Poprzednie częściSklep rzeczy utraconych

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 20

Eveline biegła pierwsza, ciągnąc Florentinę za sobą. Dłoń księżniczki była zimna i przez pierwsze kroki zupełnie bezwładna — szła tam, gdzie ją prowadzono, jakby ktoś inny podjął za nią decyzję, by żyć dalej. Bok rozbolał Eveline znowu, dokładnie w tym samym miejscu co wcześniej. Zacisnęła zęby, przyspieszyła i obejrzała się za siebie.

Stwór szedł za nimi. Nie biegł. Poruszał się tak samo równo jak wcześniej, ale korytarz był dla niego za wąski i metalowe barki co krok ocierały się o ściany, wyrywając z nich kawałki kamienia. Przy pierwszym zakręcie nie skręcił. Uderzył w narożnik ramieniem i przeszedł przez niego. Mur rozsypał się na posadzkę, a stwór wyszedł z pyłu po drugiej stronie, nie zwalniając ani na chwilę.

— Szybciej! — krzyknęła Eveline.

Florentina biegła teraz obok niej, oddychając nierówno, ale trzymała się o własnych siłach. Eveline wciąż czuła jej palce zaciśnięte na swojej dłoni. Korytarz rozwidlił się przed nimi.

— W lewo — powiedziała Florentina.

Jej głos był cichy, ale pewniejszy niż wcześniej. Skręciły. Przejście niemal od razu zaczęło się zwężać. Kamienne ściany zbliżyły się do siebie, sklepienie opadło, a szerokie płyty posadzki ustąpiły nierównym stopniom. Za nimi zadudniło. Stwór nie wszedł w zwężenie. Poszedł prosto — przez ścianę, którą właśnie minęły.

Po dwudziestu krokach księżniczka skręciła w miejsce, którego Eveline nie zauważyłaby nigdy — wnękę między dwoma filarami, tak wąską, że trzeba było przejść bokiem. Za nią zaczynały się schody, strome, bez poręczy, wytarte pośrodku.

Schodziły szybko. Na półpiętrze pachniało tłuszczem i czymś kwaśnym. Gdzieś nad nimi, przez grubość kamienia, dobiegł stłumiony huk, po którym z sufitu posypał się pył. Na pierwszym zakręcie Florentina puściła rękę Eveline i oparła się o ścianę.

— Wasza Wysokość?

— Nic mi nie jest.

Twarz miała bladą, na policzkach wciąż widniały mokre ślady, ale spojrzenie było już inne.

— Te schody prowadzą do starego skrzydła — powiedziała. — Dalej jest przejście między wewnętrznym murem a kuchniami. Jeśli nie zostało zamknięte, zejdziemy na dolny dziedziniec.

Nad nimi coś uderzyło w kamień. Raz, potem drugi. Eveline zatrzymała wzrok na ścianie obok schodów. Odgłos dobiegał z boku, choć korytarz, którym przyszły, został za nimi.

— Proszę prowadzić.

Florentina ruszyła pierwsza. Schody zakręcały ciasno wokół kamiennego filaru i miejscami były tak wąskie, że musiały schodzić jedna za drugą. Gdzieś za zewnętrzną ścianą rozległ się zgrzyt metalu o kamień. Ze spoin między blokami posypał się drobny żwir.

Na dole Florentina zatrzymała się przy ścianie i zaczęła przesuwać dłonią po kamieniu. Zza muru dobiegło kolejne uderzenie, a pył posypał się ze sklepienia.

— Szybciej — powiedziała Eveline.

— Wiem.

Palce Florentiny zatrzymały się w wąskiej szczelinie między blokami. Nacisnęła ukryty zatrzask i coś ustąpiło z głuchym zgrzytem. Dopiero wtedy Eveline dostrzegła zarys wąskich drzwi, tak dobrze zlicowanych z kamieniem, że wcześniej wzięła je za część ściany. Florentina wsunęła palce w szczelinę i pociągnęła je ku sobie.

— Tędy.

Przecisnęły się do środka. Florentina pociągnęła za sobą ciężkie drzwi, aż kamienna krawędź osiadła z głuchym stukiem na swoim miejscu. Po drugiej stronie ciągnął się niemal zupełnie ciemny korytarz. Jedynym światłem była lampa wisząca daleko przed nimi.

— Dokąd prowadzi? — zapytała Eveline.

— Do galerii nad kuchniami.

— A potem?

— Na dolny dziedziniec.

— I stamtąd?

Florentina zawahała się tylko na moment.

— Pod północnym murem jest stare przejście. Dawniej używała go straż. Wychodzi poza fortyfikacje.

Eveline spojrzała na nią.

— Możemy nim opuścić Kaden?

— Jeśli nadal jest drożne.

Za ścianą coś uderzyło i deski pod ich stopami zadrżały. Eveline zacisnęła palce na nożu.

— Chodźmy.

Ruszyły dalej. Korytarz był tak wąski, że ramiona niemal ocierały się o ściany. Pod nogami skrzypiały stare deski, a zza jednej ze ścian dochodził zapach dymu, tłuszczu i przypraw.

Po chwili z przodu dobiegły kroki, szybkie i ciężkie. Florentina zatrzymała się i uniosła rękę, a Eveline cofnęła się o pół kroku i uniosła nóż.

— Wasza Wysokość! — dobiegło zza zakrętu.

Florentina poderwała głowę. Eveline nie opuściła noża, dopóki z półmroku nie wyłonił się Grijs z mieczem w dłoni.

— Grijs! — zawołała.

Zatrzymał się na ich widok. Pancerz był porysowany i pokryty pyłem, a na twarzy miał krew, o której Eveline nie potrafiła powiedzieć, czy była jego.

— Szukałem Waszej Wysokości od schodów — powiedział. — Kapitan miał panią prowadzić do króla. Gdzie jest?

Florentina otworzyła usta, ale nic nie powiedziała.

— Nie żyje — odpowiedziała Eveline.

Przez krótką chwilę na twarzy Grijsa nie pojawiło się nic. Potem zacisnął szczękę.

— Jak? — zapytał.

Za ich plecami rozległo się uderzenie. Kamienne drzwi drgnęły w ościeżu. Grijs uniósł miecz, lecz nie dostał odpowiedzi.

— Ruszać.

Florentina ruszyła pierwsza.

— Dolny dziedziniec. Przejście pod murem.

— Zamknięte. Sprawdzaliśmy przed godziną. Krata opuszczona, mechanizm zablokowany.

Florentina zawahała się.

— Stajnie. Stamtąd dostaniemy się na zewnętrzny dziedziniec.

— Jeśli przejdziemy przez plac.

— Idziemy.

Grijs przepuścił Eveline przed sobą i pozostał z tyłu.

— Pan idzie ostatni? — zapytała.

— Tak.

Eveline obejrzała się na niego.

— To nie zatrzymało Doorna.

Grijs milczał przez kilka kroków.

— Wiem.

Za nimi rozległ się trzask kamienia. Coś ciężkiego przebiło się przez wejście do ukrytego przejścia.

Korytarz kończył się wąskimi drzwiami wychodzącymi na drewnianą galerię. Poniżej rozciągała się ogromna kuchnia. Kilka garnków nadal stało nad wygaszonym paleniskiem, ale pomieszczenie było puste, a na kamiennej podłodze leżał przewrócony stół.

Eveline zatrzymała się o pół kroku dłużej niż pozostali. Nad galerią, tuż pod belkami, wisiał ciężki żelazny stelaż obwieszony hakami i miedzianymi naczyniami. Z galerii sięgało się do niego ręką. Podtrzymywały go dwie grube liny biegnące do kołowrotu przy ścianie — podobne do tych, które widywała w porcie, tylko znacznie mniejsze.

Zapamiętała, gdzie jest kołowrót, i zbiegła po schodach. Przy ostatnich stopniach ból przeszył jej bok tak ostro, że straciła rytm, ale nie zwolniła na dłużej.

Za nimi zadudniło. Ściana galerii pękła. Stwór przeszedł przez nią, a kamień posypał się na kuchnię poniżej. Deski ugięły się pod jego ciężarem i cała konstrukcja zatrzeszczała.

— Dalej! — krzyknął Grijs.

Eveline zatrzymała się przy ścianie i odwróciła.

— Liny. Przy kołowrocie.

Grijs spojrzał w górę, potem na nią i dopadł do lin.

— Na ziemię!

Eveline przykucnęła. Grijs ciął pierwszą linę. Stelaż gwałtownie szarpnął w dół z jednej strony, a cały jego ciężar zawisł na drugiej. Stare mocowanie zatrzeszczało, przez moment wytrzymało, po czym wyrwało się z belki.

Żelazny stelaż runął na galerię, gdy stwór zrobił kolejny krok. Balustrada pękła pod uderzeniem, a nadwątlone deski zapadły się pod jego ciężarem. Stwór stracił oparcie i runął w dół razem z częścią galerii.

Belki poszły za nim. Jedna zaklinowała się między ścianą a metalowym barkiem, druga osunęła się w poprzek nóg. Żelazny stelaż spadł na sam wierzch, ciągnąc za sobą haki i miedziane naczynia. Wszystko zniknęło w chmurze pyłu.

Huk odbił się od ścian. Eveline zakryła głowę ręką. Przez kilka oddechów nie widziała ani Grijsa, ani Florentiny.

Spod zawalonej galerii nie dobiegł żaden ruch. Po chwili coś zgrzytnęło, cicho, ale wyraźnie, jak metal przesuwający się po kamieniu. Grijs spojrzał w stronę połamanych belek.

— Chodźmy.

Florentina była już przy drzwiach. Wyszli na dolny dziedziniec, gdzie przy studni leżał przewrócony wóz, a pod murem walały się beczki i porzucona broń.

Eveline zrównała się z Florentiną.

— A król?

Florentina nie odwróciła głowy.

— Królewskie skrzydło jest po drugiej stronie dziedzińca.

Nic więcej nie powiedziała.

Za nimi rozległ się kolejny zgrzyt, tym razem głośniejszy. Eveline obejrzała się. Drzwi kuchni pozostawały puste.

— Rusza się.

— Wiem — odpowiedział Grijs. — Nie mamy dużo czasu.

Poszli szybciej.

Przy murze przejście zwężały porzucone beczki. Grijs odsunął jedną butem. Przetoczyła się po nierównych płytach i odsłoniła leżącego za nią człowieka.

Grijs zatrzymał się.

— Bram.

Eveline spojrzała na ciało.

— To on miał zgłosić moją sakiewkę?

— Tak.

Grijs przykucnął tylko na moment. Odsunął fragment materiału przy łączeniu płyt. Na pancerzu Brama nie było śladów po uderzeniach, które widzieli na ludziach zabitych przez stwora. Pod lewym bokiem napierśnika widniała niewielka ciemna plama, a pod nią wąska rana.

— Nie dotarł na wartownię — powiedziała Eveline.

— Nie.

Dłoń Florentiny powędrowała do medalionu ukrytego pod suknią.

— Obiecałam Doornowi, że odzyskam Kaden.

Spojrzała w stronę zamku.

— Jak mam to zrobić?

Nikt jej nie odpowiedział. Z kuchni dobiegł huk, tym razem wyraźnie bliżej wyjścia.

Florentina puściła medalion, ale palce nie od razu chciały się rozprostować.

— Stajnie — powiedziała.

Ruszyła wzdłuż muru. Pozostali podążyli za nią.

Nie przeszli połowy placu, kiedy zza bramy stajennej wyszło trzech ludzi Vermaaru. Pierwszy zobaczył Florentinę.

— Tam!

Grijs ruszył natychmiast.

Zderzenie mieczy zabrzmiało ostro w otwartej przestrzeni. Pierwszego powalił dwoma cięciami, drugi wszedł mu pod rękę i zmusił do obrotu. Trzeci ominął ich obu i ruszył prosto na Florentinę.

Za plecami Eveline rozległ się trzask łamanego drewna, ale nie obejrzała się. Stanęła przed księżniczką i uniosła nóż. Napastnik zobaczył ostrze i zawahał się na ułamek sekundy — wystarczająco długo, żeby ocenić, czy naprawdę stanowiła zagrożenie.

Eveline wykorzystała tę chwilę. Cofnęła się w stronę przewróconego wozu, pociągając Florentinę za sobą. Przy gwałtownym ruchu bok zapiekł ją ponownie, ale nie puściła jej dłoni. Mężczyzna musiał obejść wóz.

Z kuchni dobiegł kolejny huk. Tym razem Florentina obejrzała się przez ramię.

— Eveline...

— Proszę nie patrzeć.

Napastnik wyszedł zza wozu.

Cienka smuga światła przecięła przestrzeń między nimi. Mężczyzna szarpnął się gwałtownie, a na jego szyi pojawiła się ciemna linia. Zrobił jeszcze jeden krok, wypuścił miecz i osunął się na kolana.

Eveline podniosła wzrok.

Vaelen stał kilkanaście kroków dalej, przy otwartych drzwiach stajni. Kaftan miał rozdarty na ramieniu, włosy pokryte pyłem, a w prawej dłoni trzymał ten sam ciemny przedmiot co wcześniej. Wzdłuż jednej z jego krawędzi gasła cienka linia światła.

Ruszył w ich stronę.

— Nic pani nie jest?

Eveline spojrzała na krew na własnym nożu, potem na niego.

— Nie.

Grijs powalił ostatniego przeciwnika i odwrócił się.

— Gdzie pan był?

— Po drugiej stronie zawalonego przejścia. Musiałem obejść pół skrzydła.

Wzrok Vaelena przesunął się na Florentinę.

— Doorn?

Księżniczka znieruchomiała.

— Nie żyje — odpowiedział za nią Grijs.

Vaelen nie odezwał się. Z kuchni dobiegł głęboki metaliczny huk, cięższy niż poprzednie, i wszyscy odwrócili głowy w tamtą stronę.

Przez otwarte drzwi po drugiej stronie dziedzińca widać było, jak jedna z belek powoli unosi się z podłoża. Po chwili spomiędzy drewna wysunęła się ciemna metalowa ręka i zacisnęła się na jej krawędzi. Eveline poczuła, jak Florentina obok niej sztywnieje. Vaelen nie odrywał wzroku od stwora. Grijs przeniósł wzrok z metalowej ręki na niego.

— Wie pan, co to jest?

Vaelen milczał przez chwilę.

— Tak.

Eveline spojrzała na niego.

— Co?

— Nie tutaj.

Florentina wskazała stajnię.

— Stamtąd możemy dostać się do północnej bramy.

Grijs skinął głową.

— Ruszamy.

Za nimi coś ciężkiego uderzyło o kamień. Ruszyli w stronę stajni, a Eveline nie spuszczała wzroku z pleców Vaelena.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania