Sklep rzeczy utraconych - rozdział 46b
Pakowali się szybciej, niż zamierzali. Florentina zebrała opatrunki i wodę, a Grijs zajął się uprzężą.
Eveline weszła do pracowni po pozostawiony płaszcz. Tempo stał przy otwartej skrzyni pod półką z narzędziami. W dłoni trzymał cienki, ciemny przedmiot. Przy jednej z jego krawędzi dostrzegła kilka drobnych nacięć. Obrócił go i wsunął za koszulę, zanim się odezwała.
— Czegoś szukasz?
— Płaszcza.
Wskazał głową haczyk przy drzwiach.
— Tam.
Wzięła płaszcz. Kiedy wychodziła, Tempo zamykał już skrzynię.
Przy wozie Eveline chciała przywiązać ostatnią sakwę do burty, ale pasek torebki zsunął jej się z ramienia. Poprawiła go i dopiero wtedy zauważyła, że uszkodzone zapięcie, z którym męczyła się od kilku dni, znów działa.
Obróciła je w palcach. Niewielka metalowa część była nowa.
— Naprawiłeś moją torebkę?
Tempo nie podniósł wzroku znad uprzęży.
— Wczoraj.
— Bez pytania?
— Leżała na stole. Zapięcie było pęknięte.
— To nadal moja rzecz.
— I nadal jest twoja.
Eveline spróbowała otworzyć zapięcie. Mechanizm działał bez oporu, a nowe mocowanie niemal nie różniło się od starego.
— Mogłeś przynajmniej zapytać.
Tempo oderwał wzrok od uprzęży.
— Następnym razem zapytam.
Eveline sprawdziła zapięcie jeszcze raz i przywiązała sakwę do burty.
***
Wyjechali przed południem. Droga prowadziła przez las, wzdłuż niewielkiego strumienia. Po nocnym deszczu koła zapadały się w miękką ziemię, a koń zaprzężony do wozu kilkakrotnie musiał ciągnąć mocniej, żeby wydostać wóz z kolein.
Vaelen leżał pod płaszczami. Nawet na niewielkich nierównościach zaciskał palce na krawędzi wozu.
Za wąską doliną droga zaczęła się wspinać. Stare kamienne słupy stały wzdłuż jej krawędzi, częściowo porośnięte mchem. Na jednym Eveline dostrzegła wyblakły znak oznaczający drogę do składów.
Grijs zatrzymał wóz.
— Bród powinien być za zakrętem.
Tempo wysunął się przed wóz. Kiedy zobaczył rzekę, zatrzymał się i ściągnął wodze.
— No proszę.
Eveline podeszła bliżej.
Rzeka wezbrała po nocnym deszczu. Brunatna woda przelewała się przez kamienie brodu i niosła połamane gałęzie. Obok zostały resztki mostu: kamienne podpory po obu brzegach i kilka belek. Pomiędzy nimi ocalało wąskie przejście z desek, wystarczające dla człowieka, ale nie dla wozu.
Grijs ostrożnie zszedł z kozła.
— Wóz nie przejedzie.
Tempo obejrzał nurt.
— Konie też nie. Nie przy tej wodzie.
— Możemy wrócić na główny trakt — powiedziała Florentina.
— Przez posterunki rady — odparł Grijs.
Vaelen podniósł głowę z posłania.
— Co się stało?
— Woda — odpowiedziała Eveline.
Vaelen opadł z powrotem na płaszcze.
— Tempo będzie zadowolony.
— Nie jestem — powiedział Tempo.
Eveline podeszła do starej kładki. Deski były mokre, ale wspierały się na kamiennych podporach i belkach, które jeszcze nie puściły.
— Pieszo da się przejść?
Grijs sprawdził jedną z desek butem.
— Gęsiego. Bez koni.
— A Vaelen? — zapytała Florentina.
Tempo obejrzał się na wóz.
— Zrobimy nosze. Przejdę z przodu. Ktoś będzie musiał nieść drugi koniec. Grijs nie powinien dźwigać.
— Pomogę — powiedziała Florentina.
— Będziemy się zmieniać — dodała Eveline.
Florentina spojrzała na drugą stronę rzeki. Droga ginęła między drzewami.
— Przechodzimy — powiedziała.
— Wiesz, co to oznacza dla Valeriana? — zapytał Tempo.
— Powiedz mi.
— Jeśli rana znowu się otworzy, mogę nie zdołać zatamować krwawienia w lesie.
Eveline podeszła do wozu. Vaelen leżał nieruchomo, lecz miał otwarte oczy.
— A pan? — zapytała. — Zgadza się pan?
Vaelen spojrzał na kładkę.
— Nigdy nie byłem zwolennikiem powrotów. — Przymknął oczy. — Spróbujmy.
Zabrali z wozu wodę, opatrunki, żywność i najpotrzebniejsze rzeczy.
Grijs odprowadził konie w głąb lasu, z dala od drogi i wozu. Z pomocą Eveline zdjął im siodła i uprząż.
— To wszystkie konie, jakie mamy — powiedziała Florentina.
— Wiem. — Grijs zdjął uzdę z ostatniego. — Uwiązane tu nie przetrwają, a ktoś, kto znajdzie wóz, znajdzie i je. Wolne pójdą za wodą i trawą. Może wrócą do szopy Tempo.
Puścili je wolno.
Tempo znalazł dwa proste drągi przy skraju lasu. Rozpiął między nimi płaszcz i przywiązał go do drągów pasami z uprzęży, ciasno, na całej długości. Nosze były niewiele szersze od ramion Vaelena.
Grijs przeszedł kładkę pierwszy, sprawdzając deski przed każdym krokiem, i przywiązał koniec liny do kamiennej podpory po drugiej stronie. Tempo odpiął z uprzęży metalowe kółko i nasunął je na wolny koniec liny. Dopiero wtedy Eveline naciągnęła linę i kilka razy owinęła ją wokół podpory na swoim brzegu. Tempo przypiął kółko pasem do drągów, tak żeby nosze przesuwały się razem z nim. Florentina pomogła mu ułożyć Vaelena na noszach, a Eveline przeniosła sakwy.
Tempo ujął przednie końce. Florentina stanęła za nim, trzymając tylne. Ruszyli powoli, jeden za drugim. Deski uginały się pod ich ciężarem, a mokre drewno ślizgało się pod butami. W połowie przejścia Florentina poślizgnęła się. Nosze przechyliły się w jej stronę i zawisły na pasie.
— Zaczekaj — powiedziała.
Tempo zatrzymał się. Dopiero kiedy poprawiła chwyt, ruszyli dalej. Eveline czekała na drugim brzegu.
Vaelen był szary na twarzy. Tempo sprawdził opatrunek, kiedy tylko położyli nosze pod drzewami.
— Na razie trzyma.
Grijs oparł się o pień, przyciskając prawą rękę do boku. Florentina usiadła obok noszy, rozprostowała zdrętwiałe palce, a potem podała Grijsowi wodę.
Eveline spojrzała na porzucony wóz po drugiej stronie rzeki. Stał między drzewami z opuszczonym dyszlem.
— Ktoś go znajdzie. Będzie wiedział, którędy poszliśmy.
— Jeśli dotrze aż tutaj — odpowiedział Tempo.
— Musimy ruszać — powiedziała Eveline.
Za rzeką ścieżka biegła pod skałami. Dwa razy musieli przenosić nosze przez osunięte kamienie. Tempo niósł przedni koniec, Eveline i Florentina zmieniały się przy drugim. Grijs szedł przodem z mieczem w zdrowej dłoni.Przy drugim osuwisku Florentinie zsunęły się z drąga zdrętwiałe palce i nosze uderzyły o kamienie. Vaelen nie krzyknął, ale na płaszczu pod nim pojawiła się krew.
Tempo kazał opuścić nosze i odchylił płaszcz. Opatrunek przesiąkł. Przycisnął go dłonią, potem założył na wierzch świeży materiał i mocno go obwiązał. Przez chwilę trzymał na nim rękę. Dopiero wtedy podniósł wzrok na pozostałych.
— Dalej idziemy wolniej.
Do składów dotarli dopiero pod wieczór.
Kamienne magazyny stały opuszczone, z dachami częściowo porośniętymi mchem. Między nimi biegła droga wyłożona starymi płytami. Niektóre zapadły się w ziemię, inne wystawały ponad nią pod ostrym kątem.
Grijs zatrzymał się przy jednym z budynków.
— Stąd powinno być widać miasto.
Florentina ruszyła pierwsza. Eveline podążyła za nią wzdłuż muru.
Za ostatnim magazynem teren opadał ku szerokiej dolinie. Po drugiej stronie, na wzgórzu, leżał Kaden.
Eveline rozpoznała wieże zamku, mury i dachy, które widziała podczas ostatniego pobytu. Nad miastem unosił się dym, a na drogach prowadzących do bram poruszały się drobne sylwetki ludzi i wozów.
Florentina zatrzymała się.
Na najwyższej wieży powiewała złota chorągiew królewskiego domu.
Obok niej wisiała druga, ciemnozielona, z jasnym znakiem Vermaaru.
Na sąsiedniej wieży również widniały obie barwy.
Księżniczka stała nieruchomo, z dłońmi opuszczonymi wzdłuż boków. Wiatr poruszał końcem jej płaszcza. Nie powiedziała ani słowa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania