Sklep rzeczy utraconych - rozdział 21
W stajniach panował półmrok. Jedna z lamp wiszących przy wejściu zgasła, druga kołysała się na haku. Konie szarpały się przy uwiązach i kopały w przegrody; z belek sypały się plewy. Grijs przebiegł między dwoma rzędami boksów do szerokich drzwi na zewnętrzny dziedziniec. Wyjrzał przez szczelinę. Przy samym wyjściu stały cztery konie osiodłane jak dla gońców.
— Ilu? — zapytał Vaelen.
— Na razie nikogo.
— To się zapewne zmieni.
Eveline obejrzała się przez ramię. Przez otwarte drzwi stajni widziała część dolnego dziedzińca. Wejście do kuchni nadal było puste.
— Nie mamy dużo czasu. Wie pan, czym to jest.
Vaelen podszedł do najbliższego boksu i przeciął uwiąz, pozostawiając zasuwę zamkniętą.
— To nie jest bestia.
Z dziedzińca dobiegł głęboki trzask. Wszystkie konie zareagowały jednocześnie. Jeden stanął dęba, drugi szarpnął uwiąz tak mocno, że drewniany słupek zatrzeszczał. Eveline odwróciła się. W drzwiach kuchni pojawiła się ciemna sylwetka.
Stwór wyszedł na dziedziniec. Jedna z belek nadal tkwiła między płytami jego barku, złamana mniej więcej w połowie, ale zdawał się jej nie zauważać. Poruszał się tym samym jednostajnym krokiem co wcześniej.
— Jest — powiedziała Eveline.
Grijs przesunął się przed Florentinę. Dłoń zacisnął na rękojeści miecza, ale go nie dobył.
— Zwykła stal go nie zatrzyma — powiedział Vaelen.
— Skąd pan wie?
— Kapitan próbował — odpowiedziała Eveline.
Grijs cofnął się z księżniczką ku osiodłanym koniom.
Vaelen stanął przy otwartych drzwiach. Uniósł broń i wymierzył w szczelinę pod barkiem stwora. Rozległ się suchy trzask. Smuga światła trafiła w krawędź zachodzącej na nią płyty i rozprysła się białymi iskrami. Na metalu została ciemna bruzda. Stwór nawet nie zwolnił.
Vaelen opuścił rękę.
— Za gruby pancerz. Musiałbym trafić pod osłonę.
— Jest gdzieś większa szczelina? — zapytał Grijs.
— Nie widzę.
Grijs zaklął pod nosem. Vaelen schował broń i przeciął uwiąz w następnym boksie.
— Te cztery zostają. Resztę wypuścimy, kiedy otworzymy bramę. Wyjdziemy za nimi.
Grijs ruszył wzdłuż drugiego rzędu, uwalniając konie z uwiązów. Florentina została przy osiodłanych wierzchowcach.
Eveline pobiegła do szerokich drzwi po drugiej stronie stajni. Zasuwa była ciężka. Szarpnęła dwa razy, ale bok zapiekł ją tak mocno, że musiała oprzeć się ramieniem o drewno.
Vaelen pojawił się obok i bez słowa chwycił drugi koniec. Razem odsunęli rygiel, a ciężkie drzwi ustąpiły, otwierając wyjście na zewnętrzny dziedziniec.
Za nimi rozległ się trzask. Stwór uderzył w framugę wejścia do stajni. Kamienie pękły, górna belka przesunęła się o kilka cali, a konie odpowiedziały przerażonym rżeniem.
— Teraz! — krzyknął Grijs.
Vaelen przebiegł do połowy swojego rzędu boksów. Razem z Grijsem odrzucali zasuwy, cofając się ku otwartej bramie. Pierwszy koń wyskoczył z boksu, za nim drugi, potem kolejne. Większość rzuciła się na zewnętrzny dziedziniec. Eveline przywarła do futryny, gdy przemknęły obok, rozrzucając słomę kopytami. Kilka spłoszonych zwierząt zawróciło w głąb stajni.
Stwór wszedł do środka. Jeden koń przemknął niemal pod jego ramieniem, drugi odbił gwałtownie w bok. Zwierzęta rozstępowały się przed nim w panice. Stwór szedł dalej.
Kiedy przejście opustoszało, Grijs i Florentina wyprowadzili po dwa osiodłane wierzchowce. Eveline przejęła jedne wodze, Vaelen drugie. Zwierzęta szarpały głowami, próbując ruszyć za stadem. Za ich plecami pękła przegroda.
— Ruszać! — krzyknął Grijs.
Wypadli na zewnętrzny dziedziniec. Eveline podciągnęła się na siodło. Vaelen znalazł się obok.
— Da pani radę?
— Tak.
Przyglądał jej się przez moment. Nie uwierzył.
Ruszyli. Północny mur ciągnął się po ich lewej stronie. Na blankach trwała walka. Złociste pancerze Kadenu mieszały się z ciemniejszymi sylwetkami żołnierzy Vermaaru. Nad jedną z wież wciąż powiewał złocisty sztandar Kadenu, ale dalej, przy narożnym bastionie, wisiała już zielona chorągiew.
Florentina ściągnęła wodze. Z tyłu stajni dobiegł huk. Eveline obejrzała się. Jedna ze ścian wybrzuszała się na zewnątrz. Kamienie osunęły się na ziemię, a po chwili w powstałym otworze pojawiło się metalowe ramię.
— Jedźcie — powiedział Vaelen.
Nikt nie protestował. Przecięli dziedziniec galopem. Na kamieniach zalegały porzucone skrzynie, fragmenty uzbrojenia i pojedyncze ciała. Koń Eveline szarpnął gwałtownie przed leżącym człowiekiem. Wczepiła się palcami w grzywę, a koń sam ominął go o kilka kroków i pognał za pozostałymi.
Przed nimi znajdowała się północna brama. Kilkudziesięciu Kadeńczyków cofało się w jej stronę. Część broniła wejścia do wieży, inni próbowali przesunąć ciężki wóz pod jedno ze skrzydeł.
— Wasza Wysokość!
Jeden z żołnierzy oderwał się od pozostałych i wybiegł im naprzeciw. Nie miał hełmu, a złocisty pancerz był porysowany i umazany krwią. Florentina zatrzymała konia.
— Gdzie jest król?
— Królewskie skrzydło zostało odcięte. Ostatni posłaniec od króla dotarł do nas może pół godziny temu.
Florentina pobladła. Pochyliła się w siodle.
— Co rozkazał?
Żołnierz spojrzał na Grijsa, ale Grijs milczał.
— Mamy utrzymać północną bramę tak długo, jak będzie to możliwe. — Mężczyzna spuścił wzrok. — A jeśli wewnętrzny mur padnie, wyprowadzić Waszą Wysokość z miasta.
Przez chwilę słychać było tylko walkę na murze. Florentina spojrzała w stronę zamku.
— Wiedział.
Odwróciła konia, ale Grijs natychmiast chwycił za wodze i go zatrzymał.
— Puść.
— Nie.
— To rozkaz.
— Wiem, Wasza Wysokość.
Szarpnęła wodze, lecz Grijs nie rozluźnił chwytu. Koń przestąpił w bok i stanął w poprzek drogi.
— Nie dotrzemy do królewskiego skrzydła.
— To mój ojciec.
Głos załamał jej się na ostatnim słowie. Grijs przytrzymał konia bliżej wędzidła.
Vaelen podjechał bliżej.
— Pani ojciec właśnie wydał rozkaz, żeby pani stąd wyjechała.
— Nie zna pan mojego ojca.
— Nie, ale wygląda na to, że znał panią. Wiedział, że będzie pani chciała wrócić. Dlatego rozkaz wydał komuś innemu.
Z wieży bramnej dobiegł potężny trzask. Drzwi prowadzące na schody wygięły się do wewnątrz, a Kadeńczycy stojący przy nich cofnęli się.
— Wchodzą! — krzyknął ktoś.
Grijs puścił wodze Florentiny, dobył miecza i odwrócił się do żołnierza.
— Ile czasu potrzebujecie, żeby otworzyć bramę?
— Minuty. Może mniej.
— Otwierać.
Żołnierz zawahał się.
— Jeśli ją otworzymy, nie zamkniemy jej drugi raz. Mechanizm jest uszkodzony.
Grijs spojrzał na Florentinę, ale nic nie powiedział.
Kilku ludzi przy mechanizmie było rannych. Jeden ledwo trzymał się na nogach.
Z dolnego dziedzińca dobiegł kolejny ciężki, metaliczny huk. Stwór wyszedł zza narożnika stajni. Na otwartym dziedzińcu wydawał się jeszcze większy. Szedł w stronę północnej części murów, nie zwracając uwagi na ludzi uciekających mu z drogi.
Jeden z Kadeńczyków zatrzymał się i uniósł kuszę. Bełt uderzył w metalowy tors i odbił się, wirując w powietrzu. Stwór obrócił głowę ku kusznikowi. Mężczyzna schował się za wozem. Metalowa sylwetka ruszyła dalej.
Florentina patrzyła, jak idzie przez dziedziniec.
— Otworzyć.
Żołnierz szarpnął dźwignię. Łańcuchy zgrzytnęły i jedno skrzydło bramy drgnęło. Grijs odwrócił się do pozostałych.
— Kiedy będzie miejsce, jedziecie. Nie zatrzymujecie się.
Brama rozsunęła się o kilka stóp, ale Florentina nadal nie ruszała. Vaelen podjechał do niej.
— Wasza Wysokość.
— Jeszcze chwila — odpowiedziała, nie odrywając wzroku od zamku.
Z wieży bramnej dobiegł krzyk. Ludzie Vermaaru wdarli się na schody, a stwór znajdował się już na środku dziedzińca. Kadeńczycy przy murze cofnęli się przed nim. Jeden nie zdążył. Metalowa ręka uderzyła go z boku i mężczyzna przeleciał kilka kroków, zanim uderzył o kamień.
Florentina zamknęła oczy. Tylko na moment. Kiedy je otworzyła, spojrzała na bramę.
— Jedziemy.
Ruszyła pierwsza. Eveline pchnęła konia za nią. Vaelen jechał tuż obok, a Grijs został kilka długości z tyłu. W chwili gdy Eveline przejeżdżała pod kamiennym łukiem, usłyszała za sobą metaliczny huk. Obejrzała się.
Przy wieży bramnej ludzie Vermaaru rzucili się w bok. Przez rozbite drzwi wysunął się metalowy bark, za nim reszta korpusu. Kamienie i drzazgi posypały się za uciekającymi żołnierzami.
— Oni też przed nim uciekają — powiedziała Eveline.
Vaelen spojrzał przez ramię.
— Tak.
— Ale oni go tu sprowadzili?
Nie odpowiedział.
— Lordzie Vaelen.
— Jedź.
Eveline zamilkła. Do tej pory zawsze mówił do niej „panno Vale”.
Grijs przejechał przez bramę ostatni. Za nimi rozległ się róg — jeden długi sygnał, a po chwili drugi.
Droga opadała gwałtownie między skalnymi ścianami. Florentina była kilkanaście kroków przed nimi i ani razu się nie obejrzała. Eveline pochyliła się nad karkiem konia.
Jechali jeszcze kilka minut, aż mury Kadenu zniknęły między skałami, a odgłosy walki zaczęły cichnąć za ich plecami.
Dopiero wtedy Vaelen zrównał się z Eveline.
— Panno Vale. Gdzie była pani, zanim znalazła pani księżniczkę?
— Widziałam Luciena. Czekał na mnie. Miał dziennik Tamasa Mareta.
Twarz Vaelena zmieniła się prawie niezauważalnie.
— Jest pani pewna?
— Tak. Powiedział też, że to on podrzucił nam dokumenty dotyczące Veyr. Chciał zobaczyć, co pan zrobi.
Vaelen przez chwilę milczał.
— Co jeszcze?
— Jego ojciec przez lata szukał Archen. Odkrył, że wysyłano stamtąd na południe złoto, chociaż Archen nie miało kopalń. Lucien uważa, że go nie wydobywali. Wytwarzali złoto.
Vaelen ściągnął wodze i jego koń zwolnił o pół kroku. Szczęka napięła mu się na moment.
— Czego chciał od pani?
— Pana. Powiedział, że jestem sposobem, żeby do pana dotrzeć.
— Co pani zrobiła?
— Odmówiłam.
Jego wzrok przesunął się na nóż przy jej boku. Na ostrzu nadal widniała zaschnięta ciemna smuga.
— Widzę.
— Nie. Nie widzi pan.
Przez kilka uderzeń kopyt jechali w milczeniu.
— Porozmawiamy o tym później — powiedział Vaelen.
— Oczywiście.
Vaelen uniósł brwi.
— Co?
— Nic.
— Panno Vale.
Eveline spojrzała przed siebie.
— Później.
— Zasłużyłem na to.
Po raz pierwszy tej nocy Eveline niemal się uśmiechnęła.
Droga zaczęła się wspinać między niskimi sosnami. Konie oddychały ciężko, więc Grijs zwolnił. Po kilkuset krokach dotarli na skaliste wzniesienie, z którego teren opadał szerokim łukiem ku dolinie.
Eveline zatrzymała konia.
Kaden był stąd doskonale widoczny. Miasto leżało między zboczami, przyciśnięte do góry, która przez pokolenia miała być jego ochroną. Nad wewnętrznym murem unosił się dym, a jedna z wież płonęła. Wiatr od strony doliny przyniósł zapach spalenizny.
Na północnym bastionie nie było już złocistego sztandaru. Zielona chorągiew Vermaaru rozwijała się na wietrze. Po chwili kolejny zielony sztandar pojawił się bliżej wewnętrznego muru, a niedługo potem trzeci.
Grijs patrzył na miasto bez mrugnięcia. Florentina sięgnęła pod suknię i zacisnęła dłoń na medalionie.
— Obiecałam mu — powiedziała.
— Wiem — odpowiedział Grijs.
— Powiedziałam Doornowi, że odzyskam Kaden.
W oddali zabrzmiał róg. Florentina jeszcze przez chwilę patrzyła na płonącą wieżę.
— Więc odzyskam.
Eveline ścisnęła wodze i ruszyła za pozostałymi.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania