Sklep rzeczy utraconych - rozdział 31
Ścieżka początkowo biegła wzdłuż murów Meren, a następnie skręcała między drzewami. Grijs jechał pierwszy, za nim Florentina, Eveline i Vaelen. Wilgotna ziemia tłumiła stukot kopyt, a wysokie korony drzew przesłaniały jasne niebo.
Przez pierwszą godzinę niemal nie rozmawiali.
Przy jednym z rozwidleń Grijs zsiadł z konia i obejrzał ślady na ziemi. Ostatecznie wybrał węższą ścieżkę, częściowo zarośniętą krzewami.
— Dlaczego nie pojedziemy traktem? — zapytała Eveline.
— Bo trakt jest dobrym miejscem, żeby nas zobaczyć.
— A ta droga?
— Dobrym miejscem, żeby zgubić konia, jeśli nie będzie pani patrzeć pod nogi.
Eveline zerknęła na wystający korzeń.
— Zachęcające.
— Ostrzegałem.
Vaelen, jadący za nią, odezwał się spokojnie:
— Proszę spojrzeć na to z lepszej strony. Przynajmniej nie grozi nam spotkanie z kupcami.
— To rzeczywiście największa zaleta tej wyprawy.
Usłyszała jego cichy śmiech, ale nie obejrzała się.
Nieco później las zaczął rzednąć. Grijs zatrzymał konia przy skraju wzniesienia, z którego można było zobaczyć dolinę.
— Dalej pójdę sam.
Zsiadł. Vaelen podjechał obok Eveline i przejął od niego wodze.
— Jeśli usłyszycie dwa krótkie gwizdy, zawróćcie w las. Jeden oznacza, że możecie zejść.
— A jeśli usłyszymy krzyk? — zapytała Eveline.
— Wtedy nie radzę czekać na gwizd.
Ruszył w dół zbocza, pozostając między drzewami.
— Czy on zawsze tak żartuje? — zapytała Eveline.
— Tylko wtedy, kiedy uważa, że jest niebezpiecznie — odpowiedziała Florentina.
— Czyli ostatnio bez przerwy.
— Od Beken.
Księżniczka zsiadła z konia i podeszła do skraju wzniesienia. Spomiędzy drzew widać było pas wody przecinający dolinę.
— Kiedy wyjeżdżaliśmy z Meren, zastanawiałam się, ilu z tamtych żołnierzy jeszcze zobaczę — powiedziała.
Eveline stanęła obok niej.
— Hadren wie, co robi.
— Tak. Ale nie ma ludzi przygotowanych do walki z tym, co widziałyśmy w Kadenie.
Eveline przypomniała sobie Doorna. Przez moment widziała go takim, jakim był jeszcze przed ucztą: wyprostowanego, z dłonią opartą na rękojeści miecza, cierpliwie czekającego, aż Florentina skończy wydawać polecenia.
— Gdyby chodziło tylko o armię Vermaaru, byłabym spokojniejsza — dodała Florentina.
Z doliny dobiegł pojedynczy gwizd.
Po chwili między drzewami pojawił się Grijs. Wracał szybkim krokiem.
— Bród? — zapytał Vaelen.
— Rzeka wezbrała. Konie mogłyby wejść do wody, ale nie ręczę, że zdołałyby wyjść po drugiej stronie.
Florentina podeszła bliżej.
— Znajdziemy inną przeprawę?
— Być może już ją znalazłem.
Grijs wyjął mapę Hadrena i rozłożył ją na płaskim kamieniu.
— Kawałek dalej, za zakrętem rzeki, stoi most. Widziałem go z grzbietu.
Eveline pochyliła się nad mapą.
— Przy starej drodze Kompanii?
— Tak.
Spojrzała na Vaelena.
— Czyli jednak.
— Widział pan strażników? — Vaelen zwrócił się do Grijsa.
— Nie przy moście. Od strony rozstajów droga może nadal być obsadzona.
Eveline przypomniała sobie meldunek zwiadowcy w Meren. Żołnierze Vermaaru pilnowali dojazdu do przeprawy, która według oficjalnych map nie powinna już istnieć.
A jednak od strony lasu mogli do niej dotrzeć.
— Możemy obejrzeć most — powiedział Vaelen. — Nie musimy od razu decydować, czy z niego skorzystamy.
Grijs złożył mapę.
— Konie zostawimy wyżej, dopóki nie sprawdzę dojścia.
Most znajdował się w najwęższym miejscu doliny, gdzie rzeka przeciskała się między skalistymi brzegami.
Kamienne filary były stare, porośnięte u dołu mchem, z krzewami wyrastającymi ze szczelin między blokami. Drewniana konstrukcja między nimi była znacznie nowsza: jasne belki odcinały się od ciemnego kamienia.
— Nie wygląda na naprawiany w pośpiechu — zauważyła Eveline.
Grijs przyjrzał się konstrukcji.
— Cieśle, drewno, ludzie do ciężkiej pracy. To nie robota na jedną noc.
— I nikt w Meren o tym nie wiedział?
— Być może ktoś wiedział — odpowiedział Vaelen. — Pytanie, komu uznał za stosowne o tym powiedzieć.
Grijs wskazał im miejsce między drzewami.
— Zaczekajcie tutaj.
Zszedł w dół, przeszedł przez most i zniknął za przeciwległym filarem.
Na deskach widniały ślady kół, a przy obu wjazdach ziemia była głęboko rozjeżdżona.
— Przejeżdżały tędy ciężkie wozy — zauważyła Eveline.
— Z północy? — zapytała Florentina.
— Jeszcze nie wiem.
Przypomniała sobie rejestry w archiwum. Trzysta dwadzieścia funtów. Dwieście osiemdziesiąt. Ponad czterysta. Wtedy były to tylko liczby w kolumnie.
Teraz widziała, jak głęboko ciężkie koła potrafiły wcisnąć się w ziemię.
Grijs wrócił po kilkunastu minutach.
— Po drugiej stronie nikogo nie widziałem. Droga prowadzi dalej na północ. Są świeże ślady kół i koni, ale żadnego posterunku.
Florentina ruszyła do koni.
— Jeśli zawrócimy, stracimy co najmniej dzień. Meren nie ma tyle czasu.
Grijs zastąpił jej drogę.
— Sprawdziłem brzegi. Nie wiem, co jest dalej.
— Wiem. Przeprowadzimy konie pojedynczo.
Eveline poszła po swojego wierzchowca. Jeśli Strateg chciał, żeby wybrali tę drogę, właśnie spełniali jego życzenie. Odwiązywała wodze, nasłuchując, czy spoza szumu rzeki nie dobiegnie tętent.
Grijs sprawdził popręg przy siodle Florentiny, a potem podszedł do własnego konia.
— Ja pierwszy.
— Oczywiście — odparła Florentina.
Vaelen uśmiechnął się lekko.
— Tym razem trudno mi się z Waszą Wysokością nie zgodzić.
— Proszę się do tego nie przyzwyczajać.
Grijs poprowadził konia w stronę mostu.
Drewno trzeszczało pod kopytami, ale konstrukcja nie drgnęła.
Grijs dotarł na drugi brzeg i dał znak pozostałym. Florentina przeprowadziła swojego konia, a kiedy zeszła z mostu, ruszyła Eveline.
Kilkanaście stóp niżej woda uderzała o kamienne filary i pieniąc się, płynęła dalej między skałami.
Przy jednej z belek Eveline zauważyła żywicę zachowaną w szczelinie. Przesunęła po niej palcem, zanim ruszyła dalej.
Na środku przeprawy koń szarpnął łbem i parsknął. Eveline przystanęła, żeby go uspokoić. Dopiero wtedy spojrzała pod nogi.
Między dwiema deskami, tam gdzie koło musiało podskoczyć na łączeniu, tkwił niewielki, czarny odprysk.
Zatrzymała konia i przyklękła z boku jego łba, trzymając wodze krótko w lewej dłoni. Prawą podważyła odprysk. Ustąpił dopiero przy drugim nacisku, boleśnie odginając paznokieć. Wsunęła go do kieszeni halki, obok łuski spod Veld, i natychmiast wstała. Koń ciągnął już ku przeciwległemu brzegowi.
Dopiero gdy Eveline zeszła na drugi brzeg, Vaelen ruszył za nią.
Kiedy do niej dołączył, wskazała mu jaśniejsze belki.
— Drewno może mieć rok, najwyżej dwa.
— Czyli przygotowania zaczęły się przed Beken — zauważył Vaelen.
— Jeśli to część tego samego planu.
— Wolałbym, żeby pani miała rację tylko co do wieku drewna.
Grijs przyklęknął przy koleinach.
— Wygląda na to, że cięższe wozy jadą na południe — powiedział po chwili.
Florentina podeszła bliżej.
— Co na to wskazuje?
— Głębsze koleiny przy zjeździe i ślady hamowania. Powrotne są płytsze. Możliwe, że wozy wracają bez ładunku.
— Czyli coś wywożą z północy. Ale co? — zapytała księżniczka.
— Ślady tego nie powiedzą — odparł Grijs.
Eveline oddała wodze Vaelenowi i wyjęła z kieszeni oba odłamki. Dopiero teraz mogła je przyłożyć do siebie. Ta sama czerń. Ta sama nienaturalna regularność. Jedna krawędź nowego fragmentu była pęknięta, druga tak równa, jakby ktoś ją wyciął.
— Może to nam coś powie.
Grijs podniósł głowę, a Florentina przyjrzała się znalezisku.
— Ten znalazłam pod Veld — powiedziała Eveline, wskazując większy fragment. — Drugi był wciśnięty między deski mostu.
— Wyglądają identycznie — zauważyła księżniczka.
— Tak. Nie wiem, skąd pochodzi ten drugi. Ale jeśli przewożono tędy takie bestie, mogły zostawić po sobie coś podobnego.
Vaelen nie patrzył na odłamki.
Patrzył na nią.
Eveline schowała łuski i odebrała wodze. Grijs wstał i otrzepał dłonie.
— Nie powinniśmy tu zostawać. Na otwartym terenie widać nas z obu zboczy.
Florentina spojrzała na drogę prowadzącą na południe.
— A z rozstajów można dostać się pod Meren.
Ruszyli dalej.
Eveline obejrzała się jeszcze raz. Most stał pusty. Po drugiej stronie rzeki świeże koleiny znikały między drzewami, prowadząc na południe, ku rozstajom.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania