Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 22

Zatrzymali się dopiero wtedy, gdy koń Florentiny potknął się po raz drugi. Świtało. Mgła leżała w dolinie tak gęsto, że drzewa po obu stronach drogi wyglądały jak cienie ustawione jeden za drugim. Grijs pojechał przodem i wrócił po kilku minutach.

— Nad strumieniem stoi stara strażnica. Pusta.

Nikt nie zaprotestował, więc ruszyli za nim. Strażnica okazała się niewiele więcej niż czterema kamiennymi ścianami i połową dachu. Druga połowa zapadła się dawno temu, a przez dziurę w belkach wpadała szara, wilgotna poświata. Palenisko w kącie było zimne od lat. Pachniało mokrym kamieniem i mchem.

Eveline zsunęła się z siodła. Ziemia uciekła jej spod stóp, więc przytrzymała się siodła i odczekała, aż ból w boku z ostrego zrobi się tylko tępy. Kiedy podniosła głowę, Vaelen patrzył na nią znad grzbietu swojego konia, ale nie odezwał się.

Grijs zdjął torby z siodła i zajrzał do jednej z nich.

— Chleb. Suszone mięso. Dwa bukłaki. — Wyciągnął zwinięty kawałek skóry i obrócił go w dłoniach. — Mapa. Mieliśmy szczęście.

Eveline przesunęła wzrokiem po torbach i koniach. Przez moment nic nie mówiła.

Florentina wzięła od Grijsa mapę, ale jej nie rozwinęła. Usiadła pod ścianą, z dala od pozostałych, i położyła ją sobie na kolanach. Vaelen tymczasem przykucnął przy palenisku i odgarnął stary popiół.

— Bez ognia — powiedział Grijs.

— Mgła ukryje dym — odpowiedział Vaelen.

— Nie ukryje zapachu. Jeśli ktoś jedzie naszym śladem, poczuje go z pół mili.

Vaelen spojrzał na niego, a potem wstał i otrzepał dłonie.

— Ma pan rację.

Grijs zatrzymał na nim wzrok o sekundę dłużej, po czym wziął miecz i wyszedł przed strażnicę.

***

Było zimno. Eveline usiadła na przewróconym kamieniu przy wejściu i owinęła się płaszczem. Wciąż pachniał drewnem i skórą i nikt się o niego nie upomniał. Dopiero teraz, kiedy nie musiała już biec, poczuła, jak bardzo drżą jej ręce. Wsunęła dłonie pod pachy, próbując powstrzymać drżenie, gdy Vaelen podszedł z bukłakiem i pasem płótna oddartym z własnej koszuli.

— Proszę pokazać.

— Nic mi nie jest.

— Powiedziała pani to samo na dziedzińcu. Wtedy też nie uwierzyłem.

Eveline popatrzyła na płótno w jego dłoni, potem na niego.

— Nie wiedziałam, że umie pan opatrywać rany.

Vaelen nie podniósł wzroku znad płótna.

— Umiem wiele rzeczy, o których pani nie wie.

Eveline zerknęła w głąb strażnicy. Florentina siedziała pod ścianą z głową opartą o kamień i zamkniętymi oczami. Dopiero wtedy odsunęła płaszcz i podciągnęła sukienkę z jednej strony, odsłaniając bok. Zrobiła to szybko, jakby chciała mieć ten moment jak najprędzej za sobą, i odwróciła wzrok.

Vaelen przykucnął przed nią. Kiedy odsunęła materiał nieco wyżej, syknęła przez zęby. Poniżej żeber rozlewał się ciemny siniak, a w miejscu, gdzie podczas ucieczki musiała uderzyć o kamień, skóra była otarta do krwi. Vaelen polał otarcie wodą z bukłaka. Zrobił to ostrożnie, ale Eveline i tak zacisnęła palce na krawędzi kamienia. Potem przesunął palcami wzdłuż jej boku, sprawdzając kolejno żebra.

— Tutaj?

— Trochę niżej.

Nacisnął delikatnie. Eveline drgnęła.

— Proszę wziąć głęboki oddech.

Spojrzała na niego, jakby chciała zaprotestować.

— Chcę sprawdzić, czy nie zrobiła pani sobie czegoś z żebrami.

Wciągnęła powietrze. Ból odezwał się natychmiast, ale pozostał tępy. Dłoń Vaelena nie drgnęła. Czuła ją przy każdym oddechu, tak samo wyraźnie jak ból. Obserwował jej twarz.

— Jeszcze raz.

— To nie jest szczególnie przyjemne.

— Zauważyłem.

Wzięła drugi oddech. Tym razem wolniej. Jego dłoń uniosła się razem z jej żebrami i opadła, kiedy wypuściła powietrze.

— Najpewniej mocno stłuczone. Nie czuję niczego, co sugerowałoby złamanie.

Cofnął rękę. Skóra w miejscu, gdzie ją trzymał, jeszcze przez chwilę pamiętała jego dotyk.

Przyłożył płótno do otarcia i umocował je tak, żeby nie uciskało żeber. Jego dłonie były chłodne i pewne, a Eveline patrzyła na mgłę, żeby nie patrzeć na niego. Poprawił supeł, choć trzymał dobrze.

— Jest już „później” — powiedziała.

Ręce Vaelena zatrzymały się na płótnie. Dopiero po chwili dokończył węzeł i usiadł obok niej na kamieniu.

— To, co widziała pani w zamku, nie urodziło się. Ktoś to stworzył.

— Stworzył?

— Zbudował, jeśli woli pani to słowo.

— Jak zegar?

Vaelen oparł przedramiona na kolanach.

— Albo kuszę.

Eveline przez chwilę obracała w palcach brzeg sukienki.

— Wie pan o tym więcej, niż mi pan mówi.

— Tak.

Podniosła na niego wzrok.

— Więc niech pan powie chociaż tyle, ile może.

Vaelen spojrzał w stronę doliny.

— Widziałem już coś podobnego. Dawno temu, daleko stąd.

— I nadal nie chce mi pan powiedzieć gdzie.

— Nie mogę. Nie teraz.

— Czyli znowu „później”.

— Tym razem próbuję przynajmniej pani nie okłamać.

— A mógłby pan?

— Mógłbym.

— Ale pan tego nie robi.

Spojrzał na nią.

— Nie panią.

Przez moment nie odpowiedziała. Palce, którymi trzymała się kamienia, zacisnęły się mocniej.

— Niech pani coś zje — powiedział i odwrócił się w stronę koni, zanim zdążyła odpowiedzieć.

— Lordzie Vaelen…

Zatrzymał się.

— Zgodzę się na „później” — powiedziała Eveline. — Ostatni raz.

Patrzył na nią dłużej, niż wymagała tego odpowiedź.

— Uczciwie.

Po chwili odszedł. Eveline siedziała jeszcze przez moment, z ręką na świeżym opatrunku.

***

Grijs siedział na zwalonym pniu kilkanaście kroków od strażnicy, z mieczem na kolanach. Przecierał ostrze kawałkiem płótna, powoli i dokładnie, raz za razem przesuwając materiał po tej samej stronie klingi.

Eveline przyniosła mu kawałek chleba. Wziął go bez słowa, ale nie zaczął jeść. Położył go obok siebie na pniu. Przez chwilę oboje patrzyli na mgłę.

— Jak zginął? — zapytał w końcu Grijs.

Eveline nie odpowiedziała od razu.

— Stanął stworowi na drodze. Próbował walczyć.

— I?

Eveline spuściła wzrok.

— Stwór przebił go na wylot.

Grijs długo się nie poruszał. Potem przesunął płótnem po ostrzu, choć było już czyste.

— Sześć lat służyłem pod nim.

Nic więcej nie dodał, a Eveline o nic więcej nie pytała. Po chwili jego wzrok przesunął się na jej pas i zatrzymał na nożu.

— To nie od stwora.

Eveline zesztywniała.

— Nie.

Grijs patrzył na ostrze jeszcze przez moment.

— Bram też nie zginął od stwora.

Gdzieś w mgle zawołał ptak, raz, drugi, potem umilkł.

Grijs wrócił do czyszczenia miecza. Eveline stała jeszcze przez chwilę, zanim zrozumiała, że rozmowa jest skończona.

Kiedy odchodziła, usłyszała za sobą szelest. Obejrzała się. Grijs sięgnął po chleb.

***

Florentina nie spała. Siedziała pod tą samą ścianą, z mapą rozłożoną na kolanach i medalionem wyjętym spod sukienki. Trzymała go w zamkniętej dłoni, a kciukiem przesuwała po krawędzi tam i z powrotem. Ramiona miała opuszczone, a kiedy wygładziła róg mapy, zrobiła to powoli, jakby nawet ten niewielki ruch wymagał wysiłku.

Eveline usiadła obok niej. Przez chwilę żadna się nie odzywała.

— Powinna pani odpocząć, Wasza Wysokość.

— Próbowałam. — Florentina nie podniosła wzroku. — Za każdym razem, kiedy zamykam oczy, widzę bramę. I tego człowieka, którego uderzył.

Eveline nie wiedziała, co na to odpowiedzieć, więc nie powiedziała nic.

— Mogłam kazać ją otworzyć wcześniej — dodała Florentina. — Zanim stwór znalazł się na dziedzińcu. Ten człowiek by żył.

— A gdyby pani kazała ją otworzyć wcześniej, ludzie Vermaaru weszliby wcześniej.

Florentina spojrzała na nią po raz pierwszy.

— Nie próbuj mnie pocieszać.

— Nie próbuję. Mówię, jak było.

Księżniczka przyglądała się jej przez dłuższą chwilę. Potem spuściła wzrok na mapę.

— Doorn mówił tak samo — powiedziała cicho. — Nigdy mnie nie pocieszał. Mówił, jak było.

Eveline dostrzegła na mapie ślad paznokcia biegnący od Kadenu do miejsca oznaczonego małą wieżą. Florentina musiała przesuwać po nim palcem wiele razy.

Niżej, na południe od przełęczy, leżała cienka kreska drogi, którą przyjechali. Za nią, już poza krawędzią mapy, było jej miasto, sklep, szuflada z kopertą i Celia.

Między jednym a drugim stał mur, którego nie dało się objechać.

***

Wczesnym popołudniem Grijs wrócił ze zwiadu. Na drodze nie było nikogo, przynajmniej na razie, ale raz, od strony przełęczy, doleciał go głos rogu. Vaelen wysłuchał tego bez słowa i wrócił do koni.

Klacz Florentiny stała z opuszczonym łbem. Kiedy Vaelen uniósł jej przednią nogę, zwierzę szarpnęło ją niemal od razu. Noga była lekko spuchnięta. Na tylnej podkowa trzymała się już tylko na kilku gwoździach. Vaelen przesunął po niej kciukiem, ale nic nie powiedział.

Eveline drzemała pod ścianą, lecz obudziła się, kiedy Florentina wstała. Księżniczka rozwinęła mapę na płaskim kamieniu.

— Jedziemy do Meren.

Grijs skinął głową, jakby właśnie na to czekał.

— To pierwsze miejsce, w którym będą pani szukać — powiedział Vaelen, prostując się znad kopyta.

— Wiem.

— W takim razie tym bardziej nie powinna pani tam jechać.

Florentina spojrzała na niego.

— Lord Hadren ma trzy tysiące ludzi. Mury. Zapasy. I przysięgał wierność mojemu ojcu.

— Przysięgi mają tę wadę, że składają je ludzie.

Grijs podniósł wzrok.

— Hadren nie otworzy bram Vermaarowi.

Vaelen spojrzał na niego, ale nic nie odpowiedział.

— Jeżeli Kaden rzeczywiście upadł, muszę wiedzieć, co zostało — powiedziała Florentina. — Kto nadal jest po naszej stronie. Gdzie są wojska mojego ojca. Nie odzyskam miasta, uciekając od każdej twierdzy, do której Vermaar może dotrzeć przede mną.

— O ile Hadren nadal jest po pani stronie.

— Jest — powiedział Grijs.

Vaelen nic nie odpowiedział.

— Torby — odezwała się Eveline.

Wszyscy spojrzeli na nią.

— Cztery. Osiodłane konie i przy każdym to samo. Chleb, mięso, woda. I mapa.

Grijs otworzył usta i nic nie powiedział.

— Gońcy jeżdżą pojedynczo — dodała. — I nie wożą map własnego kraju.

Florentina powoli położyła dłoń na rogu mapy.

— Ktoś je przygotował — powiedział Vaelen.

— Przed atakiem — dodała Eveline.

Wiatr przeszedł po trawie za strażnicą. Jeden z koni przestąpił z nogi na nogę.

— Kto miał do nich dostęp? — zapytał Vaelen.

Florentina nie odpowiedziała.

— Jeśli ktoś wiedział, że te konie będą potrzebne — powiedziała Eveline — to wiedział też, że coś się w Kadenie wydarzy.

— Albo się tego spodziewał — powiedział Grijs.

— Wystarczająco mocno, żeby zostawić cztery osiodłane konie z zapasami.

Florentina przeniosła wzrok na Vaelena.

— I dlatego mam nie jechać do Meren?

Vaelen spojrzał na konie.

— Nie.

Przesunął dłonią po szyi najbliższej klaczy.

— Dlatego nie możemy po prostu podjechać pod bramę i liczyć na to, że wszystko będzie tak, jak pani pamięta.

Grijs wyprostował się.

— Co pan proponuje?

— Zatrzymamy się przed miastem. Najpierw sprawdzimy drogi, ludzi przy bramach i chorągwie na murach.

— A potem? — zapytała Florentina.

— Jeśli nic nie wzbudzi podejrzeń, wejdziemy.

Księżniczka przyglądała mu się przez chwilę.

— Zmienił pan zdanie.

— Nie.

Vaelen ponownie spojrzał na klacz Florentiny.

— Nadal uważam, że Meren to ryzyko. I nadal wolałbym je ominąć.

— Ale?

Grijs zerknął w stronę toreb.

— Mamy jedzenia najwyżej na cztery dni.

— I żadnego zapasowego konia — dodał Vaelen.

Eveline spojrzała na klacz Florentiny. Potem na swoją.

— Na tych nie dojedziemy do Veyr.

Vaelen pokręcił głową.

— Nie.

Florentina powoli zwinęła mapę.

— W takim razie jedziemy do Meren.

Vaelen przez chwilę nic nie mówił.

— Nie podoba mi się to — powiedział w końcu. — Ale nie mamy lepszego wyjścia.

Grijs wstał pierwszy i ruszył w stronę koni.

Vaelen jeszcze przez chwilę patrzył na drogę. Mgła zeszła już z doliny i było ją widać aż po zakręt.

***

Obudził ją chłód. Przez dziurę w dachu widać było gwiazdy. Mgła zniknęła zupełnie, a księżyc rzucał na kamienną podłogę blady prostokąt światła. Florentina spała wreszcie, zwinięta pod płaszczem Grijsa. Sam Grijs siedział przy wejściu z głową opartą o futrynę, ale Eveline nie była pewna, czy śpi.

Miejsce Vaelena było puste. Wstała ostrożnie, przytrzymując się ściany, i wyszła na zewnątrz. Trawa była mokra i zimna, a wilgoć od razu przesiąkła przez cienkie podeszwy. Konie stały spokojnie przy drzewach. Strumień szumiał w dole, za kępą olch. Zobaczyła go dopiero po chwili. Stał nad wodą, plecami do strażnicy, z pochyloną głową. W dłoni trzymał ciemny przedmiot.

Wzdłuż jego krawędzi biegła cienka linia światła. Nie świeciła jednak tak jak na dziedzińcu, jednym ostrym błyskiem. Pulsowała. Rozjaśniała się i przygasała, rozjaśniała i przygasała, nierówno, w rytmie, który nie przypominał niczego, co Eveline znała.

Vaelen coś mówił, cicho, prawie szeptem. Nie rozumiała słów. Nie była nawet pewna, czy to były słowa. Światło zamrugało trzy razy i zgasło. Vaelen stał jeszcze przez chwilę bez ruchu. Potem, nie odwracając się, powiedział:

— Proszę spać, panno Vale.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania