spotkamy... kiedy pole nie będzie: polem a las lasem. Rozumiesz?

– Nie.

– Nie dziwię się. Powtórzyłam tylko to, co powiedziała Błękitka. A ona jeszcze nikogo nie okłamała. Można jej ufać. Ja też wszystkiego nie rozumiem. Ale pomyśl. Gdy stamtąd spojrzę w kierunku lasu, to będę mogła pomyśleć, że gdzieś tam jesteś...

– A gdy ja spojrzę na pole, to też będę mógł pomyśleć, że gdzieś tam, w tych zwałach ziemi jesteś...

lub cię wiatr rozwiał.

– Bez obaw. Jestem cwaną bestią.

– A jak coś tam wyrośnie?

– Nie jestem duża. Jakoś się będę przeciskać.

– Powiedz mi... czy tak... musi być?

– Musi. Chyba, że...

– Co?

– Nic.

– Mam nadzieję, że pole jakoś z Tobą wytrzyma.

W tym momencie Liściak dostał dobrotliwego kopniaka w szypułkę.

 

# o # o

 

Po dość długim pożegnaniu, zaczęła odchodzić w kierunku pola. Wiedziała, że gdy tam wejdzie, już nie będzie odwrotu. Wierzyła, że Błękitka ją nie okłamała.

 

Liściak poczuł ruch za swoimi plecami. Nie zdążył zareagować. Z lasu wyłonił się przebrzydły Klejuch. Wystrzelił kroplę błyskawicznie.

 

Miała wrażenie, że coś z tyłu usłyszała.

 

Klej prawie zakrył całego Liściaka. Tuba się do niego przyczołgała, ziejąc kleistym otworem.

 

Grudka była kawałeczek od początku pola.

 

Klejuch zaczął go wsysać do swojego wnętrza. Liściak, nie mógł na to nic poradzić. Wiedział, że już za chwilę, nigdy o niej nie pomyśli. To koniec. A jednak Błękitka ją okłamała. Jak mogła. Tylko jedno mu pozostało. Ostatni raz, wypowiedzieć głośno jej Imię.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • jesień2018 dwa lata temu
    O rety!:) Czy ja Ci kiedyś pisałam, że masz niesamowitą wyobraźnię? Chyba nie, więc niniejszym nadrabiam: MASZ :) Pozdrowienia!
  • jolka_ka dwa lata temu
    Zgadzam się :D!
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Jesień2018 - Dzięki Pozdrawiam
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Jolka_ka - Dzięki. Pozdrawiam
  • illibro dwa lata temu
    jolka_ka I ja też ;)
  • illibro dwa lata temu
    Bardzo dobrze się to czyta. Klejuch mega postać, przywodzi mi to na myśl opowiadania STEPHENA kINGA. Super!
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Illibro - Dzięki. Dopiero jak trochę napisałem, to wpadłem na Klejucha. Pozdrawiam.
  • kalaallisut dwa lata temu
    Duduś poczytałam o liściaku w google. Fajne pomysły czerpiesz z przyrody :) "Wróżka powiedziała mi wyraźnie: jeżeli się teraz nie rozstaniemy, to znikniemy zupełnie." A gdyby się jednak nie rozstali? Smutne no...
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Dzięki K a l i l k a. Zakończenie ne jest takie oczywiste przecież. Pozdrawiam
  • kalaallisut dwa lata temu
    Wiem, fajne — doszli na skraj lasu swojej wędrówki, by wrócić jakby na swoje miejsca, a być może się jeszcze spotkają gdy zmieni się "podłoże"( metafora do zmian w sytuacji w życiu, warunków, zawsze najważniejsze jest odpowiednia chwila i miejsce). To tak z zaspanym okiem jeszcze.
  • kalaallisut dwa lata temu
    Wiem, fajne — doszli na skraj lasu swojej wędrówki, by wrócić jakby na swoje miejsca, a być może się jeszcze spotkają gdy zmieni się "podłoże"( metafora do zmian w sytuacji w życiu, warunków, zawsze najważniejsze jest odpowiednia chwila i miejsce). To tak z zaspanym okiem jeszcze.
  • kalaallisut dwa lata temu
    kalaallisut przecież — spotkanie po śmierci.
  • Dekaos Dondi dwa lata temu
    Kalilka - Nie wiadomo, czy ona dotarła do łąki, z której nie było powrotu. Mogła usłyszeć i się wrócić. Uratować. A to mogło coś zmienić, o czym nie wiedzieli. Różnie mogło być przecież: )

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania