Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 24a

Noc powoli ustępowała, choć niebo wciąż było ciemne. Eveline próbowała zasnąć, ale za każdym razem, kiedy któryś z koni przestępował z nogi na nogę albo poruszał uwiązem, otwierała oczy.

Grijs siedział przy wejściu do zagłębienia z rannym ramieniem przyciśniętym do piersi. Miecz położył obok siebie, w zasięgu dłoni. Florentina leżała pod płaszczem, ale po jej oddechu było widać, że także nie śpi.

Vaelen został na warcie. Nie wrócił już między nich, tylko stał przy skałach, w tym samym miejscu, z którego wcześniej patrzył na las. Od czasu do czasu obracał głowę, jakby czegoś nasłuchiwał. Eveline obserwowała go spod przymkniętych powiek, ale ani razu nie spojrzał w jej stronę.

Kiedy niebo zaczęło szarzeć, Grijs wstał pierwszy. Podniósł miecz, sprawdził konie i ruszył w stronę martwego stworzenia.

Nad ciałem krążyły dwa kruki, ale żaden nie usiadł. Grijs zatrzymał się przy bestii, przez chwilę patrzył na ptaki, a potem odwrócił głowę ku drzewom.

Eveline podniosła się, poprawiając płaszcz na ramionach.

— Dokąd pani idzie?

— Z panem.

— Nie powiedziałem, że gdzieś idę.

— Dlatego pytanie byłoby stratą czasu.

Spojrzał na nią, potem na Vaelena, który nadal stał przy skałach.

— Pięć minut — powiedział.

Florentina uniosła się na łokciu.

— Idę z wami.

— Nie.

— Grijs.

— Wasza Wysokość ma zostać przy koniach.

— Nie jestem dzieckiem.

— Tym bardziej.

Florentina otworzyła usta, ale Eveline ruszyła już za Grijsem. Po kilku krokach usłyszała za sobą krótkie przekleństwo, wypowiedziane tak cicho, że Grijs mógł udawać, że go nie słyszał.

Udawał.

Las zaczynał się niecałe trzydzieści kroków od obozu. Między pierwszymi drzewami ziemia była miękka od nocnej wilgoci i uginała się pod butami. Grijs przykucnął prawie od razu.

— Koń — powiedział.

Eveline spojrzała na zagłębienia po kopytach. Widziała je wyraźnie, ale niewiele z nich potrafiła wyczytać.

— Jeden?

— Jeden.

Grijs przeszedł kilka kroków w bok. Ślady nie prowadziły prosto przez las, tylko zakreślały szeroki łuk wokół niewielkiej polanki między drzewami.

— Krążył tutaj — powiedziała Eveline.

— Stał. Przestępował.

Przy najbliższym pniu ziemia była rozryta głębiej. Mech został zdarty aż do korzeni, a przez wilgotną glebę ciągnęła się wąska bruzda. Pachniało tu inaczej niż w reszcie lasu — kwaśno i zwierzęco, jak w źle wysprzątanej stajni.

— Coś było przywiązane — powiedział Grijs, dotykając bruzd palcami.

Eveline spojrzała na pień. Kora na wysokości jej kolana była starta do jasnego, gładkiego drewna, nie tylko w jednym miejscu. Ślad obejmował niemal połowę pnia.

— Długo?

— Wystarczająco.

Kilka kroków dalej Grijs podniósł z ziemi krótki kawałek sznura, nie dłuższy niż palec. Jeden koniec był postrzępiony, drugi gładko przecięty.

— Mogę? — zapytała Eveline, wyciągając rękę.

Podał jej fragment. Nie był to zwykły konopny powróz. Włókna były cienkie, ciasno skręcone, sztywne pod palcami i niemal czarne od impregnatu.

— Dobry sznur — powiedziała.

— Sznur to sznur.

— Nie w sklepie.

Obróciła sznur między palcami i dopiero wtedy zauważyła ciemnoczerwoną smugę zaschniętej krwi na jednym z włókien. Oddała go Grijsowi.

— Bestia była tutaj.

Grijs spojrzał na zrytą ziemię, potem na ślady kopyt.

— Przywiózł ją.

— Albo prowadził obok konia.

— Nie — powiedział, wskazując miejsce kilka kroków dalej, gdzie w miękkiej ziemi widniał głębszy odcisk jednego kopyta. — Koń miał ciężar.

Eveline patrzyła na ślad dłużej, niż było trzeba.

— Nasze konie wpadły w panikę, zanim jeszcze wyszła spomiędzy drzew.

— Tak.

— A jego ją niósł.

Grijs podniósł na nią wzrok. Przez chwilę nic nie mówił.

— Był do niej przyzwyczajony.

Eveline przykucnęła przy śladach. Bok odpowiedział tępym ukłuciem pod żebrami i przez moment musiała oprzeć dłoń o pień, zanim zeszła niżej. Dopiero wtedy zauważyła, że jeden z odcisków różni się od pozostałych. Trzy brzegi były gładkie, czwarty miał małe, ostre zagłębienie.

— Tutaj.

Grijs spojrzał.

— Gwóźdź.

— Nie taki jak pozostałe.

— Podkowa mogła być naprawiana.

— Właśnie. Jeśli zobaczymy ten ślad jeszcze raz, będziemy wiedzieć, że to ten sam koń.

Grijs patrzył przez chwilę na ziemię.

— Jeśli zobaczymy.

Podniósł głowę ku drzewom. Nie śpiewał ani jeden ptak. Tylko kruki krążyły nad skałami.

Eveline przesunęła wzrok z odcisku kopyta na bruzdę przy pniu i z powrotem. Brzeg śladu wchodził w zrytą ziemię i ją przygniatał. Kopyto stanęło na bruździe, a nie odwrotnie.

— Nie odjechał wcześniej — powiedziała. — Najpierw ona zerwała się ze sznura. Dopiero potem on stąd odjechał.

Grijs spojrzał tam, gdzie wskazywała.

— Czyli był tu przez cały czas.

— Tak.

Eveline znów popatrzyła na startą korę.

— A za każdym razem cofała się właśnie w tę stronę.

Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało. Eveline przypomniała sobie oczy stworzenia — nie wściekłe, tylko przestraszone — i Vaelena stojącego twarzą do drzew, zanim koń wydał pierwszy dźwięk.

— Czego się bała? — zapytała cicho.

Grijs spojrzał głębiej między drzewa.

— Może nie czego.

Eveline przeniosła na niego wzrok.

— Kogo.

Kiedy wrócili, Florentina stała już przy koniach, a Vaelen zapinał jedną z toreb. Spojrzał na nich, gdy podeszli.

— Znaleźliście coś?

Grijs rzucił mu kawałek sznura. Vaelen złapał go jedną ręką.

— Ktoś trzymał ją przywiązaną w lesie — powiedział Grijs. — Przywiózł ją na koniu. Patrzył, jak na nas idzie. Odjechał dopiero potem.

Vaelen obejrzał przecięty koniec sznura.

— Jeździec?

— Możliwe.

— Ten sam, którego widzieliśmy wczoraj? — zapytała Florentina.

Grijs spojrzał na nią.

— Tego nie wiemy.

Vaelen oddał mu sznur.

— Wiemy przynajmniej, że nie przyszła sama.

Florentina zerknęła w stronę martwej bestii. Kruki nadal krążyły nad skałami, ale żaden nie zszedł niżej niż na wysokość drzew.

— Jedziemy.

Grijs ruszył po siodło, jednak przy pierwszym ruchu jego twarz napięła się. Eveline od razu to zauważyła.

— Proszę usiąść — powiedziała.

— Nic mi nie jest.

— Krwawił pan przez całą noc.

— Już nie.

Eveline wskazała ciemną plamę przy łokciu.

— Wygląda na to, że rana ma inne zdanie.

Florentina odwróciła się, jakby nagle bardzo interesowały ją pasy przy siodle. Grijs westchnął i usiadł na płaskim kamieniu.

Eveline oddarła pas płótna z brzegu sukienki i sięgnęła po bukłak z wodą. Uklękła przy Grijsie, rozpięła klamrę przy jego łokciu i ostrożnie odsunęła płytę pancerza. Pod spodem materiał był przecięty i sztywny od zaschniętej krwi, a przez skórę biegły trzy równoległe rany. Dwie płytkie, trzecia głębsza.

Przepłukała rany wodą, osuszyła je kawałkiem materiału i zaczęła owijać łokieć świeżym pasem płótna. Mięsień pod jej palcami napinał się przy każdym obrocie bandaża. Grijs patrzył ponad jej ramieniem, na Vaelena.

— Widziałem — powiedział cicho.

Eveline nie przestała wiązać.

— Co takiego?

— Jego rękę. Sięgnął pod płaszcz, a potem się zatrzymał.

Zacisnęła węzeł.

— Też to widziałam.

— W Kadenie się nie zatrzymał. — Grijs nadal patrzył na Vaelena. — Na korytarzu człowiek Vermaaru biegł prosto na panią. Usłyszałem trzask. Krótki, jakby pękło suche drewno. Upadł, zanim zdążyłem się odwrócić.

Eveline wygładziła płótno na jego łokciu.

— A na dziedzińcu było światło.

— Cienka linia. Jak błysk słońca na ostrzu. Tylko że nie było ostrza. Ani cięciwy.

— Kusza?

Grijs pokręcił głową.

— Widziałem kusze z Vermaaru i z południa. Żadna nie mieści się pod płaszczem. I żadna nie zostawia takiej rany.

— Jakiej?

— Wąskiej. Brzegi były czarne, jakby ktoś przyłożył do skóry rozgrzany drut.

Eveline przez chwilę milczała.

— W porcie widziałam to z bliska — powiedziała w końcu. — Nie potrafiłam tego rozpoznać wtedy i nadal nie potrafię.

Grijs spojrzał na nią uważniej. To najwyraźniej wystarczyło, żeby zrozumiał, jak bardzo niezwykły był ten przedmiot.

— Ale widziała pani, co potrafi.

— Tak.

Grijs pokiwał głową. Eveline poprawiła bandaż i puściła jego ramię.

— Gotowe.

Poruszył ostrożnie łokciem, po czym wstał. Zanim odszedł, jeszcze raz spojrzał w stronę Vaelena.

***

Wyruszyli później, niż chciał Grijs. Słońce wyszło zza gór, ale powietrze nadal było zimne. Oddech koni parował w porannym świetle, a droga prowadziła łagodnie między niskimi wzgórzami, coraz dalej od lasu. Trawa po obu stronach była srebrna od rosy.

Konie szły z opuszczonymi łbami. Klacz Florentiny oszczędzała przednią nogę i co jakiś czas Grijs musiał zwalniać, żeby nie została w tyle. Eveline czuła nieprzespaną noc w karku i pod powiekami, a każdy nierówny krok konia odzywał się pod żebrami.

Vaelen jechał pierwszy. Grijs tym razem nie trzymał się za Florentiną, tylko z boku, tak żeby mieć go w zasięgu wzroku. Eveline zauważyła to po kilku minutach. Vaelen prawdopodobnie również, ale nie dał tego po sobie poznać.

Przez pierwszy odcinek nikt się nie odzywał. Dopiero kiedy droga zwęziła się między dwoma skalnymi grzbietami, Grijs przyspieszył i zrównał konia z Vaelenem.

— Lordzie Vaelen.

— Tak?

— Co pan nosi pod płaszczem?

Vaelen spojrzał na niego.

— To dość osobiste pytanie jak na tak wczesną porę.

Grijs nawet nie mrugnął.

— Widziałem to w Kadenie.

— W takim razie wie pan więcej niż większość.

— Widziałem, co to robi. Nie wiem, czym jest.

Vaelen przeniósł wzrok z powrotem na drogę.

— Lepiej, żeby tak zostało.

Grijs odczekał chwilę.

— Więc czym jest?

— Niczym, co byłoby skierowane przeciwko pańskiej księżniczce.

Przez kilka kroków jechali obok siebie w ciszy.

— Jeśli mam odpowiadać za jej bezpieczeństwo — powiedział w końcu Grijs — muszę wiedzieć, z czym jadę.

Vaelen spojrzał na niego spokojnie.

— Do tej pory nie zrobiłem jej krzywdy.

— To nie wystarczy.

Vaelen uniósł lekko brew.

— Nie?

— Nie, jeśli nie wiem, co pan może zrobić.

Przez moment patrzyli na siebie bez słowa. Potem Grijs zwolnił konia i wrócił na swoje miejsce z boku. Nie spuszczał już Vaelena z oczu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania