Sklep rzeczy utraconych - rozdział 26
Drzwi otworzyły się, zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć. Strateg Vermaaru wszedł do sali w zbroi. Nie była ciężka ani paradna. Ciemne, matowe płyty przylegały blisko do ciała, pozbawione niemal wszystkich zdobień poza wąskim znakiem Vermaaru na napierśniku. Na ramionach miał krótki, ciemny płaszcz spięty metalową klamrą.
Twarz zasłaniała maska.
Za nim zatrzymało się dwóch mężczyzn w długich, ciemnych płaszczach, takich samych, jakie Eveline widziała wcześniej przy bramie.
Strateg stanął w progu. Jego wzrok przesunął się po sali — Florentina, Hadren, Grijs, Eveline — a na końcu zatrzymał się na Vaelenie.
Tylko na moment.
Grijs nie dobył miecza, ale jego dłoń spoczęła na rękojeści i już z niej nie zeszła. Kciuk oparł na jelcu, a ciężar ciała przesunął nieznacznie na przednią nogę.
— Wasza Wysokość — odezwał się Strateg i skłonił głowę.
Głos zza maski był niski i równy, odrobinę stłumiony, jakby docierał z większej odległości, niż rzeczywiście stał.
Florentina nie odpowiedziała ukłonem.
— Strategu.
Hadren odsunął się od stołu o pół kroku.
— Nie przypominam sobie, żebym pana wzywał.
— Nie wzywał mnie pan.
Strateg wszedł do środka. Metal jego zbroi odezwał się cicho przy ruchu, a jeden z mężczyzn zamknął za nim drzwi niemal bez dźwięku. W sali zrobiło się odrobinę duszniej. Trzy lampy grzały powietrze, a Eveline czuła słaby zapach oleju, wosku i mokrej skóry.
— Księżniczka jest w Meren — powiedział Strateg. — Pośrednicy przestali być potrzebni.
Florentina skrzyżowała ręce.
— Jeśli przyszedł pan negocjować, proszę mówić.
— Oczywiście.
Strateg wyjął zza pasa złożony dokument i położył go na stole. Pergamin przesunął się po drewnie z suchym szelestem.
Hadren nie sięgnął po niego.
— Co to?
— Stanowisko Vermaaru. Spisane i opieczętowane.
— W sprawie Kadenu?
— Między innymi.
Florentina rozłożyła dokument. Pergamin zaszeleścił pod jej palcami, a pieczęć była jeszcze twarda, świeża. Eveline widziała jedynie kilka pierwszych linii — nazwisko, długi ciąg tytułów. Florentina czytała coraz wolniej, aż w końcu podniosła wzrok.
— „Dla zachowania ciągłości władzy”.
— Tak.
— „Do czasu przywrócenia ładu w Kadenie”.
— Tak.
— Chcecie, żebym oddała się pod waszą ochronę.
— Proponujemy ją.
Florentina wyprostowała ramiona.
— Nie potrzebuję waszej ochrony.
Strateg odwrócił głowę ku mapie.
— Kaden płonie. Nie wiadomo, czy król żyje. Część rady opuściła miasto, drogi są odcięte, a stworzenia pojawiają się coraz dalej na południu.
Przesunął dłonią po jednym z czerwonych krzyżyków. Rękawica była z czernionej skóry, z wąskimi metalowymi płytkami na palcach; jedna z nich zadrapała lekko papier.
— Powiedziałbym, że wszyscy potrzebujemy ochrony.
Florentina odłożyła dokument.
— A cena?
— Uznanie dotychczasowych porozumień między Kadenem i Vermaarem.
— Porozumień, których nie podpisałam.
— Rada je zaakceptowała.
— Ta sama rada, której ludzie uciekli z miasta razem z waszymi żołnierzami?
Strateg nie odpowiedział od razu. Rękawica skrzypnęła cicho, gdy zgiął palce.
— Nie wszyscy członkowie rady podjęli te same decyzje.
Florentina uniosła lekko brodę.
— To niezwykle wygodne rozróżnienie.
— Rzadko bywa inaczej — odparł Strateg.
Florentina przyglądała mu się przez chwilę.
— Czego jeszcze chce Vermaar?
— Żeby Wasza Wysokość pozostała w Meren do czasu przywrócenia ładu.
— Czyli mam zostać tutaj, uznać układ, którego nie zawierałam, i przestać przeszkadzać.
Strateg lekko przechylił głowę.
— Nie ująłbym tego w ten sposób.
— Ja ujęłam.
Hadren oparł obie dłonie o stół. Drewno skrzypnęło pod jego ciężarem.
— Ile mamy czasu?
Florentina odwróciła się do niego.
— Hadren.
Nie spojrzał na nią. Jego palce zacisnęły się na krawędzi blatu.
Strateg odpowiedział spokojnie:
— Trzy dni.
Hadren podniósł wzrok.
— A potem?
— Potem Vermaar uczyni to, co uzna za konieczne.
W sali zapadła cisza. Grijs nadal trzymał dłoń na rękojeści miecza, a Eveline słyszała własny oddech i ciche trzaski knotów w lampach. Hadren zacisnął szczękę.
— Mam trzy tysiące ludzi.
— Wiem.
— Mury.
— Wiem.
— Zapasy.
— Również wiem.
W głosie Stratega nie było kpiny. To czyniło te odpowiedzi jeszcze gorszymi.
— I mimo to — Hadren pochylił się nad stołem — przychodzi pan tutaj z dwoma ludźmi i stawia ultimatum.
— Nie.
Strateg przeniósł wzrok na okno.
— Przychodzę z wieścią, zanim inni przyjdą z armią.
Florentina patrzyła na niego bez słowa. Coś zaciskało się Eveline w żołądku. Strateg nie groził; mówił o wojnie tak, jak Vaelen mówił o cenie starego pierścienia — spokojnie, jakby wszystko zostało już obliczone.
Hadren spojrzał na dokument leżący na stole.
— To wszystko?
— Nie.
Strateg wyjął drugi dokument, mniejszy, opatrzony pieczęcią, i położył go obok pierwszego.
— Jest jeszcze sprawa panny Vale.
Florentina zrobiła pół kroku w stronę Eveline.
— Jaka sprawa?
— Vermaar oskarżył Eveline Vale o zabójstwo księcia.
Przez moment Eveline była pewna, że źle usłyszała. Wyprostowała się za szybko. Bok odpowiedział ostrym ukłuciem pod żebrami. Zabrakło jej tchu, ale nie pozwoliła, żeby było to widać.
— Słucham?
— Żądanie jej wydania sporządzono tej samej nocy, w której zginął książę.
Eveline uniosła głowę.
— Tej samej nocy? Zanim zdążono cokolwiek ustalić?
— Tak.
Eveline roześmiała się krótko.
Nikt poza nią.
— Mój nóż nie mógł zadać tej rany. Był pan w sali, kiedy to mówiłam.
— Byłem.
Eveline patrzyła na gładką powierzchnię maski. Światło lamp odbijało się na niej w wąskich smugach.
— Więc wie pan, że go nie zabiłam.
Strateg nawet się nie poruszył.
— Wiem.
Zapadła cisza. Palce Eveline zrobiły się nagle zimne, choć w sali było duszno od lamp. Strateg nie zaprzeczył, nie próbował się tłumaczyć ani zasłaniać niepewnością dowodów.
Po prostu wiedział.
— I mimo to mnie oskarżono.
— Tak.
Eveline zacisnęła szczękę.
— Dlaczego?
Strateg opuścił wzrok na dokument.
— Ponieważ Vermaar uznał tę sprawę za rozstrzygniętą.
— A prawda?
Strateg podniósł głowę.
— To osobna kwestia.
Florentina położyła dłoń na stole.
— Przyznał pan, że jest niewinna.
— Przyznałem, że nie zadała śmiertelnej rany.
Florentina przesunęła się bliżej stołu.
— To znaczy to samo.
Strateg zwrócił ku niej zamaskowaną twarz.
— Nie dla wszystkich.
Vaelen odezwał się pierwszy raz od kilku minut.
— Vermaar potrzebuje winnego.
Eveline spojrzała na niego. Stał nieruchomo po drugiej stronie stołu. Tylko palec wskazujący przesunął raz po krawędzi drewna i zatrzymał się.
Strateg zwrócił głowę ku Vaelenowi.
— Vermaar potrzebuje rozstrzygnięcia.
— To nie to samo.
— Zwykle bywa.
Hadren wziął dokument. Pieczęć stuknęła lekko o blat. Czytał przez chwilę, po czym odłożył pergamin.
— Jeśli mam wydać człowieka spod mojego dachu, chcę rękojmi, że stanie przed sądem.
Strateg odwrócił ku niemu maskę.
— Nie mogę jej dać.
— W takim razie jej nie wydam.
Strateg skinął głową.
— To pańska decyzja.
Hadren nie odsunął dłoni od dokumentu.
— Co się z nią stanie?
Strateg opuścił wzrok na pergamin.
— Tego żądanie nie określa.
— Vermaar chce jej żywej?
— Vermaar chce jej wydania.
Florentina podeszła bliżej Eveline. Nie dotknęła jej, ale stanęła na tyle blisko, że rękawy ich sukien niemal się zetknęły.
— Eveline jest pod moją ochroną.
Strateg zwrócił ku niej maskę.
— Wasza Wysokość ma do tego prawo. Vermaar podtrzyma żądanie.
Florentina nie cofnęła się ani o krok.
— W Meren jej nie dostaniecie.
Strateg skinął głową.
— Przyjmuję to do wiadomości.
Hadren odwrócił głowę w stronę Florentiny. Zauważyła to natychmiast.
— Czy chce pan coś powiedzieć?
Hadren milczał przez chwilę, po czym odsunął ręce od stołu.
— Chcę powiedzieć, że trzy tysiące ludzi nie zatrzyma armii Vermaaru, jeśli rzeczywiście tu przyjdzie.
Florentina zacisnęła usta.
— Więc mam przyjąć ich warunki? Wszystkie?
— Tego nie powiedziałem.
— Ale pan o tym myśli.
Hadren spojrzał jej prosto w oczy.
— Myślę o trzech tysiącach ludzi.
Florentina zamilkła.
— I o ich rodzinach — dodał. — I o mieście, które mam utrzymać.
Eveline poczuła, jak wszystkie spojrzenia w pomieszczeniu nagle stały się cięższe.
Nie patrzyli na nią.
Jeszcze nie.
Ale od tej chwili jej obecność miała cenę.
Strateg zebrał dokumenty, a rękawica zaszeleściła po pergaminie. Florentina zacisnęła dłonie.
— A jeśli odmówię?
Strateg wsunął pierwszy dokument za pas.
— Wtedy niczego więcej nie będziemy musieli udawać.
Odwrócił się w stronę drzwi. Metal zbroi odezwał się cicho przy pierwszym kroku. Nikt się nie poruszył.
W progu zatrzymał się na moment.
— Trzy dni, Wasza Wysokość.
Skłonił głowę, a potem zwrócił maskę ku Eveline. Nie powiedział nic. Po chwili odwrócił się i wyszedł.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania