Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 23b

Obudził ją koń. Nie rżenie, tylko krótki, urwany dźwięk, jakby zwierzę próbowało poderwać głowę, ale coś ścisnęło mu gardło. Eveline otworzyła oczy. Oddech zawisł jej przed ustami białą smugą. Przez moment nie wiedziała, gdzie jest, potem zobaczyła ruch między drzewami. Księżyc wisiał nisko nad skałami, wąski i blady, i wszystko, co oświetlał, wyglądało na szare.

Vaelen już stał. Nie przy koniach, tylko kilka kroków przed nimi, twarzą do lasu, jakby patrzył w tamtą stronę od dłuższego czasu. Nie wyglądał na zaskoczonego.

Grijs poderwał się spod ściany skały.

— Wstawać.

Florentina zerwała się spod płaszcza. Jeden z koni szarpnął uwiąz. Coś poruszyło się za skałą.

Nie było duże. Poruszało się nisko na czterech nogach. Przez chwilę Eveline widziała tylko grzbiet, ciemniejszy od nocy, potem zwierzę wysunęło się spomiędzy drzew. Pysk miało zbyt szeroki. Skóra na karku tworzyła twarde, nierówne płaty, jakby ktoś położył na niej kolejne warstwy wyschniętej gliny. Jedno ucho było rozdarte. Grijs wyciągnął miecz.

— Zostańcie przy koniach.

Bestia ruszyła. Nie na nich, lecz na klacz Florentiny.

Jeszcze przed chwilą Vaelen stał przy drzewach. Teraz był między klaczą a zwierzęciem, a koń nawet nie zdążył drgnąć. Jego dłoń powędrowała pod płaszcz i zatrzymała się w pół ruchu. Potem cofnęła się pusta. Zamiast tego chwycił z torby przy siodle nóż, którym Grijs wieczorem kroił chleb.

Bestia skoczyła. Vaelen zszedł jej z drogi i wbił ostrze w bok, płytko, tuż pod płatem twardej skóry. Stworzenie obróciło się z taką gwałtownością, że musiał odskoczyć; pazury uderzyły w kamień. Grijs wszedł od drugiej strony i ciął przez tylną nogę. Bestia zawyła.

— Eveline! — krzyknęła Florentina. — Konie!

Eveline chwyciła wodze najbliższego. Zwierzę szarpało głową i cofało się, niemal wpychając ją na skałę. Ból przeszył jej bok aż pod łopatkę. Oparła się o kamień całym ciężarem i zacisnęła palce na skórzanym pasku. Kamień był zimny i mokry od rosy; czuła go przez płaszcz całymi plecami.

Bestia rzuciła się na Grijsa. Uniósł ramię i pazur zgrzytnął po płytach pancerza, zsunął się w dół i trafił w łączenie przy łokciu — tam, gdzie segment wciąż odstawał od walki na trakcie. Grijs syknął. Spod płyty pociekła krew.

Vaelen uderzył ponownie, tym razem pod żebra. Bestia cofnęła się o krok, potem o drugi.

I wtedy Eveline, przyciśnięta do skały, z wodzami wkręconymi w dłoń, zobaczyła coś, czego nie umiała od razu nazwać. Zwierzę dwa razy odbiło w stronę, z której przyszło i dwa razy zawróciło. Ani raz nie podeszło do linii drzew bliżej niż na dziesięć kroków. Wolało wrócić między nich, niż wejść między drzewa.

Przez ułamek sekundy stało nieruchomo. Światło księżyca odbiło się w jego oczach. Nie były wściekłe. Były przestraszone.

Vaelen zrobił krok w stronę stworzenia. Bestia cofnęła się ponownie, obejrzała ku drzewom i zawahała się. Grijs przesunął się z drugiej strony, odcinając jej drogę między skałami. Dopiero wtedy rzuciła się w stronę lasu.

Grijs ruszył za nią.

— Nie! — zawołał Vaelen.

Za późno. Bestia przebiegła kilka kroków, zachwiała się i runęła między kamieniami. Zapadła cisza, przerywana tylko niespokojnym parskaniem koni. Grijs stał nad zwierzęciem z mieczem opuszczonym wzdłuż nogi. Z łokcia wciąż kapała mu krew, ale zdawał się tego nie zauważać.

Eveline puściła wodze. Koń jeszcze drżał, ale przestał się cofać. Rozprostowała palce i dopiero wtedy poczuła, jak mocno zaciskała je na pasku.

Spojrzała na martwe zwierzę, potem na rozdarte ucho i podeszła bliżej.

— Eveline — powiedział Vaelen.

Zatrzymała się. Rzadko mówił do niej po imieniu. Jeszcze rzadziej tak cicho.

— Chcę coś zobaczyć.

Vaelen przez chwilę patrzył na nią, ale nic nie powiedział. Eveline przykucnęła przy głowie bestii. Zrobiła to wolniej, niż chciała, podpierając się dłonią o kamień, bo bok nie pozwalał inaczej. Zapach krwi mieszał się z mokrą ziemią. Stworzenie miało zamknięte jedno oko. Drugie pozostało częściowo otwarte.

Najpierw sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyjęła odłamek łuski spod Veld. Przyłożyła go do płata skóry na karku zwierzęcia.

Pod palcami skóra była chłodna. Zbyt chłodna jak na stworzenie, które jeszcze przed chwilą biegło.

Odłamek nie pasował.

Łuska była gładka, czarna i ułożona z niemal nienaturalną regularnością. Skóra tej bestii była szorstka, nierówna, miejscami popękana. Jakby ktoś próbował zrobić to samo, ale mu nie wyszło. Albo jakby jeszcze nie skończył.

Schowała odłamek i odwróciła łeb zwierzęcia ku księżycowi. Z początku widziała tylko rozdarty brzeg ucha, potem odsunęła sierść. Pod nią biegły dwie cienkie linie, równe i równoległe, przecinające dolną część ucha. W szarym świetle wydawały się jaśniejsze od skóry.

Nie były świeże. Blizny zdążyły zblednąć. Nie przypominały śladów po zębach ani pazurach.

— Grijs.

Musiał coś usłyszeć w jej tonie, bo podszedł natychmiast. Eveline wskazała ucho.

— Tutaj.

Przykucnął obok i przyjrzał się bliżej.

— Cięcia.

— Nie. Znak.

Grijs spojrzał na nią.

— Skąd pani wie?

— Bo są dwie i są jednakowe. Ktoś chciał, żeby zostały.

Przesunęła palcem tuż obok blizn, nie dotykając ich, a potem spojrzała na linię drzew.

— I jeszcze jedno. Bała się tam wrócić. Dwa razy próbowała, dwa razy zawróciła.

Grijs uniósł głowę.

— Czego się bała?

Nikt nie odpowiedział. Grijs przez chwilę patrzył w ciemność między drzewami, jakby czekał, aż coś się w niej poruszy.

Florentina podeszła bliżej.

— Co to zmienia?

— Ta w Kadenie odeszła, kiedy zabrzmiał róg — powiedziała Eveline. — Jakby ją odwołano. A ta przyszła prosto na pani klacz. — Spojrzała na kulejące zwierzę przy skałach. — Na konia, którego teraz najmniej możemy stracić.

Florentina zbladła.

— Drapieżnik wybiera najsłabszą sztukę — powiedział Vaelen.

— Albo ktoś mu ją wskazał — odparła Eveline.

Vaelen nie zaprzeczył.

Grijs wskazał brodą na ucho bestii.

— Znaku wcześniej nie widzieliśmy.

Florentina przyjrzała się bliznom.

— Czyj to znak?

Grijs patrzył na zwierzę i nic nie powiedział. Jego kciuk przesunął się po rękojeści miecza, powoli, raz, potem drugi, jakby coś odliczał.

W końcu się wyprostował.

— Czterdziestu jeden.

Florentina spojrzała na niego.

— Co?

— Tylu ludzi straciliśmy na południu. Beken. Weyden. Veld.

Eveline zrozumiała dopiero po chwili, dlaczego podał tę liczbę. Czterdzieści jeden przestało być bilansem. Zaczynało wyglądać jak wzór.

Florentina długo nie odrywała wzroku od bestii.

— Rada też ich liczyła — powiedziała w końcu. — Każdy meldunek z południa był dla nich kolejnym dowodem, że Kaden jest za słaby, żeby stać sam. — Zacisnęła dłonie. — Głosowali nad Vermaarem, licząc tych ludzi.

Nikt nie dodał nic więcej.

— Myślisz, że tamte też były znaczone? — zapytała Grijsa.

— Nigdy ich tak nie oglądaliśmy.

Eveline spojrzała na niego.

— Zakładaliście, że były dzikie.

— Tak.

— A teraz?

Grijs znów popatrzył na dwie blizny.

— Teraz nie wiem.

Odwrócił głowę w stronę drogi.

— I mieliśmy dziś jeźdźca za plecami.

— Myślisz, że to on? — zapytała Florentina.

— Nie wiem. Ale coś pognało ją w naszą stronę.

Florentina objęła się ramionami i spojrzała w stronę lasu.

Eveline spojrzała na Vaelena. Stał obok, z nożem do chleba wciąż w dłoni, i patrzył na martwe stworzenie. Przypomniała sobie, jak jego ręka zatrzymała się pod płaszczem. I jak stał twarzą do drzew, zanim koń wydał pierwszy dźwięk.

— Vaelen — powiedziała Florentina. — Co pan o tym sądzi?

Przykucnął przy łbie bestii, tuż obok Eveline. Jego ramię niemal dotykało jej ramienia; czuła ciepło przez dwie warstwy płaszcza. Przez cały dzień trzymał się kilka długości konia przed nią. Teraz nie odsunął się.

Rozgarnął sierść i obejrzał dwie blizny.

— Nie wiem.

Eveline spojrzała na niego z bliska. Nie brzmiało to jak unik.

Vaelen jeszcze chwilę patrzył na znak.

— Ale ktoś zrobił go celowo.

Wstał pierwszy. Ciepło zniknęło razem z nim.

Oddał nóż Grijsowi, rękojeścią naprzód. Grijs wziął go, ale nie od razu odwrócił wzrok.

Florentina spojrzała na jego łokieć, na ciemną strużkę spływającą spod płyty.

— Krwawisz.

— Później. Ruszamy przed świtem.

Eveline podniosła się, ostrożnie prostując obolały bok. Za jej plecami Grijs nadal stał nad dwiema bliznami na uchu stworzenia. Tym razem nie sięgnął po płótno, żeby wytrzeć miecz.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania