Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 29

Na korytarzu było chłodniej niż w sali. Kamienne ściany trzymały wilgoć, a światło lamp nikło kilka kroków dalej. Z dziedzińca dobiegał gwar: stuk podków, krótki rozkaz i trzask zamykanej bramy.

Eveline skręciła ku schodom.

— Dokąd idziemy? — zapytał Vaelen.

— Tam, gdzie będziemy sami.

Postawiła stopę na krawędzi stopnia. Kamień był nierówny; zachwiała się i Vaelen chwycił ją za rękę, drugą dłonią przytrzymując jej przedramię.

— Proszę uważać.

— Zauważyłam.

— Odrobinę za późno.

Powinna była cofnąć rękę. Nie zrobiła tego. Przez sekundę czuła tylko chłód jego palców na swojej skórze i uścisk znacznie delikatniejszy, niż się spodziewała. Vaelen również jej nie puścił. W końcu wysunęła dłoń i ruszyła dalej.

Na półpiętrze zatrzymała się przy wysokim oknie wychodzącym na dziedziniec.

— Powiedziałam, że to ostatni raz.

— Pamiętam.

— Więc tym razem pan mówi. Jeżeli mam dalej z panem jechać, chcę wiedzieć, dokąd zmierzamy i czego pan tam szuka. Nie zamierzam kolejny raz odkrywać najważniejszych rzeczy przypadkiem.

Vaelen stanął obok i oparł dłoń o parapet.

— Veyr nie było zwykłym punktem przeładunkowym. Tak wyglądało w oficjalnych dokumentach, ale liczby się nie zgadzały. Wartość tego, co stamtąd wywożono, znacznie przewyższała wartość towarów, które tam trafiały. Początkowo chodziło przede wszystkim o złoto. Później o coś znacznie cenniejszego.

— Wiedzę.

— Tak. Archen nauczyło się zmieniać strukturę materii. Przekształcać jeden metal w drugi, nadawać kamieniom właściwości, których wcześniej nie miały. W Veyr próbowano zrozumieć te procesy i nauczyć się nad nimi panować. Ale nie tylko nimi.

Eveline czekała.

— Eksperymentowali ze świadomością. Sprawdzali, czy można na nią wpływać. Zmieniać wspomnienia. To, jak człowiek widzi świat.

Wspomnienia. Palce Eveline powędrowały do grzywki. Zimno. Ciemność. Ktoś pochylający się nad nią, a potem czyjeś ramiona unoszące ją z ziemi.

Przed tym nie było nic.

Opuściła rękę.

— I potrafili?

— Nie wiem, jak daleko zaszli. Wiem natomiast, czego używali. Archen miało własny Ader.

Przed oczami Eveline stanęły podziemia Kadenu. Światło uwięzione wewnątrz skały. Florentina z medalionem w dłoni.

— Drugi Ader.

— Coś podobnego. Nie jestem nawet pewien, czy „miejsce” jest właściwym określeniem. Ale zjawisko było to samo albo wystarczająco do niego zbliżone.

— A medalion reaguje na oba.

— Tak.

— Dlaczego?

— Tego nie wiem.

Odpowiedział bez wahania. Właśnie dlatego mu nie uwierzyła.

Nie naciskała. Pomyślała o stworzeniu spod Veld, o płaskich, startych zębach i kłach, które zupełnie do nich nie pasowały. Potem o Doornie na kolanach i ostrzu wysuwającym się z metalowego przedramienia.

— Bestie.

Vaelen skinął głową.

— Ktoś wykorzystuje dziś wiedzę z Archen. To oznacza, że nie zginęła wraz z miastem. Ktoś ją zachował, odnalazł albo nauczył się ją odtwarzać.

— Kael Vorn.

Vaelen nie zaprzeczył.

— Dlatego Veyr — powiedziała. — Nie jedzie pan tam szukać Archen. Chce pan wiedzieć, co Vorn tam znalazł.

— I co zabrał.

— A mimo to zabrał pan mnie ze sobą, nie mówiąc mi niczego.

— Nie planowałem tego w ten sposób.

— Czego? Zabrania mnie czy powiedzenia mi prawdy?

Kącik jego ust drgnął.

— Tego drugiego.

Przynajmniej nie próbował się już wykręcać.

— Broń pod pańskim płaszczem też pochodzi z Archen?

— Tak.

— Ma pan przy sobie broń sprzed stu trzydziestu lat.

— Co najmniej.

— I nadal działa.

— Widziała pani.

Eveline pokręciła głową.

— Trudno uznać to za wyjaśnienie.

— Nie próbuję. Ukrywanie przed panią rzeczy, o których i tak prędzej czy później pani się dowie, staje się coraz mniej użyteczne.

— Wcześniej było użyteczne?

— Było.

Tego się nie spodziewała. Mogła zapytać, co jeszcze uznał za użyteczne przemilczeć. Lista prawdopodobnie byłaby długa.

Za oknem gasło ostatnie światło. Stajenni prowadzili konie pod zadaszenie, a podkowy wybijały na kamieniach nierówny rytm.

— Nie zamierzam wyciągać z pana każdego słowa — powiedziała. — Ale niech pan nie oczekuje, że przestanę pytać.

— Nie oczekuję.

Wiedziała już, czego szukał. Powód, dla którego zabrał ją ze sobą, podał jej jeszcze w sklepie. Nie skłamał.

Po prostu nie powiedział wszystkiego.

Vaelen odsunął się od parapetu. Kiedy ją mijał, zatrzymał się na tyle blisko, że poczuła znajomy zapach drewna i skóry. Pod nim kryło się coś jeszcze, czego wcześniej nie potrafiła nazwać. Chłodna, metaliczna woń, jak powietrze po deszczu.

— Jeszcze jedno — powiedziała.

Vaelen czekał.

— Dlaczego mówi mi pan to wszystko dopiero teraz?

— Bo powiedziałem „uczciwie”.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania