Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 44

Tempo dorzucił drewna do ognia. Płomień rozjaśnił jego twarz, a metalowe palce lewej dłoni błysnęły, kiedy poprawiał gałąź.

— Opisz jeszcze raz urządzenie — powiedział. — Wszystko, co pamiętasz.

Eveline przytrzymywała przy nosie zakrwawiony materiał. Krwawienie już słabło, ale ból za oczami nie ustępował.

— Była tam ogromna sala. Kamienna posadzka, przewody w ścianach. Złote linie między płytami, takie jak w Veyr. Pośrodku stało urządzenie z metalową obręczą i szklanym cylindrem. W środku była głowa mężczyzny. Bez reszty ciała.

Tempo podał jej manierkę.

— Przewody były przytwierdzone do głowy?

— Tak. Wiele cienkich przewodów. Niektóre poruszały się, kiedy otworzył oczy. Potem wokół szkła zapaliły się czerwone znaki. — Zamknęła oczy, próbując odtworzyć wygląd sali. — I była tam woda. Nie widziałam jej, ale słyszałam, jak gdzieś spadała. Z dużej wysokości.

Dźwięk wydał jej się znajomy, choć nie potrafiła sobie przypomnieć dlaczego. Tempo patrzył w ogień.

— Miejsca nie rozpoznam. Ale w Archen budowano takie urządzenia, żeby łączyć człowieka z Aderem.

— Czyli on korzystał z Aderu?

— Albo ktoś podłączył go do niego. Z tego, co opowiadasz, nie potrafię ustalić, kto kierował urządzeniem.

Eveline zdjęła materiał z nosa. Krwawienie ustało, ale tkanina przesiąkła krwią do połowy.

— Dlaczego właściwie przybył pan do Veyr?

— Dwadzieścia lat temu przestały stamtąd dochodzić sygnały — odpowiedział. — Wcześniej miałem dostęp do części urządzeń pilnujących wejść. Zostawiłem sobie sposób, żeby wiedzieć, gdyby ktoś znów zaczął ich używać. Dziś odezwał się jeden z zamków. Potem następne.

Eveline przypomniała sobie panel, przy którym pracował Vaelen, i złotą linię zapalającą się pod jej dłonią.

— Więc wiedział pan, że weszliśmy do środka?

— Wiedziałem, że ktoś uruchomił dawną część kompleksu. Konno i prostą drogą mam z domu do Veyr kilka godzin.

Tempo przesunął żar pod zwęgloną gałęzią.

— Przez dwadzieścia lat nikt nie powinien był móc otworzyć tamtych drzwi. Nawet jego brat.

Spojrzał przez ognisko na śpiącego Vaelena.

— Kiedy dotarłem do Veyr, zobaczyłem ślady walki. Nie wiedziałem, że jesteście w środku. Dopiero później rozpoznałem broń Valeriana.

— Czyli nie przyjechał pan nas ratować.

— Nie. Ale trudno było zostawić was tam, kiedy już was znalazłem.

Eveline zerknęła na jego metalową rękę. Przypomniała sobie urywek obrazu z dzieciństwa: ciemny materiał, wilgotną ścianę i czyjeś ramię podtrzymujące ją pod plecami.

— Czy znał mnie pan wcześniej? Zanim zaczęłam pracować u Vaelena?

Tempo przyjrzał jej się uważnie.

— Dlaczego pytasz?

— Przypomniałam sobie coś. Człowieka, który mnie niósł. Miał podobny rękaw.

Tempo spojrzał na własne ramię. Przesunął prawą dłonią po mankiecie.

— Coś jeszcze?

— Niewiele. Było ciemno i mokro. Ktoś mnie niósł, a ja widziałam tylko jego rękaw.

Tempo nie odezwał się. Przestał poprawiać mankiet, choć nadal trzymał na nim palce.

— To był pan?

Opuścił rękę.

— Nie potrafię ci tego teraz wyjaśnić.

— Nie pytałam o wyjaśnienie.

— Wiem.

— Mówi pan jak Vaelen.

— Uczył się ode mnie.

Nie uśmiechnął się, kiedy to mówił.

— Jeśli przypomnisz sobie coś więcej, powiedz mi. Nawet jeśli wyda ci się nieistotne.

— Dlaczego?

— Bo chciałbym wiedzieć, co naprawdę pamiętasz.

Od strony drzew rozległo się ciche parsknięcie konia. Tempo odwrócił głowę ku Grijsowi, który siedział przy skraju obozowiska.

— Powinieneś odpocząć — zawołał. — Mogę przejąć wartę.

Grijs podniósł rękę na znak, że usłyszał.

Tempo wstał i podniósł broń.

— Spróbuj jeszcze zasnąć, Eveline.

Nie zatrzymywała go. Kiedy odszedł, sięgnęła po czysty koniec materiału i wytarła zaschniętą krew spod nosa. Po drugiej stronie ognia Vaelen poruszył się pod kocem. Przyglądała mu się z daleka, zanim wróciła na swoje miejsce obok Florentiny.

Długo leżała z otwartymi oczami.

***

O świcie Eveline obudziło nawoływanie ptaków. Ogień wygasł niemal zupełnie. Przy wozie Grijs sprawdzał uprząż, pomagając sobie kolanem, ponieważ nadal nie mógł swobodnie poruszać prawą ręką. Tempo siedział przy Vaelenie i zmieniał mu opatrunek.

Florentina była już ubrana. Stała kilka kroków dalej, zapinając płaszcz pod szyją.

— Jak się czujesz? — zapytała, kiedy Eveline podniosła się z koca.

— Lepiej.

— W nocy krwawiłaś z nosa. Słyszałam, jak rozmawiałaś z Tempo.

Eveline dotknęła twarzy. Skóra pod nosem była obolała, ale nie czuła już krwi.

— Widziałam człowieka podłączonego do urządzenia — powiedziała, kiedy księżniczka usiadła obok. — Był w wielkiej sali, pod ziemią. Przypominała mi grotę z Aderem.

— Dlaczego?

— Słyszałam wodę. Spadała gdzieś w ciemności, tak samo jak pod zamkiem w Kadenie.

Florentina wyprostowała się.

— Widziałaś Ader?

— Nie. Tylko złote linie i człowieka za szkłem. Woda przypomniała mi tamtą grotę, ale nie wiem, czy naprawdę tam byłam.

Księżniczka wstała i podeszła do Tempo.

— Musimy porozmawiać.

Tempo zawiązał ostatni węzeł bandaża.

— Jeśli o Valeriana, rana wygląda lepiej.

— O Kadenie. Jeśli ktoś korzysta z Aderu pod zamkiem, czy może skrzywdzić mojego ojca?

Eveline podeszła bliżej. Vaelen miał otwarte oczy, lecz nie próbował się podnosić.

— Zależy, co ten ktoś potrafi — odpowiedział Tempo, chowając nożyce do torby.

— Mój ojciec był chory jeszcze przed przebudzeniem Aderu. Od tego czasu nie wiem, co się z nim dzieje. Pytam, czy urządzenie pod zamkiem może mieć z tym coś wspólnego.

— Może. Ale nie mam dowodów, że tak jest.

Florentina zacisnęła usta. Przez kilka sekund patrzyła na ziemię, a potem odwróciła się ku pozostałym.

— Jeśli ten człowiek, którego widziała Eveline, naprawdę znajduje się pod Kadenem, chcę tam wrócić. Nie zamierzam zostawić ojca w rękach ludzi Vermaaru.

Grijs podszedł od strony wozu.

— Wasza Wysokość, bez armii nie przedostaniemy się do zamku. Drogi są obsadzone, a nie wiemy nawet, które oddziały stoją przy bramach.

— Wiem, Grijs. Dlatego musimy znaleźć inną drogę.

Spojrzała na Tempo.

— Dokąd mieliśmy jechać?

— Mam dom na północ od dawnego traktu przewozowego. Możemy tam odpocząć, uzupełnić zapasy i sprawdzić, jak długo Valerian będzie potrzebował, żeby stanąć na nogach. Potem ustalimy, jak dostać się do Kadenu.

— Ja już zdecydowałam, że wrócę.

— W takim razie pozostaje ustalić drogę.

Florentina wróciła do koni. Grijs ruszył za nią, wyjmując mapę z sakwy.

Eveline została przy Vaelenie.

— Co o tym sądzisz? — zapytał cicho.

— O czym?

— O tym, co widziałaś.

Przyklękła obok niego.

— Nie wiem. Myślałam, że pan będzie wiedział.

Vaelen przesunął dłonią po kocu.

— Opowiesz mi?

— Nie chcę teraz o tym rozmawiać.

Opuścił wzrok. Eveline wstała i poszła pomóc Florentinie przy pakowaniu rzeczy.

***

Wyruszyli, kiedy słońce znalazło się ponad drzewami. Grijs wybrał węższą drogę biegnącą między wzgórzami. Na mapie zaznaczono ją jako dawny trakt leśny. Nie prowadziła bezpośrednio do kryjówki Tempo, ale omijała główne przeprawy i posterunki na drogach.

Tempo obejrzał mapę, po czym oddał ją Grijsowi.

— Prowadź.

Przez pierwsze godziny droga była równa. Koń ciągnący wóz szedł spokojnie, choć od czasu do czasu zwalniał przy większych kamieniach. Vaelen leżał na posłaniu przygotowanym z płaszczy i koców. Eveline jechała za wozem, pilnując, żeby nic nie spadło z jego tylnej części. Kiedy Vaelen odwracał głowę w jej stronę, poprawiała wodze albo patrzyła na drogę.

Florentina trzymała się bliżej Grijsa. Kilkakrotnie zatrzymywali się na rozwidleniach, podczas gdy on sprawdzał drogę.

Tempo szedł obok zaprzęgu. Nie próbował przejmować prowadzenia, choć raz zwrócił uwagę na stare koleiny biegnące ku północy.

— Tamtędy jeździły wozy Kompanii.

Grijs obejrzał ślady.

— Dawno temu.

— Wtedy droga była szersza.

— Teraz prowadzi prosto na otwarty grzbiet. Wolę zostać w lesie.

Tempo nie nalegał. Poprawił uprząż konia i ruszył dalej obok wozu.

Przed południem dotarli do strumienia. Woda płynęła płytkim, kamienistym korytem, a nad brzegiem rosły olchy i niskie wierzby. Grijs zatrzymał konia i wskazał miejsce pod drzewami.

— Tu odpoczniemy.

Tempo obejrzał Vaelena.

— Przyda mu się postój.

Zatrzymali wóz pod olchami. Florentina i Grijs zajęli się końmi, a Eveline pomogła Tempo ułożyć Vaelena wygodniej. Opatrunek znów był wilgotny.

— Ciemna stal — mruknął Tempo, rozpinając płaszcz rannego. — Nadal robi swoje.

Wyjął z torby czysty bandaż i poprosił Eveline o wodę. Kiedy wróciła z manierką, usuwał już zabrudzony materiał.

Vaelen skrzywił się.

— Mógłbyś robić to delikatniej.

— Mógłbyś nie dać się dźgnąć.

— Rozważę to następnym razem.

— Liczę, że następnego nie będzie.

Tempo przemył ranę resztą wody z manierki, założył świeży opatrunek, sprawdził węzeł i schował pozostałe bandaże do torby.

— Muszę obejrzeć koło, zanim ruszymy. Zostawię was.

Eveline chciała pójść za nim, ale Vaelen odezwał się, zanim zdążyła podnieść się z kolan.

— Panno Vale. Chciałbym z panią porozmawiać.

Usiadła na piętach. Po drugiej stronie strumienia Grijs prowadził konie do wody, a Florentina poprawiała siodło przy jednym z drzew.

— Słucham.

Vaelen przez dłuższy czas patrzył na swoje dłonie.

— W Veyr przyznałem, że rozważałem pani śmierć. Powiedziałem też, że nie wiedziałem wtedy jeszcze, kim pani jest. To prawda, ale nie wyjaśnia wszystkiego.

Eveline zacisnęła palce na manierce. Pamiętała jego słowa aż nazbyt dobrze, podobnie jak spokój, z którym Strateg opowiedział jej o tamtej decyzji.

— Wstydziłem się — ciągnął Vaelen. — Tego, co robiłem w Archen. Ludzi, z którymi pracowałem. — Urwał. — Myślałem, że pani odejdzie. A potem minął rok. I następny.

Eveline odwróciła wzrok ku strumieniowi. Przez cztery lata pracowała z nim niemal codziennie. Pamiętała wspólne kolacje na zapleczu, kłótnie o ceny i wieczory, kiedy zostawała dłużej, pomagając mu porządkować zamówienia.

— Przecież nie chodziło tylko o to, co sobie pomyślę — powiedziała. — Decydował pan również za mnie. Nawet wtedy, gdy to mnie dotyczyło.

— Tak. — Vaelen opuścił rękę na koc. — Przyzwyczaiłem się, że to ja decyduję, ile pani wie.

— Zauważyłam.

Grijs wołał coś do Florentiny, ale słowa ginęły w szumie wody. Eveline przyglądała się Vaelenowi. Był blady, miał zapadnięte policzki.

— Myślałam, że mogę panu ufać — powiedziała.

— Chciałbym, żeby nadal pani mogła.

— A ja nie wiem, czy potrafię.

Vaelen opuścił głowę. Eveline poprawiła koc zsuwający się z jego ramienia. Zrobiła to odruchowo, tak samo jak wielokrotnie wcześniej, kiedy zasypiał w fotelu na zapleczu sklepu. Potem cofnęła rękę.

— Dziękuję, że pan powiedział — odezwała się.

— Eveline...

— Nie wiem jeszcze, co z tym zrobię.

Wstała i zabrała pustą manierkę.

— Przyniosę więcej wody.

Vaelen nie próbował jej zatrzymywać. Przy strumieniu Eveline przykucnęła i zanurzyła naczynie w chłodnej wodzie. Musiała nabrać jej dwa razy, bo za pierwszym rozlała prawie wszystko, kiedy próbowała zamknąć manierkę.

***

Po południu las przerzedził się, odsłaniając wąską dolinę. Na jej dnie płynął strumień, który miejscami znikał pod kamieniami. Po obu stronach rosły wysokie trawy i niskie krzewy.

Tempo zatrzymał się przy rozwidleniu.

— Tutaj skręcamy.

Grijs spojrzał na drogę prowadzącą w górę zbocza.

— Nie widzę żadnego domu.

— To dobrze.

Droga była tak wąska, że koła wozu niemal zahaczały o krzewy. Tempo szedł pierwszy, odgarniając gałęzie metalową ręką. Grijs prowadził konia ciągnącego wóz, a Florentina i Eveline jechały za nimi.

Po kilkunastu minutach dotarli do niewielkiego zagłębienia między dwoma skalnymi ścianami. Stał tam niski budynek z ciemnego kamienia, częściowo ukryty pod rozłożystymi sosnami. Dach pokrywały płaskie płyty łupku, a okna osłaniały ciężkie drewniane okiennice. Przy bocznej ścianie znajdowała się szopa z szerokimi drzwiami, a obok studnia i stos porąbanego drewna.

Tempo podszedł do wejścia i wyjął klucz.

— Dawno tu nie byłem.

— Ktoś pilnuje tego miejsca? — zapytał Grijs, oglądając zabudowania.

— Nie.

— A zapasy?

— Jeśli myszy nie nauczyły się otwierać metalowych skrzyń, powinny zostać.

Tempo przekręcił klucz. Drzwi ustąpiły z oporem. W środku panował chłód. Pierwsze pomieszczenie było niewielkie, z kamiennym paleniskiem, stołem i dwoma ławami. Pod ścianą stała szafa, a na hakach wisiały płaszcze i skórzane pasy.

Tempo otworzył okiennice. Do wnętrza wpadło popołudniowe światło, odsłaniając kurz na blacie i pajęczyny w rogach.

— Możemy tu zostać kilka dni.

Florentina weszła za nim.

— Potrzebujemy kilku dni?

— On na pewno — odpowiedział Tempo, wskazując wóz, na którym nadal leżał Vaelen.

W sąsiednim pokoju stało łóżko z grubym materacem, przykryte płótnem. Tempo zdjął materiał, sprawdził pościel i otworzył okno, żeby wpuścić świeże powietrze. Potem z pomocą Eveline i Florentiny przeniósł Vaelena z wozu. Grijs został przy koniach.

Vaelen opadł na poduszki.

— Zaczynam podejrzewać, że przygotowałeś to miejsce specjalnie na moje potrzeby.

— Gdybym wiedział, że przyjedziesz, kupiłbym węższe łóżko.

— Zawsze byłeś gościnny.

Tempo przykrył go kocem i wrócił do głównego pomieszczenia. Grijs zajrzał do szopy. Po krótkim obchodzie wrócił z informacją, że dach jest cały, a wewnątrz można pomieścić konie i wóz. Florentina zaczęła przeglądać zapasy w szafie. Znalazła mąkę, suszone mięso, sól i kilka glinianych naczyń. Eveline przyniosła drewno i rozpaliła ogień.

Florentina napełniła dzbanek wodą ze studni i podała go Eveline, która zrobiła dwa kroki w stronę sąsiedniego pokoju, po czym oddała dzbanek księżniczce.

— Zanieś mu, proszę.

Florentina spojrzała na nią i bez słowa poszła do Vaelena.

Tempo otworzył drzwi prowadzące na tyły budynku. Eveline poszła za nim i zatrzymała się w progu pracowni wykutej w skale.

Pomieszczenie było znacznie większe od pozostałych. Wzdłuż ścian stały stoły zastawione narzędziami, częściami urządzeń i metalowymi pojemnikami. Na półkach leżały zwinięte przewody, szklane rurki, małe mechanizmy i przedmioty, których przeznaczenia nie potrafiła odgadnąć. Pod oknem stał ciężki fotel o wysokim oparciu, a obok niego skrzynia z wieloma płaskimi szufladami.

Tempo położył pistolet Vaelena na stole.

— Tutaj powinienem mieć to, czego potrzebuje.

Otworzył jedną z szuflad i wyjął niewielki metalowy pojemnik. W środku leżały cztery podłużne przedmioty o srebrnych końcówkach.

Eveline przypomniała sobie, że pistoletowi brakowało ogniwa. Tempo wyjął jeden z przedmiotów, obejrzał oznaczenia i wsunął do otwartej rękojeści pistoletu. Przez kilka sekund nic się nie wydarzyło. Potem wzdłuż lufy zapaliła się cienka niebieska linia.

— Lepiej.

Eveline spojrzała na pozostałe ogniwa w pojemniku.

— Ma pan ich więcej.

— Zapas nigdy nie zaszkodzi.

Tempo zamknął broń i położył ją na stole.

— Jutro sprawdzę resztę. Dziś potrzebujemy jedzenia i snu.

Eveline rozejrzała się po pracowni. Na jednej ze ścian wisiała stara mapa północnych ziem, a poniżej przyczepiono kilka pożółkłych kartek z odręcznymi oznaczeniami. Podeszła bliżej i odnalazła Veyr, a nieco dalej Kaden. Od północy prowadziła ku niemu wąska droga, kończąca się przy starych składach.

— Tego traktu nie było na mapie Hadrena.

— Bo nikt go od lat nie używa — powiedział Tempo, podchodząc do niej. — Kiedyś wozy Kompanii przejeżdżały tamtędy regularnie. Dalej trzeba było iść pieszo. Eveline przesunęła palcem wzdłuż linii.

— Florentina będzie chciała tam pojechać.

— Wiem.

Eveline nie odrywała wzroku od Kadenu. Przypomniała sobie grotę pod zamkiem i złotą żyłę w kamieniu. Potem twarz mężczyzny za szkłem.

— Jeśli naprawdę widziałam Ader pod Kadenem, ktoś może wiedzieć, że tam byłam. Może mnie szukać.

— To możliwe.

— W takim razie nie możemy czekać zbyt długo.

Tempo oparł metalową dłoń o krawędź stołu.

— Nie bez przygotowania. Najpierw sprawdzę, czy ta droga nadal istnieje.

Na zewnątrz rozległ się głos Florentiny, wzywającej ich na kolację. Tempo odsunął się od stołu i ruszył do drzwi.

Eveline została przy mapie. Wzięła ze stołu ołówek i na odwrocie jednej z pożółkłych kartek przerysowała trakt od północnego zbocza do składów pod Kadenem. Złożyła kartkę i schowała ją do kieszeni, obok płytki z Veyr.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania