Sklep rzeczy utraconych - rozdział 32
Za rzeką droga wspinała się łagodnie między wzgórzami. Drzewa rzedły, ustępując szarym zboczom porośniętym wrzosem, a wiatr przybrał na sile i niósł zapach mokrego kamienia.
Grijs oglądał się za siebie rzadziej, niż Eveline się spodziewała. Częściej obserwował zbocza po obu stronach szlaku.
— Wypatruje pan kogoś? — zapytała.
— Na drodze człowieka widać z daleka. Na zboczu dopiero wtedy, kiedy jest blisko.
Vaelen odezwał się zza ich pleców:
— Zaczynam podejrzewać, że Grijs przejął od pani zamiłowanie do niepokojących uwag.
— Za to od pana na pewno nie przejął unikania odpowiedzi — odparła Eveline.
Na grzbiecie wzgórza po lewej coś się poruszyło. Eveline ściągnęła wodze.
— Grijs.
Kilkaset kroków od nich stał jeździec na ciemnym koniu, w niemal czarnym płaszczu i kapeluszu o szerokim rondzie.
Grijs zatrzymał konia, a Florentina podjechała bliżej.
— Jest sam?
— Widzę jednego.
Jeździec stał chwilę bez ruchu, potem powoli uniósł rękę, prawie uprzejmie.
— Zna go pan? — Eveline zwróciła się do Vaelena.
— Z tej odległości nie sposób powiedzieć.
Mężczyzna opuścił rękę, zawrócił konia i zniknął za grzbietem.
— Pojechał na północ — powiedział Grijs.
— Tam, dokąd my — zauważyła Florentina.
Eveline patrzyła na pusty grzbiet. Z tamtego miejsca było widać szlak aż do rzeki.
— Czekał na nas.
— Na to wygląda.
Vaelen poprawił wodze.
— Przynajmniej miał dość uprzejmości, żeby się przywitać.
Florentina odwróciła się do niego w siodle.
— Pan to uważa za zabawne?
— Nie, Wasza Wysokość.
Nie uśmiechał się.
— Nie będziemy go ścigać — zdecydował Grijs. — Na otwartym zboczu jeden jeździec może zaprowadzić nas prosto do dziesięciu.
— A jeśli jedzie do Veyr? — zapytała Eveline.
— To jeszcze go spotkamy.
Poprowadził ich ścieżką poniżej grzbietu.
***
Późnym popołudniem dotarli do starego budynku przy samym szlaku. Kamienne ściany wcinały się w zbocze, dach nad jedną z izb zapadł się dawno temu, a w wąskich oknach nie został ani kawałek szyby. Z ogrodzenia dla koni przetrwało kilka połamanych żerdzi.
Grijs zsiadł przed wejściem i przykucnął przy progu.
— Jeden koń. Podjechał pod drzwi, postał i odjechał na północ.
Eveline zsunęła się z siodła i przykucnęła obok. Odciski wbiły się głęboko w miękką ziemię. Przy krawędzi jednego z nich, tam gdzie powinna być równa linia, znalazła ostre zagłębienie.
— Krzywy gwóźdź.
Grijs pochylił się nad śladem.
— Ten sam koń.
Kiedy Eveline się podniosła, zauważyła nad wejściem dwa równoległe nacięcia w kamieniu. Ich krawędzie były wyszczerbione, a w szczelinach rósł mech. Ktoś wyciął je wiele lat temu.
— Grijs, pamięta pan ucho tamtej bestii?
Podszedł i spojrzał w górę.
— Podobne, ale dwie kreski każdy umie wyciąć.
— Dlatego chcę wiedzieć, po co ktoś wyciął je właśnie tutaj.
— Co to za miejsce? — zapytała Florentina.
— Dawna placówka Północnej Kompanii — odpowiedział Vaelen. — Transporty zatrzymywały się tu przed drogą przez wzgórza.
— Skąd pan to wie? — zapytała Eveline.
— Ma pani to w sakwie.
Wyjęła starą mapę i rozchyliła ją przy zagięciu. Tuż za rzeką, przy szlaku, ktoś zaznaczył mały kwadrat.
— A to? — Wskazała nacięcia nad drzwiami. — To znak Kompanii?
— Na mapie go nie ma. I nic więcej nie potrafię pani o nim powiedzieć.
Grijs dobył miecza.
— Najpierw sprawdzę, czy ktoś jest w środku.
Pchnął drzwi. Zawiasy jęknęły. Odczekał, nasłuchując, i wszedł. Eveline słyszała jego kroki, a potem stuk przesuwanej beczki.
— Pusto.
Florentina weszła pierwsza.
Wnętrze pachniało kurzem i starym popiołem. Pod ścianą stała ława, w kącie zimne palenisko, przy oknie przewrócona beczka. Pośrodku izby znajdował się stół i tylko z niego ktoś starł kurz. Na blacie stała świeca z poczerniałym knotem, a wosk wokół niego był jeszcze miękki. Obok leżała zapieczętowana koperta.
Grijs stanął przy oknie, z którego widać było drogę.
— Ktokolwiek to zostawił, odjechał niedawno.
Na kopercie starannym, pochylonym pismem wypisano dwa słowa: Lord Vaelen.
Vaelen zatrzymał się kilka kroków od stołu i długo nie podchodził bliżej.
— To do pana — powiedziała Eveline.
— Widzę.
Wziął kopertę i złamał pieczęć. W środku była jedna kartka i jedno zdanie. Eveline stała dość blisko, żeby je przeczytać.
„Nadal nosisz zapalniczkę, choć dawno przestałeś jej potrzebować.”
Lewa dłoń Vaelena powędrowała do kieszeni płaszcza, zatrzymała się tam i dopiero po chwili opadła.
— Zna pan autora? — zapytała Eveline.
Vaelen złożył list.
— Znałem kogoś, kto mógłby to napisać.
Wyjął z kieszeni niewielki srebrny przedmiot. Eveline znała go ze sklepu. Obracał go w palcach przy biurku i przy ladzie, nawet nie zauważając, że to robi.
— Dostałem ją dawno temu od człowieka, któremu ufałem.
— Co się z nim stało?
— Do niedawna sądziłem, że wiem.
— W Meren powiedział pan „uczciwie”. Jeśli ten człowiek zna naszą trasę, to dotyczy także mnie. Chcę wiedzieć, kim jest.
Vaelen zamknął zapalniczkę w dłoni.
— Gdybym był pewien, że to on, powiedziałbym pani. Człowiek, którego pamiętam, nie mógł napisać tego listu.
— Dlaczego?
— Bo od bardzo dawna uważam go za zmarłego.
Eveline otworzyła usta i zamknęła je bez słowa.
Grijs odezwał się od drzwi:
— Ktoś wie, że tu jesteśmy. Wychodzimy.
Florentina podeszła do Vaelena.
— Czy ta wiadomość zmienia nasz cel?
— Nie, Wasza Wysokość.
Przyglądała mu się jeszcze chwilę.
— Do tego człowieka wrócimy, lordzie Vaelen. — Odwróciła się ku drzwiom. — Ruszamy. Jeśli ktoś wie, którą drogą jedziemy, niech przynajmniej nie wie, gdzie staniemy na noc.
Vaelen podszedł do stołu. Kółko zapalniczki zgrzytnęło pod jego kciukiem i płomień pojawił się od razu. Trzymał go dłużej, niż było trzeba, zanim przyłożył go do rogu kartki. Papier zajął się razem z kopertą.
Kiedy ogień doszedł niemal do jego palców, Vaelen upuścił resztkę na posadzkę, przydeptał ją butem i dopiero po chwili schował zapalniczkę.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania