Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 24b

Do południa teren otworzył się zupełnie. Góry zostały za nimi, ciemne i poszarpane na tle jasnego nieba, a przed nimi ciągnęły się niskie wzgórza, pola i pojedyncze kępy drzew.

Zatrzymali się przy wąskim strumieniu. Konie piły długo. Florentina usiadła na trawie w cieniu drzew, kilkadziesiąt kroków dalej, opierając plecy o pień, a Grijs poszedł w górę strumienia sprawdzić drogę.

Vaelen stał przy wodzie. Eveline podeszła do niego. Nie odwrócił się.

— Panno Vale.

— Wiedział pan, że coś jest w lesie.

Słyszała tylko wodę płynącą po kamieniach.

— Tak.

Odpowiedział tak szybko, że niemal ją zaskoczył.

— Wiedział pan, co?

— Nie.

— Wiedział pan, kto je tam przyprowadził?

— Nie.

Eveline stanęła obok niego.

— Wiedział pan, czego się bało?

Tym razem nie odpowiedział.

— Cztery pytania. Raz „tak”, dwa razy „nie” i raz nic.

— Liczy pani?

— Zaczęłam.

Na moment coś złagodniało w jego twarzy i zaraz zniknęło.

— Dlaczego krzyknął pan na Grijsa, kiedy ruszył za nią?

Vaelen schylił się, podniósł z brzegu dwa płaskie kamienie i jeden wrzucił do strumienia.

— Bo nie chciałem, żeby ją zabił.

— Dlaczego?

Patrzył, jak kręgi rozchodzą się po wodzie.

— Chciałem zobaczyć, dokąd wróci.

Eveline przypomniała sobie bestię cofającą się od lasu, jego rękę zatrzymaną pod płaszczem i nóż do chleba.

— Dlatego nie użył pan tego, co ma pan pod płaszczem.

Vaelen podniósł wzrok.

— Tak.

To jedno słowo zabrzmiało bardziej jak odpowiedź niż większość rzeczy, które mówił jej przez ostatnie dni.

— A kiedy powiedział pan Grijsowi, że to nic skierowanego przeciwko księżniczce?

— To również była prawda — odparł, przesuwając kciukiem po wilgotnym kamieniu.

— Tylko nie cała.

— Najczęściej właśnie takie są najwygodniejsze. Panno Vale...

— Nie. Nie będzie już „panno Vale” zamiast odpowiedzi.

Odwrócił się do niej. Dopiero wtedy zauważyła, że dzielił ich właściwie jeden krok. Tak blisko znowu czuła zapach drewna, skóry i czegoś ostrego, czego nadal nie potrafiła nazwać. Mimo to nie cofnęła się.

Vaelen uśmiechnął się, choć tylko na moment.

— Zaczyna pani odbierać mi wszystkie wygodne wyjścia.

— Wiem.

Uśmiech zniknął. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej twarzy, potem na smudze kurzu przy skroni, której nie zdążyła zetrzeć. Eveline wyprostowała się. Pod żebrami natychmiast odezwał się tępy ból.

— Wiem mniej, niż pani sądzi.

— Ale więcej niż pan mówi.

Nie próbował temu zaprzeczyć. Eveline opuściła wzrok na własne dłonie. Na skórze wciąż miała ciemne ślady po wodzach z poprzedniej nocy.

— Powiedział pan, że próbuje mnie pan przynajmniej nie okłamywać.

— Próbuję.

— To nie to samo co mówienie prawdy.

— Nie.

— Więc co pan wie?

Vaelen odwrócił się znowu ku strumieniowi.

— Wiem, że stworzenia, które widzieliśmy na południu, zachowywały się inaczej.

— A to w Kadenie? Ten stwór?

Palce Vaelena zatrzymały się na kamieniu.

— To co innego.

— Ale podobne?

Nie odpowiedział. Eveline odczekała chwilę.

— Oczywiście.

Ruszyła, ale Vaelen odezwał się za nią.

— Panno Vale.

Zatrzymała się i obejrzała przez ramię.

— Skoro rozmawiamy o prawdzie...

Odwróciła się do niego.

— Jest coś, czego pani mi nie powiedziała?

Eveline zastygła. Pomyślała o nożu, o Lucienie i o wszystkim, czego mu nie mówiła. Potem przypomniała sobie szkatułkę pani Maret.

— Jest.

Vaelen czekał, więc mówiła dalej.

— W szkatułce pani Maret była moneta. Miała ten sam znak co medalion.

— Pani Maret wiedziała, co oznacza?

— Nie. Powiedziała tylko, że szkatułka należała do jej męża.

— Tamasa Mareta.

— Tak. Dlatego sprawdziłam znak. A potem poszłam do archiwum.

— Bez pytania mnie.

Eveline uniosła brwi.

— Dzień wcześniej kazał mi pan udawać, że nigdy nie słyszałam o Archen.

Tym razem to on pierwszy odwrócił wzrok.

— To rzeczywiście mogło nie zachęcać do zwierzeń. Co pani znalazła?

— Rejestry złota. I brakujące strony.

— Wie pani, kto je usunął?

— Zapytałam Luciena, czy to jego ojciec. Nie zaprzeczył.

Vaelen skinął powoli głową.

— A moneta?

— Nadal leży w sklepie. W kopercie, między papierami pani Maret.

— Niech leży.

Eveline przyjrzała mu się.

— Tylko tyle?

— Dla mnie tak. — Wrzucił drugi kamień do wody. — Dla pani była początkiem.

Vaelen odezwał się znowu, zanim zdążyła odpowiedzieć.

— I nie uznała pani za stosowne powiedzieć mi o niej.

— Nie uznał pan za stosowne powiedzieć mi, dlaczego mam nie pytać o Archen.

— To zaczyna być bardzo niewygodna rozmowa.

— Dla pana?

— Głównie.

Eveline niemal się uśmiechnęła, ale przypomniała sobie panią Maret.

— Byłam też w jej mieszkaniu. Po jej śmierci.

Vaelen spojrzał na nią uważniej.

— Ktoś je przeszukał. Szuflady, szafę, biurko. Biżuterii nie zabrano. Z jednej szuflady zniknęło coś mniej więcej wielkości książki.

— Co?

— Pamiętnik Tamasa.

— Wiem, że Lucien go ma. Nie wiedziałem, że był w mieszkaniu.

— Przyznał, że tak.

— O tym mi pani nie powiedziała.

— Nie.

— Dlaczego?

Eveline spojrzała mu prosto w oczy.

— A pan powiedział mi wszystko, co wiedział o Marecie?

— Nie.

— W takim razie jesteśmy kwita.

— Obawiam się, że nie tak działa zaufanie.

— Właśnie próbuję to panu wytłumaczyć.

Przez chwilę patrzyli na siebie bez słowa. Eveline przesunęła kciukiem po wewnętrznej stronie nadgarstka. Pamiętała nacisk palców Luciena lepiej, niż chciała.

— Jest jeszcze coś.

Vaelen czekał.

— Kiedy pytał pan, co zrobiłam, powiedziałam, że odmówiłam.

Podniosła na niego wzrok.

— Przecięłam mu twarz. Od policzka do skroni.

Vaelen znieruchomiał. Jego wzrok zsunął się na jej nadgarstek, na miejsce, które przed chwilą pocierała.

— Głęboko?

Pytanie ją zaskoczyło.

— Wystarczająco.

Dopiero wtedy podniósł na nią wzrok.

— To może skomplikować następne spotkanie.

— Myśli pan, że będzie następne?

— Z Lucienem? Prawie na pewno.

Eveline poczuła ucisk pod żebrami, tym razem niemający nic wspólnego z raną.

— On wie, gdzie pracuję.

— Tak.

— Wie, że jestem związana z panem.

— To również wie.

Patrzyła na wodę.

— Świetnie.

Vaelen nie odpowiedział.

Ruszyli godzinę później. Eveline przez większą część drogi nie odzywała się do nikogo. W głowie wracały jej na zmianę otwarte szuflady w mieszkaniu Maretów, pamiętnik w dłoni Luciena i sklep. A potem Celia. Sama w mieście. Ktoś, kto zacząłby pytać w okolicy sklepu o Eveline, mógłby w końcu trafić właśnie na nią.

Po południu droga zaczęła się wspinać. W siodle bok bolał ją przy każdym kroku konia, tępo i równo, jak drugi puls. Na horyzoncie pojawiła się szeroka kamienna ściana.

Meren leżało na łagodnym wzgórzu, otoczone murem niższym niż ten w Kadenie, ale ciągnącym się szeroko po obu stronach doliny. Nad dachami górowały trzy wieże, a z największej zwisała długa, złocista chorągiew.

Florentina zobaczyła ją pierwsza i wyprostowała się w siodle.

— Nasze.

Grijs uniósł głowę. Na drugiej wieży wisiała kolejna złocista chorągiew, a po chwili dostrzegli trzecią.

Eveline zauważyła, jak ramiona Florentiny opadają o ułamek cala, jakby od dwóch dni trzymała je napięte i dopiero teraz sobie o tym przypomniała. Grijs również patrzył na mury. Jego prawa ręka od rana spoczywała blisko rękojeści miecza, ale teraz ją opuścił.

Wiatr przyniósł od miasta dźwięk dzwonu, jednego, niespiesznego, bijącego godzinę. Nad dachami unosił się dym z kominów, a z nim słaby zapach drewna i czegoś pieczonego. Ktoś tam palił w piecu. Ktoś piekł chleb, jakby nic się nie wydarzyło.

Florentina powoli wypuściła powietrze. Po raz pierwszy od Kadenu jej twarz się rozluźniła. Vaelen nie odrywał wzroku od bramy.

Zatrzymali konie na grzbiecie wzgórza, zgodnie z planem. Miasto było oddalone o mniej niż milę. Z tej wysokości widzieli bramę, drogę przed nią i kilka wozów czekających na wjazd.

— Hadren je utrzymał — powiedziała Florentina.

— Tak — odparł Grijs.

— Strażnicy?

Zmrużył oczy.

— Za daleko.

Vaelen spojrzał na drogę prowadzącą do miasta.

— Poczekamy.

Florentina westchnęła, ale nie zaprotestowała. Po kilku minutach spod bramy wyjechało czterech jeźdźców. Nie mieli złocistych pancerzy Kadenu. Nosili długie, ciemne płaszcze, jednakowe od kołnierza po dolny brzeg. Jechali parami, spokojnie, nie rozglądając się na boki. Droga, którą obrali, skręcała spod murów i biegła wzdłuż podnóża wzgórza, coraz bliżej miejsca, w którym stali.

Eveline patrzyła na nich. Czterech, parami, w jednakowych płaszczach. Widziała ich już raz, przez szparę między drzewami, kiedy Grijs kazał zatrzymać powóz na trakcie.

Obok niej Grijs znieruchomiał. Dłoń, którą przed chwilą opuścił z rękojeści miecza, wróciła na swoje miejsce.

Florentina zauważyła to.

— Co?

Grijs nie odpowiedział. Jeźdźcy minęli podnóże wzgórza kilkaset kroków pod nimi i skręcili na drogę biegnącą wzdłuż murów.

— Grijs?

Patrzył za nimi.

— Znam ich.

Florentina przeniosła wzrok na ciemne sylwetki.

— Skąd?

Grijs przez chwilę milczał, a potem spojrzał na bramę Meren.

— Nie powinni tu być.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania