Sklep rzeczy utraconych - rozdział 51
Korytarz za kuchnią był wąski i słabo oświetlony. Eveline niosła tacę z garnkiem zupy i chlebem, Florentina szła za nią z dzbankiem wody. Minęły pomieszczenie na opał, schody prowadzące na piętro i wnękę, w której stały trzy puste beczki.
Za kolejnymi drzwiami usłyszały głosy.
— Mówiłam już, że nie wydawałam im przepustek osobno.
— A ja pytam, kto pozwolił im zostać w zamku.
Eveline rozpoznała głos przełożonej pralni.
Przy drzwiach stał młody strażnik. Na widok tacy odsunął się od ściany, ale nie przepuścił ich od razu.
— Dla kogo?
— Kolacja dla pisarza i ludzi przy bramie — odpowiedziała Eveline.
Strażnik zajrzał pod przykrywkę garnka.
— Kto was przysłał?
— Z kuchni. Jedzenie stygnie.
Mężczyzna obejrzał dzbanek w rękach Florentiny i otworzył drzwi.
— Postawcie na stole i wracajcie. Pisarz czeka na ludzi z dolnych przejść, nie na zupę.
Eveline weszła pierwsza.
Izba była niewielka. Pod oknem stało biurko, a przy przeciwległej ścianie ława i dwa krzesła. Na półce piętrzyły się księgi oprawione w ciemną skórę. Przez zakratowane okno wpadało ostatnie światło dnia.
Za biurkiem siedział szczupły mężczyzna z przerzedzonymi włosami i palcami poplamionymi atramentem. Pisał coś w otwartej księdze, przytrzymując kartkę lewą dłonią. Obok leżał dokument opatrzony pieczęcią pralni.
Przełożona siedziała na ławie. Gdy zobaczyła dziewczyny, wyprostowała się.
— Ewa, Tina, nareszcie! Gdzie was nosiło? Kazałam wam wracać z transportem!
Eveline postawiła tacę na wolnym końcu biurka.
— Zatrzymano nas do pracy w kuchni. Nie mogłyśmy odejść, dopóki nie skończyłyśmy.
— Do pracy w kuchni? — Przełożona rozłożyła ręce. — A ja od godziny tłumaczę, gdzie się podziałyście!
— Chwileczkę — przerwał pisarz. Przesunął ku sobie listę dostawy i przyjrzał się obu kobietom. — Ewa i Tina?
— Tak — odpowiedziała Eveline.
— Która jest która?
— Ja jestem Ewa.
— Tina — przedstawiła się Florentina, stając obok stołu.
Pisarz odczytał oba imiona z listy.
— To te dziewczyny? — zapytał przełożoną.
— A kogo pan się spodziewał? Sama je wpisałam.
— Pytam, czy to te same osoby.
— Tak. Obie przyjechały ze mną.
Pisarz odłożył listę, lecz nie zamknął księgi.
— Skoro zostały skierowane do kuchni, chcę wiedzieć, kto wydał polecenie.
Eveline poprawiła przykrywkę garnka.
— Jeden z kucharzy kazał nam pomagać przy zapasach.
— Który?
— Nie znam jego nazwiska.
— W kuchni pracuje sześciu kucharzy.
— Ten, który krzyczał najgłośniej.
Strażnik przy drzwiach parsknął. Pisarz nie zareagował.
— Potwierdzasz? — zapytał Florentinę.
— Tak.
Mężczyzna zapisał kilka słów. Eveline śledziła ruch pióra. Nie mogła pozwolić, żeby zaczął wypytywać przy kuchniach. W końcu trafiłby do Wenny.
— Może pan posłać kogoś do kuchni — powiedziała. — Wszyscy tam widzieli, że pracowałyśmy.
— To właśnie zamierzam zrobić.
Przełożona wstała z ławy.
— Nie ma potrzeby szukać kucharza. Ja je tam posłałam.
Pisarz zatrzymał pióro.
— Przed chwilą mówiła pani, że kazała im wracać z transportem.
— Bo miały wrócić, kiedy skończą. Przed rozładunkiem powiedziałam im, że jeśli w kuchni będą potrzebowali rąk do pracy, mogą zostać i pomóc. Myślałam, że zdążą przed odjazdem.
— Dlaczego nie wspomniała pani o tym wcześniej?
— Bo pytał mnie pan, dlaczego nie wróciły. Nie wiedziałam, że zostały zatrzymane na tak długo.
Pisarz przyglądał jej się przez biurko.
— Ma pani świadomość, że to oświadczenie zostanie zapisane?
— Mam. W końcu po to tu siedzę.
— Proszę wrócić na miejsce.
Przełożona usiadła. Eveline widziała jej dłonie złożone na kolanach, zaczerwienione palce i krótko obcięte paznokcie. Kobieta nie patrzyła na dziewczyny, gdy pisarz zanotował jej słowa.
***
Strażnik przyniósł z korytarza trzeci kubek i postawił go obok dzbanka.
— Możesz nalać — powiedział do Florentiny.
Księżniczka zdjęła przykrywkę z dzbanka i zaczęła rozlewać wodę. Miała rękawy podwinięte do łokci. Pisarz oderwał wzrok od księgi.
— Długo pracujesz w pralni?
— Od niedawna.
Mężczyzna przyjrzał się jej dłoniom.
— Widać.
Eveline sięgnęła po kromki chleba.
— Pierwszy dzień. Jeszcze nie zdążyła sobie zniszczyć rąk.
— Pierwszy? — Pisarz zwrócił się do przełożonej. — Bierze pani nowe dziewczyny do zamkowych dostaw?
— Zabrakło mi ludzi. Wzięłam dwie na próbę.
— Bez sprawdzenia?
— Sprawdziłam, czy potrafią nosić kosze. Do tego potrzebowałam pomocnic, nie urzędniczek.
Pisarz skrzywił się, ale niczego nie zapisał.
— Dobrze. Postawcie wodę tutaj.
Florentina odstawiła dzbanek bliżej biurka i cofnęła ręce pod fartuch.
Eveline zajęła się dzieleniem chleba. Na biurku brakowało miejsca na talerz, więc odsunęła stojącą przy kałamarzu księgę na sam brzeg, grzbietem do siebie.
Księga była otwarta na stronie zapisanej w równych kolumnach. Eveline rozpoznała układ rejestru: data, rodzaj dokumentu, numer, osoba odbierająca. Podobne księgi prowadziła w sklepie. Kilka pierwszych wierszy odczytała bez trudu, mimo że litery znajdowały się do góry nogami.
Przepustki do skrzydeł zamku. Upoważnienia dla dostawców. Potwierdzenia wejścia. Niżej zauważyła znajome słowa.
Dostęp do komnat królewskich.
Pod nimi, w ostatniej rubryce jednego z wierszy, czerwieniał odcisk pieczęci, a obok niego nazwisko.
Lord Hessel.
Eveline przesunęła talerz wolniej, niż było trzeba, i przebiegła wzrokiem resztę wiersza. Numer sto osiemnaście. Odnowiona dwanaście dni temu. W miejscu nazwiska tylko dwa słowa: dostawca ksiąg.
— Dziewczyno.
Podniosła głowę.
— Postaw talerz i odsuń się od biurka.
Eveline wykonała polecenie. Pisarz zamknął rejestr, odłożył go na stos pozostałych ksiąg i przysunął sobie dokument przełożonej.
— Teraz proszę mi powiedzieć, dlaczego obie nie wróciłyście razem z transportem.
— Zatrzymano nas do pracy — odpowiedziała Eveline. — Kiedy skończyłyśmy, wóz już odjechał.
— Nie próbowałyście go dogonić?
— Przy bramie nie pozwolono nam wyjść bez przełożonej.
Pisarz postukał piórem o brzeg kałamarza.
— A mimo to znalazłyście drogę do kuchni, potem do mojej izby, i nikt was nie zatrzymał.
— Przyniosłyśmy kolację.
— Widzę.
Sięgnął po listę i zaznaczył coś przy ich imionach.
***
Drzwi otworzyły się bez pukania. Wszedł drugi strażnik, starszy od tego, który pilnował wejścia. Niósł metalową lampę z przyciemnionym szkłem i niewielkim uchwytem przy podstawie.
Eveline poznała ją od razu.
Strażnik postawił lampę na biurku obok talerza.
— Ludzie, którzy sprawdzają dolne przejścia, znaleźli to w spiżarni za zachodnim korytarzem. Przy wejściu na schody w dół.
— I? — zapytał pisarz, oglądając lampę.
— Ma znak składu bielizny. Jeden z naszych ludzi sprawdził u służby. Dziś wieczorem zgłoszono brak jednej lampy.
Pisarz odwrócił podstawę. Na metalu widniało niewielkie oznaczenie, którego Eveline wcześniej nie zauważyła.
— Kto zgłosił?
— Dziewczyna ze składu. Powiedziała, że wisiała przy wejściu. Kiedy wieczorem sprawdzali wyposażenie przed zamknięciem, już jej nie było.
— Dzisiaj?
— Tak.
Florentina przysunęła się odrobinę bliżej Eveline.
— Kto korzystał z przejścia? — zapytał pisarz.
— Nie ustaliliśmy. Drzwi spiżarni były zamknięte, a w środku nikogo nie znaleziono, ale za półkami są drugie drzwi. Ktoś najwyraźniej otwierał je niedawno.
Pisarz zwrócił się do Eveline.
— Mówiłaś, że pracowałaś w kuchni.
— Tak.
— Przez cały czas?
— Przenosiłyśmy też zapasy.
— Gdzie?
— Między kuchnią a pomieszczeniami gospodarczymi.
— Byłyście w tej spiżarni?
— Nie wiem, o którą spiżarnię chodzi.
Strażnik wskazał lampę.
— Tę za szafami. Z bocznym przejściem.
— Nikt nie pokazywał nam bocznych przejść — odpowiedziała Eveline.
Pisarz obrócił lampę. Przez brudne szkło prześwitywał ciemny knot.
— Lampa ze składu bielizny. Spiżarnia przy kuchni. Stare drzwi, które od wieczora każą nam sprawdzać. A wy pracowałyście dziś przy bieliźnie, a potem w kuchni.
— Przy kuchni pracuje pół zamku — powiedziała Eveline.
— Pół zamku nie przyszło dziś z transportem.
Nikt się nie odezwał.
— A w podziemiach byłaś?
— Nie.
Pisarz odłożył lampę i zapisał odpowiedź Eveline. Następnie odwrócił kartę i dopisał uwagę na kolejnej stronie.
— Sprawdźcie, czy przy wejściu do składu ktoś widział dziewczyny — polecił strażnikowi.
— Teraz?
— Rano. Służba kończy pracę, a dowódca wróci dopiero po obchodzie. Nie zamierzam zbierać pół zamku po nocy z powodu jednej lampy.
Strażnik skinął głową. Przełożona nadal siedziała na ławie, wpatrzona w lampę.
Pisarz zamknął dokument z listą.
— Przełożona może wracać.
— A dziewczyny?
— Zostają do rana.
— Dlaczego?
— Bo muszę porównać ich zeznania z tym, co powiedzą ludzie ze składu i kuchni. Rano przesłucha je dowódca.
Przełożona wstała.
— Sama za nie odpowiadam.
— To już pani powiedziała. I zostało zapisane. Jeśli ich zeznania się nie zgodzą, dowódca wezwie także panią. Teraz proszę wracać do pralni.
— Jeśli mają zostać tutaj, proszę przynajmniej pozwolić mi je zabrać rano.
— Jeśli dowódca uzna, że mogą wyjść, otrzyma pani wiadomość.
Przełożona zwróciła się do dziewczyn.
— Miałyście pracować, nie włóczyć się po zamku.
— Przepraszam — odpowiedziała Eveline.
— To nie mnie będziecie jutro przepraszać, jeśli nie znajdziecie porządnego wyjaśnienia.
Pisarz skinął na strażnika przy drzwiach, żeby odprowadził kobietę do wyjścia. Przełożona sięgnęła jeszcze po listę dostawy z pieczęcią cechu, lecz pisarz położył na niej dłoń.
— To zostaje u mnie.
Cofnęła rękę. Przy drzwiach zatrzymała się i ponownie zwróciła do pisarza.
— Rano chciałabym dostać pisemne potwierdzenie, że zostałam zwolniona z przesłuchania. Nie zamierzam drugi raz tłumaczyć się z tej samej dostawy.
— Otrzyma je pani, jeśli sprawa zostanie zamknięta.
— W takim razie będę czekać.
Wyszła za strażnikiem. Pisarz zamknął kałamarz i zwrócił się do dziewczyn.
— Ewa i Tina. Zostaniecie w izbie dla służby przy zachodniej bramie. Nie wolno wam opuszczać zamku ani poruszać się po nim bez eskorty. Rano przyjdzie dowódca i zada wam kilka pytań.
Wstał i podszedł do półki.
— Kolację możecie zabrać ze sobą. I tak nie mam ochoty jeść zimnej zupy.
***
Strażnik przeprowadził je przez krótki korytarz, a następnie przez dziedziniec.
Izba dla służby znajdowała się za drewnianymi drzwiami z żelaznym zamkiem. W środku stały dwa wąskie łóżka, niewielki stół i miednica z wodą. Na półce leżał zapas świec oraz kilka złożonych koców.
— Rano ktoś przyniesie śniadanie — powiedział strażnik. — Do tego czasu zostajecie tutaj.
Florentina odstawiła dzbanek na stół.
— A jeśli będziemy potrzebowały wyjść?
— Zawołacie. Nie próbujcie otwierać drzwi bez pozwolenia. Dowódca nie lubi, kiedy ludzie, z którymi chce rozmawiać, nagle znikają.
Wyszedł i przekręcił klucz w zamku.
Eveline zaczekała, aż jego kroki ucichną. Odłożyła torbę na łóżko i zdjęła chustkę. Włosy miała wilgotne od potu, a dłonie pachniały ziołami, które wcześniej sortowała u Wenny.
Florentina podeszła do okna, osadzonego wysoko w ścianie i zabezpieczonego żelaznymi prętami. Za szybą widać było fragment muru i wąski pas ciemniejącego nieba.
— Nie wyjdziemy tędy.
— Nie.
Eveline usiadła przy stole i otworzyła notes na pustej stronie. Zapisała numer sto osiemnaście i datę przepustki. Pod spodem dopisała: dostawca ksiąg. A niżej: Hessel.
Florentina odeszła od okna. Zatrzymała się przy stole, zanim Eveline zdążyła zamknąć notes.
— Hessel?
— Jego pieczęć była przy przepustce do komnat twojego ojca. Odnowiono ją dwanaście dni temu.
Florentina wzięła notes i przeczytała pozostałe słowa.
— Dostawca ksiąg. To ten, o którym mówiła Wenna?
— Prawdopodobnie. Trzeba sprawdzić, kto wystawił mu pierwszą.
Księżniczka oddała jej notes.
— Hessel chciał, żebym wyszła za księcia Vermaaru. Naciskał na ojca przy każdej okazji. A kiedy Grijs zaprotestował, zażądał odsunięcia go od służby.
— Pamiętam. „Mówię o uniknięciu wojny”.
— Zawsze mówił o wojnie, kiedy czegoś od nas chciał. — Florentina usiadła na łóżku. — Ojciec mu wierzył.
Eveline jeszcze raz spojrzała na numer przepustki i zamknęła notes. Nie miała dostępu do kancelarii rady, a rano miały stanąć przed dowódcą straży.
Z dziedzińca dochodził odgłos zamykanej bramy, a później nawoływania strażników zmieniających wartę. Florentina zdjęła chustkę i zaczęła rozplątywać włosy.
— Przełożona skłamała dla nas — powiedziała.
— Wiem.
— Jeśli kucharze powiedzą coś innego, znów ją sprowadzą.
— Musimy trzymać się tej samej wersji. Nie wspominaj o Wennie ani o spiżarni.
Florentina przyjrzała się swoim dłoniom. Miała czyste palce, bez odcisków.
— Rozpoznał, że nigdy nie pracowałam w pralni.
— Wie tylko, że jesteś nowa.
— Wystarczyło, że nalałam mu wody.
Florentina opuściła ręce. Przez chwilę zajmowała się składaniem chustki, chociaż materiał był już równy.
— Ona ma ludzi, którzy na nią czekają — powiedziała. — A my wciągnęłyśmy ją w tę sprawę.
Eveline usiadła na brzegu łóżka.
— Wróciła do domu. Teraz musimy zadbać, żeby jutro nie musiała tu wracać.
— I żebyśmy same stąd wyszły.
Na korytarzu znów rozległy się kroki. Zatrzymały się przed ich drzwiami i już się nie oddaliły.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania