Sklep rzeczy utraconych - rozdział 48
Eveline zacisnęła palce na pasku torby. Znała tę bliznę. Sama zadała mu tę ranę.
Lucien.
Widziała przecież metalową podporę, która przebiła jego ciało w Białej sali. Pamiętała nieruchomą rękę wystającą spod żelastwa, kiedy razem z Florentiną opuszczały pomieszczenie.
A teraz stał kilkanaście kroków od niej i rozmawiał ze strażnikiem.
Eveline cofnęła się, ale za plecami miała kobietę z koszem pełnym mokrej bielizny.
— Uważaj, dziewczyno — burknęła tamta.
— Przepraszam.
— Co się stało? — zapytała Florentina.
Eveline naciągnęła chustkę niżej na czoło.
— Nie patrz w stronę muru.
— Dlaczego?
— Lucien.
Florentina znieruchomiała i odruchowo spojrzała ku strażnikom. Eveline chwyciła ją za rękaw.
— Nie teraz.
— Przecież on nie żyje.
— Wiem.
Lucien przyjął od dowódcy dokument. Przejrzał go pobieżnie i wskazał coś za bramą. Nie nosił żadnych oznaczeń, lecz żołnierz słuchał go z uwagą.
Kobiety przed nimi ruszyły, więc Eveline pociągnęła Florentinę za sobą.
Lucien spojrzał w stronę kolejki.
Eveline opuściła głowę. Spod chustki widziała jego buty i dolną część płaszcza. Przeszedł kilka kroków wzdłuż muru, zatrzymał się przy stojących kobietach, a potem wrócił do dowódcy.
Nie zawołał straży.
— Dalej, dalej! — ponagliła je starsza praczka. — Przełożona nie będzie na was czekać do wieczora.
Florentina podniosła kosz.
— Rozpoznał nas? — szepnęła.
— Nie wiem.
— Musimy powiedzieć Grijsowi.
— Powiemy, kiedy wrócimy.
Starsza praczka pokazała strażnikowi dokument. Żołnierz obejrzał go i wskazał Eveline oraz Florentinę.
— A te dwie?
— Do przełożonej. Szukają pracy.
— Bez papierów?
— Dlatego idą do przełożonej.
Strażnik przyjrzał się obu kobietom. Florentina stała z koszem trzymanym przed sobą w wyprostowanych rękach.
— Przechodzić.
Eveline ruszyła pierwsza. Dopiero po przekroczeniu furtki obejrzała się przez ramię.
Lucien nadal stał przy dowódcy. Nie patrzył w ich stronę.
***
Za murem znajdował się długi dziedziniec otoczony niskimi budynkami. Wzdłuż jednej ze ścian ustawiono drewniane kadzie, przy których kobiety pracowały z podwiniętymi rękawami. Z otwartych drzwi dochodził stuk ciężkich pras i szum wody. Na sznurach rozciągniętych między budynkami wisiały prześcieradła, koszule i lniane obrusy.
Starsza praczka zaprowadziła je do pomieszczenia na końcu dziedzińca. Przy stole zasłanym rachunkami siedziała siwiejąca kobieta z okularami zsuniętymi na nos.
— Przyszły szukać pracy — oznajmiła praczka. — Bez dokumentów.
Kobieta odłożyła pióro.
— Nazwiska?
— Ewa — odpowiedziała Eveline.
— Tina — dodała Florentina.
— Pracowałyście już w pralni?
— Pomagałam w domu — powiedziała Florentina.
— Przy praniu?
— Między innymi.
Przełożona spojrzała na jej dłonie.
— Nie wyglądasz na taką, która często stała przy balii. Zresztą bez potwierdzenia zatrudnienia i tak nie mogę was przyjąć. Wczoraj przy bramie zamku zawrócili kobietę, która pracuje tu od piętnastu lat, bo zapomniała dokumentu.
Sięgnęła po pióro, lecz Florentina nie ruszyła się z miejsca.
— Czy pamięta pani królową Adelę?
— Znałaś królową?
— Przyjeżdżała tutaj przed laty. Czasami zabierała ze sobą córkę.
— Skąd o tym wiesz?
— Kiedyś przewróciłam kosz z czystą bielizną i kazałam wyprać wszystko jeszcze raz.
Przełożona zdjęła okulary.
— Florentina?
— Proszę ciszej.
Kobieta podeszła do drzwi i zamknęła je.
— Wasza Wysokość, co ty tutaj robisz?
— Muszę zobaczyć się z ojcem.
— Zamek jest pełen żołnierzy Vermaaru — powiedziała przełożona. — Odkąd weszli do zamku, kontrolują, kto wchodzi i wychodzi. Niektórym służącym kazali opuścić komnaty, w których pracowali od lat.
— Dlatego potrzebuję pani pomocy.
Przełożona wskazała Eveline.
— A ona?
— Lepiej, żeby pani nie znała jej imienia. Przyjechałyśmy razem.
Kobieta podeszła do okna. Przez szybę widać było praczki noszące kosze między budynkami.
— Twoja matka przychodziła tutaj bez zapowiedzi. Zawsze twierdziła, że chce zobaczyć, jak pracujemy. A potem przez pół dnia rozmawiała z kobietami i przeszkadzała wszystkim w robocie.
Florentina uśmiechnęła się.
— Pamiętam.
— Gdyby dowiedzieli się, że ukrywam księżniczkę, nie skończyłoby się na utracie pracy.
— Nie będę pani do niczego zmuszać.
Przełożona odwróciła się od okna.
— Dobrze, bo nie mogłabyś.
Wyjęła z szafy dwa płócienne fartuchy.
— Brakuje mi dziś czterech kobiet. Możecie pomagać do południa. Potem wyjeżdża wóz z bielizną do zamku. Przy rozładunku zawsze potrzeba więcej rąk.
Podała fartuch Florentinie. Potem wyjęła z szuflady arkusz, dopisała pod listą dostawy dwa imiona i przyłożyła pieczęć cechu.
— Z tym przejdziecie przez bramę zamku. Pod spodem jest moje nazwisko. — Odłożyła pieczęć. — I mam nadzieję, że tym razem nie każesz mi prać wszystkiego od nowa.
Florentina spojrzała na nią zaskoczona.
***
Przez następną godzinę nosiły kosze między dziedzińcem a suszarnią. Florentina układała prześcieradła tak starannie, że starsza praczka odebrała jej pierwsze trzy i pokazała, jak składać je szybciej.
— Nikt ich nie będzie mierzył linijką.
— Oczywiście — odpowiedziała Florentina.
Eveline zajęła się sortowaniem bielizny przeznaczonej do zamku. Na koszach wisiały drewniane tabliczki z oznaczeniami poszczególnych skrzydeł.
— Te z królewskim herbem też jadą dzisiaj? — zapytała, kiedy starsza praczka przyniosła kolejną partię.
— Do zachodniego składu. Dalej odbiera je służba. — Kobieta rzuciła na stół następne prześcieradło. — Chociaż teraz wszystko leży tam po kilka dni. Nie wpuszczają nas nawet po brudną bieliznę.
— Do komnat króla?
— A gdzie indziej? Żołnierze przynoszą kosze na schody. Tylko medyk rady może tam swobodnie chodzić. Jest jeszcze stary służący, ale jego też sprawdzają.
Eveline złożyła prześcieradło i odłożyła je na właściwy stos.
— Podobno król nadal nie wstaje z łóżka.
— Podobno. Nikt go przecież nie widuje. Tylko ten człowiek od książek ma zawsze pozwolenie.
— Od książek?
— Przynosi je co kilka dni. Musi być kimś ważnym, skoro nawet nie każą mu czekać. — Praczka wskazała pozostałą bieliznę. — A teraz kończmy, bo przełożona zaraz wróci.
Kiedy Florentina przyszła po kolejny kosz, Eveline przekazała jej, czego dowiedziała się o królewskich komnatach.
— Kiedy się pokłóciliśmy, ojciec posyłał do mnie służącego — powiedziała Florentina. — Pytał przez niego, co teraz czytam. Wiedział, że w końcu przyjdę mu opowiedzieć.
— Znasz kogoś, kto nadal tam służy?
— Nie wiem, kogo zostawili.
Z dziedzińca dobiegło nawoływanie przełożonej.
— Wy dwie! Do wozu!
***
Za pralnią stał ciężki wóz nakryty brezentem. Dwóch robotników ładowało na niego kosze, a woźnica poprawiał uprząż jednego z koni.
Przełożona podała Eveline i Florentinie po mniejszym koszu.
— Te zaniesiecie do składu przy zachodnim skrzydle. Woźnica pokaże wam drogę.
— Dziękuję — powiedziała Florentina.
— Podziękujesz mi, kiedy wrócisz.
Eveline zajęła miejsce obok woźnicy, a Florentina usiadła za nią, przytrzymując kosz na kolanach.
Przy furtce przełożona sama wcisnęła żołnierzowi dokument. Kiedy zaczął pytać o dwie nowe, wskazała dopisek z pieczęcią i zapytała, czy ma odesłać połowę bielizny z powrotem, żeby ktoś mógł to jeszcze raz przepisać. Żołnierz odsunął się od furtki.
Droga prowadziła między wysokimi murami. Po kilku minutach przejechali pod kamiennym łukiem i zatrzymali się przed drugą bramą, znacznie większą od poprzedniej.
Eveline rozpoznała wieże zamku.
Przy bramie stało sześciu żołnierzy. Dwóch miało na płaszczach znak Vermaaru, pozostali nosili królewskie barwy. Wszyscy odpowiadali przed jednym dowódcą siedzącym przy stole pod murem.
Woźnica podał dokumenty.
— Bielizna do zachodniego skrzydła.
Dowódca przejrzał listę i zatrzymał palec przy dopisku na dole.
— Ewa i Tina. Za poręczeniem pralni. — Wskazał Florentinę. — Zejdź. Otwórz największy kosz.
Florentina postawiła swój kosz na siedzeniu i zeskoczyła na bruk. Podeszła do tylnej części wozu.
— Ten? — zapytała.
— A widzisz tu większy?
Zdjęła pokrywę i ostrożnie odsunęła prześcieradła. Strażnik wsunął rękę między tkaniny.
— Nie trzeba ich rozkładać — odezwał się woźnica. — Wszystkie są policzone.
— To nie ty decydujesz, co sprawdzam.
Woźnica zamilkł.
Florentina nadal trzymała pokrywę oburącz. Żołnierz wyjął z kosza kilka prześcieradeł i rzucił je na burty wozu.
— Załóż z powrotem.
Księżniczka zaczęła wyrównywać brzegi, ale zaraz się powstrzymała i wepchnęła prześcieradła do kosza. Założyła pokrywę. Strażnik przyglądał jej się jeszcze przez kilka sekund, po czym machnął ręką.
— Jechać. I nie włóczyć się po dziedzińcu.
Brama otworzyła się z ciężkim skrzypnięciem i wóz ruszył.
Eveline przyglądała się znajomym budynkom. Zamek wyglądał niemal tak samo jak podczas ich poprzedniego pobytu, ale dziedzińce pełne były żołnierzy. Pod arkadami stały uzbrojone patrole, a przy schodach prowadzących do głównego skrzydła ustawiono barierę.
Florentina patrzyła w stronę najwyższej wieży.
— Tam są komnaty ojca.
Wóz zatrzymał się przy niskim budynku gospodarczym. Robotnicy zaczęli zdejmować kosze.
— Te do środka — powiedział woźnica, wskazując dwa z królewskim herbem. — Resztę zostawcie przy ścianie.
Eveline i Florentina zabrały wskazane kosze i poszły za robotnikiem przez arkadę do chłodnego korytarza.
Za pierwszym zakrętem znajdował się skład bielizny. Przy ścianach stały wysokie szafy, a na półkach leżały stosy prześcieradeł i obrusów. Młoda służąca przyjmowała dostawę, sprawdzając oznaczenia.
— Zachodnie skrzydło? Postawcie pod oknem.
Florentina odstawiła kosz i rozejrzała się po pomieszczeniu. Przez otwarte drzwi widziały schody prowadzące na wyższe piętro, przy których stał strażnik.
— Tędy kiedyś chodziłam do ojca — szepnęła.
Młoda służąca zaczęła sprawdzać zawartość jednego z koszy.
— Możecie wracać.
Florentina nie ruszyła się.
— Szukam pani Wenny. Służyła tutaj przed laty.
— Nadal tu jest — odpowiedziała służąca, nie przerywając pracy. — Teraz zajmuje się pokojami służby, przy kuchniach.
— Dziękuję.
Wyszły ze składu.
— Wenna znała moją matkę — powiedziała Florentina.
— Możesz jej zaufać?
— Przekonam się.
Przy schodach strażnik zatrzymał służącego niosącego tacę. Zażądał dokumentu i dopiero po jego obejrzeniu pozwolił mu przejść.
Z końca korytarza dobiegł odgłos płynącej wody.
Eveline podeszła do niskich drzwi, częściowo zasłoniętych drewnianym regałem. Spod progu ciągnęło chłodem, a gdzieś niżej woda uderzała o kamień. Szum przypominał jej ten z groty pod zamkiem, który słyszała również we śnie. Przy framudze ktoś dawno temu wyżłobił w kamieniu kreskę rozdzielającą się na trzy odnogi.
— Znalazłaś coś? — zapytała Florentina.
— Chyba wejście do starych kanałów.
Eveline nacisnęła klamkę. Drzwi ustąpiły, odsłaniając kilka pierwszych kamiennych stopni. Niżej panowała ciemność.
— Chcesz tam zejść?
— Sprawdzę, dokąd prowadzą. Wieczorem zamkną skład, a jutro mogą nas tu już nie wpuścić.
Florentina odsunęła się od drzwi.
— Lucien może być wszędzie. Nie możemy się teraz rozdzielać.
— Wenna zna ciebie, nie mnie. Jeśli pójdę z tobą, będziesz musiała tłumaczyć, kim jestem.
— A jeśli znajdzie cię w podziemiach?
— Wtedy przynajmniej nie znajdzie ciebie.
Florentina zacisnęła usta.
— To nie jest dobry plan.
— Wiem, ale od tamtej nocy w lesie słyszę tę wodę, kiedy tylko zamknę oczy. Muszę zobaczyć, skąd płynie.
Księżniczka spojrzała w stronę schodów prowadzących do królewskich komnat.
— Przed zmierzchem wracamy do pralni — powiedziała. — Jeśli nie uda nam się spotkać, Grijs będzie czekał przy dawnej drodze.
— Pamiętam.
— Nie schodź za daleko.
Eveline skinęła głową i zaczekała, aż księżniczka zniknie za zakrętem. Przy wejściu do składu wisiała niewielka, zapalona lampa. Zdjęła ją z haka, odstawiła pusty kosz pod regał i weszła na kamienne schody, zamykając za sobą drzwi.
Na dole szumiała woda.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania