Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 23a

Kiedy ruszyli, słońce było już wysoko, ale mgła wciąż trzymała się między drzewami. Osadzała się na gałęziach i końskich grzywach drobnymi kroplami, a trakt był jeszcze mokry po nocy.

Przez pierwszą godzinę droga prowadziła łagodnie w dół, potem szlak zaczął wspinać się między skałami. Przez cały ten czas nikt się nie odzywał.

Eveline jechała za Florentiną. Ból pod żebrami wrócił niemal natychmiast, gdy koń wszedł na kamienisty odcinek. Materiał, którym Vaelen obwiązał jej bok, trzymał dobrze, ale przy każdym mocniejszym ruchu czuła tępe ciągnięcie pod skórą.

Vaelen jechał pierwszy. Od chwili, gdy opuścili strażnicę, ani razu się do niej nie odezwał. Nie robił tego ostentacyjnie; po prostu trzymał się kilka długości konia przed nią. Podczas postojów zajmował się drogą albo końmi, a kiedy Eveline podchodziła bliżej, po chwili znów był gdzie indziej.

Przez pierwsze pół dnia próbowała nie zwracać na to uwagi, ale z czasem było coraz trudniej udawać, że to przypadek. O nocy nie wspomniała. Vaelen również. Za którymś razem obejrzała się przez ramię.

Droga opadała łagodnie między drzewami i wspinała się dalej na niski grzbiet. Przez moment Eveline była prawie pewna, że widzi tam konia i siedzącego na nim człowieka, ale gdy mrugnęła, sylwetka zniknęła za wzniesieniem.

Po stu krokach obejrzała się jeszcze raz, ale grzbiet był już pusty. Nic nie powiedziała. Pół godziny później Grijs sam spojrzał za siebie i zwolnił.

— Co się stało? — zapytała Florentina.

Nie odpowiedział od razu. Eveline również spojrzała za siebie. Na kolejnym wzniesieniu, daleko za nimi, stał jeździec.

— To ten sam — powiedziała.

Grijs przeniósł na nią wzrok.

— Widziała go pani wcześniej?

— Tak.

— Kiedy?

— Jakieś pół godziny temu.

Grijs znów spojrzał w stronę grzbietu. Jeździec poruszył się, a po chwili zniknął za wzgórzem.

— Stanął na samej górze — powiedziała Eveline.

— Mógł zejść niżej i zostać niewidoczny — odparł Grijs.

— Ale tego nie zrobił.

Florentina ściągnęła brwi.

— Vermaar?

— Nie wiem — powiedział Grijs.

— Dlaczego nas nie dogania?

Eveline jeszcze przez chwilę patrzyła za siebie.

— Bo nie chce — odpowiedział Vaelen.

Grijs skinął głową.

— Trzyma odległość.

Vaelen nie obejrzał się.

— Może zwiadowca.

— Jeden? — zapytała Florentina.

Vaelen nie odpowiedział.

— Sprawdzimy, kto to? — zapytała.

— Nie teraz — powiedział Vaelen. — Jedziemy.

Ruszyli dalej. Od tej chwili oglądała się częściej, niż chciała, ale sylwetka już się nie pojawiła.

***

Po południu krajobraz zaczął się zmieniać. Góry pozostawały za nimi, choć ich ciemne grzbiety nadal widniały nad drzewami. Las stawał się rzadszy, a między pniami pojawiały się szerokie połacie szarej trawy.

Florentina od rana ani razu nie spytała, jak daleko zostało do Meren. To do niej nie pasowało. Jechała ze spuszczoną głową, dłonie trzymała nisko na wodzach i co jakiś czas oglądała się w stronę gór.

Za którymś razem Eveline zrównała z nią konia.

— Wszystko w porządku?

Florentina spojrzała na nią, jakby pytanie dotarło z bardzo daleka.

— Nie.

Eveline czekała, a Florentina po chwili odwróciła wzrok.

— Zastanawiam się, czy mój ojciec jeszcze żyje.

Nie powiedziała tego ze łzami w oczach ani drżącym głosem. Właśnie dlatego Eveline przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.

— Nie wiemy, że nie żyje.

— Wiem.

Florentina zacisnęła dłonie na wodzach.

— To jest najgorsze.

Jechały jeszcze chwilę obok siebie, potem Florentina nieznacznie przyspieszyła i rozmowa się skończyła. Przed nimi Vaelen odwrócił głowę tylko na moment. Eveline była prawie pewna, że słyszał.

***

Pod wieczór klacz Florentiny zaczęła wyraźnie oszczędzać przednią nogę. Grijs zjechał z drogi i poprowadził ich do niewielkiego zagłębienia między wzgórzami, osłoniętego skałami i kilkoma sosnami.

— Z góry byłoby lepiej — powiedział. — Klacz nie wejdzie.

Nikt nie odpowiedział i ognia również nie rozpalili. Grijs zdjął siodło z klaczy Florentiny i postawił je ciężej, niż trzeba. Vaelen podszedł od razu, obejrzał jej nogę, potem podkowę.

— Do Meren powinna dojść — powiedział. — Jeśli nie będziemy jej poganiać.

— Nie będziemy — odparła Florentina.

Jedli prawie bez słowa. Chleb był już twardy na brzegach, a mięso słone. Grijs kroił kolejne porcje i rozdawał je pozostałym; kiedy odkładał nóż, palce nie od razu się rozprostowały. Potem podał Florentinie bukłak. Wypiła i przekazała go Eveline.

Vaelen siedział po drugiej stronie obozu i nie jadł. Eveline zauważyła to dopiero po chwili. Trzymał kawałek chleba w dłoni, ale go nie ugryzł. Patrzył między drzewa, w stronę drogi.

Grijs podszedł do niego. Rozmawiali cicho i Eveline nie słyszała wszystkiego.

— ...przełęczy nie powinny przekraczać — powiedział Grijs.

Vaelen odpowiedział coś zbyt cicho.

— W Beken były trzy — ciągnął Grijs. — Potem Weyden. Veld. Ani jednego zgłoszenia po tej stronie.

Florentina uniosła głowę.

— Mówiłeś, że północ jest czysta.

— Była.

— Do wczoraj?

Grijs spojrzał na nią.

— Do kiedy miałem informacje.

Eveline czekała jeszcze chwilę, aż ktoś wspomni o jeźdźcu, ale nikt tego nie zrobił. Vaelen odłożył chleb i wstał.

— Zmienimy warty — powiedział.

— Ja pierwsza — powiedziała Florentina.

— Nie — odparł Grijs.

— Grijs...

— Wasza Wysokość spała może godzinę.

— Ty również.

— Ja nie jestem potrzebny Kadenowi przytomny — powiedział Grijs.

Florentina patrzyła na niego przez kilka sekund, ale nie odpowiedziała. Vaelen sięgnął po płaszcz.

— Ja wezmę pierwszą.

Grijs spojrzał na niego.

— Wczoraj też pan czuwał.

— Wiem.

Vaelen zarzucił płaszcz na ramiona. Grijs prychnął pod nosem, ale tym razem już nie protestował. Eveline jeszcze przez chwilę śledziła Vaelena wzrokiem, lecz on ani razu nie spojrzał w jej stronę.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania