Sklep rzeczy utraconych - rozdział 21
W stajniach panował półmrok. Jedna z lamp wiszących przy wejściu zgasła, druga kołysała się na haku, rzucając nierówne światło na otwarte boksy i rozrzuconą słomę. Konie szarpały się przy uwiązach, parskały i uderzały kopytami o deski. Pachniało sianem, skórą i końskim potem. Grijs wszedł pierwszy i zatrzymał się przy drzwiach prowadzących na zewnętrzny dziedziniec. Wyjrzał przez szczelinę.
— Ilu? — zapytał Vaelen.
— Na razie nikogo.
— To się zapewne zmieni.
Eveline obejrzała się przez ramię. Przez otwarte drzwi stajni widziała część dolnego dziedzińca. Wejście do kuchni nadal było puste.
— Nie mamy dużo czasu.
Vaelen spojrzał w tę samą stronę.
— Nie.
— Wie pan, czym to jest.
— Tak.
— Więc?
Zamiast odpowiedzieć, podszedł do najbliższego boksu i przeciął uwiąz.
— To nie jest bestia.
Eveline patrzyła na niego przez chwilę.
— To już trochę więcej niż „nie tutaj”.
— Proszę docenić postęp.
Z dziedzińca dobiegł głęboki trzask. Wszystkie konie zareagowały jednocześnie. Jeden stanął dęba, drugi szarpnął uwiąz tak mocno, że drewniany słupek zatrzeszczał. Eveline odwróciła się. W drzwiach kuchni pojawiła się ciemna sylwetka. Stwór wyszedł na dziedziniec. Jedna z belek nadal tkwiła między płytami jego barku, złamana mniej więcej w połowie, ale zdawał się jej nie zauważać. Poruszał się tym samym jednostajnym krokiem co wcześniej.
— Jest — powiedziała Eveline.
Grijs sięgnął po miecz, ale Vaelen powstrzymał go krótkim ruchem.
— Nie.
— Nie?
— Pański miecz nic mu nie zrobi.
Grijs spojrzał na niego.
— Skąd pan wie?
— Kapitan próbował — dopowiedziała Eveline.
Grijs przeniósł wzrok na nią, a potem schował miecz. Stwór szedł przez dziedziniec. Nie przyspieszał. Nie musiał.
— Ma słaby punkt? — zapytał Grijs.
— Oczywiście.
— Gdzie?
Vaelen spojrzał na niego.
— Gdybym wiedział, zacząłbym od tego.
Grijs zaklął pod nosem. Vaelen tymczasem przeszedł do środkowego rzędu boksów i otworzył dwa kolejne.
— Wypuśćcie konie.
Florentina spojrzała na niego.
— Co?
— Wszystkie.
— Potrzebujemy ich.
— Czterech. Reszty nie.
Grijs ruszył pierwszy. Podszedł do drugiego rzędu i zaczął zrywać zasuwy.
— Narobią zamieszania. Wyjdziemy za nimi. Otworzyć boczną bramę.
Eveline pobiegła do szerokich drzwi po drugiej stronie stajni. Zasuwa była ciężka. Szarpnęła raz, potem drugi, ale bok zapiekł ją tak mocno, że musiała oprzeć się ramieniem o drewno.
Vaelen pojawił się obok i bez słowa chwycił drugi koniec. Razem odsunęli rygiel, a ciężkie drzwi ustąpiły, otwierając wyjście na zewnętrzny dziedziniec. Za nimi rozległ się trzask. Stwór uderzył w framugę wejścia do stajni. Kamienie pękły, górna belka przesunęła się o kilka cali, a konie odpowiedziały przerażonym rżeniem.
— Teraz! — krzyknął Grijs.
Otworzył ostatni boks. Pierwszy koń wyskoczył na środek przejścia, za nim drugi, potem kolejne. Zwierzęta ruszyły ku otwartym drzwiom, wpadając na siebie i rozrzucając słomę kopytami. Stwór wszedł do stajni. Pierwszy koń przemknął obok niego. Drugi odbił gwałtownie w bok. Metalowa ręka poruszyła się, ale zwierzę zdążyło uciec. Stwór zrobił kolejny krok. Vaelen złapał Eveline za ramię. Pociągnął ją w stronę bocznych drzwi. Grijs wyprowadzał już ostatnie cztery osiodłane konie, a Florentina trzymała dwa za wodze. Zwierzęta szarpały się i próbowały wyrwać. Za ich plecami pękła przegroda jednego z boksów.
— Ruszać! — krzyknął Grijs.
Wypadli na zewnętrzny dziedziniec. Eveline wskoczyła na konia. Przy podciąganiu się na siodło ból przeszył jej bok i przez chwilę zrobiło jej się ciemno przed oczami. Przytrzymała się siodła, czekając, aż ból osłabnie.
Vaelen znalazł się obok.
— Da pani radę?
— Tak.
Przyglądał jej się przez moment. Po jego minie poznała, że jej nie uwierzył.
Ruszyli. Północny mur ciągnął się po ich lewej stronie. Na murze trwała walka. Złociste pancerze Kadenu mieszały się z ciemniejszymi sylwetkami żołnierzy Vermaaru. Nad jedną z wież wciąż powiewał sztandar księżniczki, ale dalej, przy narożnym bastionie, zielona chorągiew wisiała już nad murem.
Florentina ściągnęła wodze. Z tyłu stajni dobiegł huk. Eveline obejrzała się i zobaczyła, jak jedna ze ścian wybrzusza się na zewnątrz. Kamienie osunęły się na ziemię, a po chwili w powstałym otworze pojawiło się metalowe ramię.
— Jedźcie — powiedział Vaelen.
Tym razem nikt nie protestował. Przecięli dziedziniec galopem. Na mokrych kamieniach zalegały porzucone skrzynie, fragmenty uzbrojenia i pojedyncze ciała. Koń Eveline szarpnął gwałtownie przed leżącym człowiekiem. Ściągnęła wodze i ominęła go o kilka kroków.
Przed nimi znajdowała się północna brama. Kilkudziesięciu Kadeńczyków cofało się w jej stronę. Część broniła wejścia do wieży, inni próbowali przesunąć ciężki wóz pod jedno ze skrzydeł.
— Wasza Wysokość!
Jeden z żołnierzy oderwał się od pozostałych i wybiegł im naprzeciw. Nie miał hełmu, a złocisty pancerz był porysowany i umazany krwią. Florentina zatrzymała konia.
— Gdzie jest król?
Mężczyzna zawahał się.
— Królewskie skrzydło zostało odcięte.
Florentina pobladła.
— Kiedy?
— Ostatni posłaniec dotarł do nas może pół godziny temu.
— Od ojca?
— Tak.
Pochyliła się w siodle.
— Co powiedział?
Żołnierz spojrzał na Grijsa, jakby szukał pomocy, ale jej nie dostał.
— Rozkazano utrzymać północną bramę tak długo, jak będzie to możliwe.
Florentina czekała.
— I?
Mężczyzna spuścił wzrok.
— Jeśli wewnętrzny mur padnie, mamy wyprowadzić Waszą Wysokość z miasta.
Przez chwilę słychać było tylko walkę na murze. Florentina spojrzała w stronę zamku.
— Wiedział.
Nikt jej nie odpowiedział. Po chwili odwróciła konia, ale Grijs natychmiast chwycił za wodze i go zatrzymał.
— Puść.
— Nie.
Florentina spojrzała na niego.
— To rozkaz.
— Wiem, Wasza Wysokość.
Przez chwilę patrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Grijs.
Nie puścił wodzy.
— Nie dotrzemy do królewskiego skrzydła.
— Nie wiesz tego.
— Wiem.
— To mój ojciec.
Grijs zacisnął dłoń na wodzach.
— Wiem.
Jej głos zadrżał.
— Więc nie mów mi, żebym go zostawiła.
Grijs milczał. Vaelen podjechał bliżej.
— Pani ojciec właśnie wydał rozkaz, żeby pani stąd wyjechała.
Florentina zwróciła się do niego.
— Nie zna pan mojego ojca.
— Nie. Ale wygląda na to, że znał panią.
Zacisnęła szczękę.
— Wiedział, że będzie pani chciała wrócić — ciągnął. — Dlatego rozkaz wydał komuś innemu.
Florentina patrzyła na niego w milczeniu, dopóki z wieży bramnej nie dobiegł potężny trzask. Drzwi prowadzące na schody wygięły się do wewnątrz, a Kadeńczycy stojący przy nich cofnęli się.
— Wchodzą! — krzyknął ktoś.
Grijs puścił wodze Florentiny, dobył miecza i odwrócił się do żołnierza.
— Ile czasu potrzebujecie, żeby otworzyć bramę?
Mężczyzna spojrzał za siebie.
— Minuty. Może mniej.
— Otwierać.
Żołnierz zawahał się.
— Jeśli ją otworzymy, nie zamkniemy jej drugi raz. Mechanizm jest uszkodzony.
Grijs spojrzał na Florentinę. Tym razem nic nie powiedział. Decyzja należała do niej.
Florentina patrzyła na bramę, potem na ludzi stojących przy mechanizmie. Kilku było rannych. Jeden ledwo trzymał się na nogach. Jej wzrok powędrował ku zamkowi.
Z dolnego dziedzińca dobiegł kolejny ciężki, metaliczny huk. Stwór wyszedł zza narożnika stajni. Na otwartym dziedzińcu wydawał się jeszcze większy. Szedł w stronę północnej części murów, nie zwracając uwagi na ludzi uciekających mu z drogi.
Jeden z Kadeńczyków zatrzymał się i uniósł kuszę. Strzała uderzyła w metalowy tors i odbiła się, wirując w powietrzu. Stwór zatrzymał się i powoli odwrócił głowę w stronę kusznika. Mężczyzna cofnął się za wóz. Przez chwilę stwór patrzył w jego stronę. Potem ruszył dalej.
Florentina nie odrywała wzroku od metalowej sylwetki.
— Otworzyć.
Żołnierz skinął głową. Łańcuchy zgrzytnęły i jedno skrzydło bramy drgnęło.
Grijs odwrócił się do pozostałych.
— Kiedy będzie miejsce, jedziecie. Nie zatrzymujecie się.
Brama rozsunęła się o kilka stóp, ale Florentina nadal nie ruszała. Vaelen podjechał do niej.
— Wasza Wysokość.
— Jeszcze chwila — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od zamku.
Z wieży bramnej dobiegł krzyk. Ludzie Vermaaru wdarli się na schody, a stwór znajdował się już na środku dziedzińca. Kadeńczycy przy murze cofnęli się przed nim. Jeden nie zdążył. Metalowa ręka uderzyła go z boku i mężczyzna przeleciał kilka kroków, zanim uderzył o kamień.
Florentina zamknęła oczy. Tylko na moment. Kiedy je otworzyła, spojrzała na bramę.
— Jedziemy.
Ruszyła pierwsza. Eveline pchnęła konia za nią. Vaelen jechał tuż obok, a Grijs został kilka długości z tyłu. W chwili gdy Eveline przejeżdżała pod kamiennym łukiem, usłyszała za sobą metaliczny huk. Obejrzała się.
Stwór dotarł do wieży bramnej. Nie zatrzymał się przed drzwiami. Przeszedł przez nie.
Kamienie i drzazgi posypały się na zewnątrz. Ludzie Vermaaru po drugiej stronie rozbiegli się przed nim równie gwałtownie jak wcześniej Kadeńczycy.
Eveline zmarszczyła brwi.
— Oni też przed nim uciekają.
Vaelen spojrzał przez ramię.
— Tak.
— Ale oni go tu sprowadzili?
Nie odpowiedział.
— Lordzie Vaelen.
— Jedź.
Eveline zamilkła — nie dlatego, że kazał, tylko dlatego, że przez cały czas, odkąd go znała, mówił do niej „panno Vale”. Nawet wtedy, gdy była pewna, że robi to wyłącznie po to, żeby doprowadzić ją do szału.
Grijs przejechał przez bramę ostatni. Za nimi rozległ się róg — jeden długi sygnał, a po chwili drugi.
Droga opadała gwałtownie między skalnymi ścianami. Florentina była kilkanaście kroków przed nimi i ani razu się nie obejrzała. Eveline pochyliła się nad karkiem konia.
Jechali jeszcze kilka minut, aż mury Kadenu zniknęły między skałami, a odgłosy walki zaczęły cichnąć za ich plecami.
Dopiero wtedy Vaelen zrównał się z Eveline.
— Panno Vale.
Spojrzała na niego pytająco.
— Gdzie była pani, zanim znalazła pani księżniczkę?
Przez moment nie rozumiała pytania. Potem przypomniała sobie Luciena.
— Widziałam Luciena.
Jego twarz zmieniła się prawie niezauważalnie.
— Czekał na mnie — dodała.
— Na panią?
— Tak.
Grijs, jadący kilka kroków przed nimi, obejrzał się przez ramię.
— To może poczekać?
— Nie — odpowiedział Vaelen.
— Może — odparła Eveline i ścisnęła wodze. — Miał dziennik Tamasa Mareta.
Vaelen zamilkł. Przez kilka uderzeń kopyt nie powiedział nic.
— Jest pani pewna?
— Tak. Powiedział też, że to on podrzucił nam dokumenty dotyczące Veyr. Chciał zobaczyć, co pan zrobi.
Vaelen odwrócił wzrok ku drodze.
— Co jeszcze powiedział?
— Jego ojciec przez lata szukał Archen. Odkrył, że wysyłano stamtąd na południe złoto, chociaż Archen nie miało kopalń.
Koń Vaelena zwolnił o pół kroku. Ściągnął wodze, a jego szczęka napięła się na moment. Eveline to zauważyła.
— Lucien uważa, że go nie wydobywali — dodała. — Wytwarzali złoto.
— Co Lucien chciał od pani?
— Pana.
Vaelen milczał.
— Powiedział, że jestem sposobem, by do pana dotrzeć.
— I co pani zrobiła?
— Odmówiłam.
Jego wzrok przesunął się na nóż przy jej boku. Na ostrzu nadal widniała zaschnięta ciemna smuga.
— Widzę.
— Nie, nie widzi pan.
Przez moment jechali w milczeniu.
— Porozmawiamy o tym później — powiedział Vaelen.
Eveline spojrzała na niego.
— Oczywiście.
Tym razem w jej głosie było coś, co sprawiło, że uniósł brwi.
— Co?
— Nic.
— Panno Vale.
— Później.
Vaelen patrzył na nią przez chwilę.
— Zasłużyłem na to.
Po raz pierwszy od opuszczenia miasta Eveline niemal się uśmiechnęła.
Droga zaczęła się wspinać między niskimi sosnami. Konie oddychały ciężko, więc Grijs zwolnił. Po kilkuset krokach dotarli na skaliste wzniesienie, z którego teren opadał szerokim łukiem ku dolinie. Eveline zatrzymała konia. Kaden był stąd doskonale widoczny. Miasto leżało między zboczami, przyciśnięte do góry, która przez pokolenia miała być jego ochroną. Nad wewnętrznym murem unosił się dym, a jedna z wież płonęła. Wiatr od strony doliny przyniósł zapach dymu. Na południowym bastionie nie było już złocistego sztandaru. Zielona chorągiew Vermaaru rozwijała się na wietrze. Po chwili kolejny zielony sztandar pojawił się bliżej wewnętrznego muru, a niedługo potem trzeci. Eveline spojrzała na Grijsa. Patrzył na miasto bez mrugnięcia. Vaelen również milczał. Florentina sięgnęła pod suknię i zacisnęła dłoń na medalionie.
— Obiecałam mu — powiedziała.
— Wiem.
— Powiedziałam Doornowi, że odzyskam Kaden.
— Tak.
W oddali zabrzmiał róg. Florentina jeszcze przez chwilę patrzyła na płonącą wieżę.
— Więc odzyskam.
Odwróciła konia i ruszyła pierwsza.
Koniec części pierwszej.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania