Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 27

Eveline wyszła z sali kilka minut po Strategu.

Nie czekała, aż Hadren zacznie mówić o murach, zapasach i liczbie ludzi, których można postawić na bramach. Florentina została z nim, Vaelen również. Grijs zniknął gdzieś po drodze, zanim Eveline zdążyła zauważyć kiedy.

Potrzebowała powietrza.

Na korytarzu było chłodniej. Kamień pod stopami oddawał wilgoć, a z dziedzińca wpadał zapach mokrej ziemi i dymu. Eveline przystanęła przy jednym z wąskich okien i odetchnęła głębiej.

Dwa dni. Vermaar chce jej wydania. Żądanie nie określa, co stanie się później.

Zamknęła oczy. Nie chciała teraz o tym myśleć.

Na dziedzińcu ktoś prowadził dwa konie w stronę stajni. Jeden z nich lekko utykał na prawą przednią nogę. Eveline przypomniała sobie, że ich własne konie również trzeba obejrzeć. Klacz Florentiny ledwie dotarła do Meren, a po ostatnich dniach drogi nawet koń Grijsa wyglądał tak, jakby miał własne zdanie na temat dalszej podróży.

To wystarczyło za powód.

Stajnie znajdowały się przy wschodnim murze, za niskim budynkiem straży. Były większe, niż się spodziewała. Dwa rzędy boksów ciągnęły się po obu stronach szerokiego przejścia, a pod belkami stropu wisiały pęki uprzęży, derki i worki z owsem. Pachniało sianem, końskim potem i świeżo rozgrzebanym błotem.

Przy dalszym końcu stajni ktoś cicho przeklinał. Eveline rozpoznała jednego z ludzi Hadrena. Stał przy ich koniach z wiadrem wody.

— Jak klacz księżniczki? — zapytała.

Mężczyzna podniósł głowę.

— Nic złamanego. Ale jutro bym jej nie siodłał.

— A pojutrze?

Wzruszył ramionami.

— Jeśli odpocznie.

— A reszta?

— Zmęczone. Ale pójdą.

Klacz Florentiny stała z opuszczoną głową, z lekko odciążoną przednią nogą. Kiedy Eveline przesunęła dłonią po jej szyi, zwierzę drgnęło, ale się nie odsunęło.

— Dostała coś?

— Owies, wodę i maść na nogę.

— Dobrze.

— Pani też powinna odpocząć.

Eveline uniosła brew.

— To zaczyna być bardzo popularna opinia.

Nie odpowiedział, a ona poszła dalej.

W stajni stało więcej koni, niż widziała na dziedzińcu. Część należała do ludzi Hadrena, część do przyjezdnych. Przy kilku boksach wisiały skórzane tabliczki z oznaczeniami domów i oddziałów. Dwa konie miały przy uzdach wąskie paski ciemnego materiału, w tym samym kolorze co płaszcze ludzi, których widzieli przy bramie.

Eveline zwolniła. Pierwszy był gniady, wysoki, z jasną plamą nad nozdrzami. Drugi ciemniejszy, niemal czarny, z wytartym siodłem przewieszonym przez drzwi boksu. Nic szczególnego. Przeszłaby dalej, gdyby ciemny koń nie przestąpił z nogi na nogę.

Metal stuknął o kamień nierówno — raz ostro, raz głucho.

To ją zatrzymało.

Przez cztery lata za ladą nauczyła się słuchać rzeczy. Pęknięta porcelana brzmiała inaczej niż cała, a dobrze osadzony zamek inaczej niż poprawiany. Ta podkowa brzmiała jak coś, co ktoś kiedyś naprawiał.

Podeszła bliżej. Zwierzę cofnęło uszy, kiedy wyciągnęła rękę, ale po chwili pozwoliło dotknąć szyi. Eveline położyła dłoń na łopatce i ostrożnie przykucnęła. Bok zaprotestował natychmiast.

— Wspaniale — syknęła przez zęby.

Koń przesunął ciężar.

— Spokojnie.

Przesunęła dłoń w dół nogi i uniosła kopyto. Podkowa była mocno zużyta, na pierwszy rzut oka zwyczajna. Gwoździe po jednej stronie siedziały równo, z wyjątkiem trzeciego. Ten był wbity pod kątem, głębiej niż pozostałe, a jego łeb wystawał ostrą krawędzią poza obrys podkowy. Obok biegło cienkie pęknięcie, zgrzane i ciemniejsze od reszty metalu.

Eveline przesunęła opuszkiem po chropowatym zgrzewie i znieruchomiała.

Przypomniała sobie nie stajnię, tylko las. Miękką ziemię między pierwszymi drzewami, zdarty mech, sznur przy drzewie i bruzdę przy pniu. Odcisk kopyta, którego trzy brzegi były gładkie, a czwarty miał małe, ostre zagłębienie.

Gwóźdź. Nie taki jak pozostałe.

Opuściła kopyto i pochyliła się jeszcze raz.

Trzeci gwóźdź. Ostra krawędź dokładnie tam, gdzie mogła zostawić tamto zagłębienie.

Mogła się mylić. Powinna się mylić.

Wstała za szybko i złapała się drzwi boksu, kiedy ból przeciął jej bok.

— Co pani robi?

Grijs stał kilka kroków dalej. Nie usłyszała, kiedy wszedł. Włosy przy skroniach miał jeszcze wilgotne, jakby przed chwilą obmył twarz. Płaszcz zostawił gdzieś po drodze, ale miecz nadal wisiał przy boku.

Eveline wskazała konia.

— Proszę tu podejść.

Grijs podszedł bliżej.

— Co się stało?

— Niech pan spojrzy na podkowę. Prawą przednią.

Przykucnął i uniósł kopyto.

— Gwóźdź wymieniany — powiedział. — Podkowa pękła i ktoś ją naprawiał. Potem przybił z powrotem.

— Widział pan już ten ślad.

Grijs nie odpowiedział. Jego twarz się nie zmieniła i to było gorsze niż zdziwienie.

— W lesie — dodała Eveline. — Przy drzewie, gdzie znaleźliśmy sznur. Trzy brzegi gładkie, czwarty z ostrym zagłębieniem. Mówiłam, że jeśli zobaczymy ten ślad jeszcze raz, będziemy wiedzieć, że to ten sam koń.

Grijs przesunął kciukiem po łbie gwoździa, potem po zgrzanym pęknięciu.

— Krawędź łba wystaje poza obrys. Dlatego zostawiła zagłębienie przy brzegu.

— Jest pan pewien?

Opuścił nogę konia i wstał.

— Tak. Widziałem ten ślad.

Ciemny koń skubał siano, zupełnie obojętny na to, co właśnie zrobił z całym porządkiem rzeczy.

— Czyj jest? — zapytała Eveline.

Grijs spojrzał na pasek przy uzdzie. Był na nim niewielki znak: nie herb Vermaaru, tylko trzy cienkie linie przecięte jedną poprzeczną. Eveline widziała go już wcześniej, ale nie potrafiła sobie przypomnieć gdzie.

— Ludzie rady. Jeden z ich oddziałów.

Z dalszej części stajni dobiegł stuk wiadra. Ktoś przeszedł między boksami, prowadząc siwego konia, a siano zaszeleściło pod butami. Wszystko było zwyczajne, a jednak Eveline poczuła nagłą potrzebę, żeby obejrzeć się za siebie.

— Kiedy przyjechał?

— Dziś rano. Byłem tu, kiedy go wprowadzali. Jeździec był sam. Poszedł prosto do ludzi rady.

Eveline przypomniała sobie samotnego jeźdźca na wzgórzu za nimi. Stanął na samej górze, chociaż mógł zejść niżej i zostać niewidoczny. Nie dogonił ich ani razu.

— Wyprzedził nas — powiedziała cicho. — Kiedy klacz zwolniła.

— Na to wygląda.

— Czterech ludzi rady wyjechało z Meren, zanim wjechaliśmy. A koń został. Jego jeździec nadal jest w mieście.

Grijs spojrzał w stronę wyjścia ze stajni.

— Mógł być jednym z ludzi Stratega.

Eveline przypomniała sobie dwóch mężczyzn w długich płaszczach. Jeden z nich zamknął drzwi niemal bez dźwięku. Nie przyjrzała się żadnemu. Patrzyła na maskę.

W lesie mieli tylko sznur, ślad i bestię. Teraz koń, który zostawił tamten odcisk, stał przed nią w Meren, z paskiem rady przy uzdzie.

— To jeszcze nie dowodzi, kto na nim wtedy siedział — powiedział Grijs. — Koń mógł zmienić jeźdźca.

Eveline jeszcze raz spojrzała na kopyto.

— Chcę wiedzieć, kto na nim przyjechał.

Grijs zerknął w stronę stajennego.

— Ciszej. Jeśli ktoś usłyszy, o co pani pyta, jutro tego konia tu nie będzie.

— Więc co robimy?

— Pani wraca do środka. Ja się dowiem, do kogo należy.

Eveline cofnęła rękę od drzwi boksu.

— Powiemy lordowi Vaelenowi?

— Tak.

Odpowiedział zbyt szybko. Eveline zmarszczyła brwi, ale Grijs już odwrócił się do stajennego.

Przy wyjściu obejrzała się jeszcze raz. Grijs stał przy boksach, ale nie patrzył już na konia. Rozmawiał ze stajennym o uprzęży, jakby nic się nie wydarzyło. Eveline wyszła na dziedziniec. Powietrze było chłodne. Nad murami Meren wisiały ciężkie, niskie chmury, a gdzieś po drugiej stronie miasta uderzył dzwon — raz, potem drugi.

Zatrzymała się pod kamiennym łukiem.

Strateg powiedział, że Vermaar dopiero przyjdzie z armią.

Ale koń człowieka, który mógł stać za Strategiem przy drzwiach, był tu już rano.

A wcześniej w lesie. Przy bestii.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania