Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 43

Pierwsze stopnie zaczynały się zaraz za drzwiami. Eveline zatrzymała wózek przy krawędzi i uniosła lampę. Schody były wąskie, wilgotne, z wyżłobionymi pośrodku kamieniami. Na dole korytarz zakręcał w prawo. Tempo zajrzał przez jej ramię.

— Sześć stopni. Potem będzie równo.

— Mówiłeś, że da się przejechać — odezwał się Vaelen.

— I da. Tylko nie z tobą na wózku.

Grijs odstawił miecz pod ścianę.

— Wezmę nogi.

— Jedną ręką? — Tempo spojrzał na jego bok. — Przytrzymaj wózek, żeby nie zjechał nam na głowy.

Grijs nie odpowiedział. Oparł zdrową dłoń na metalowej ramie. Tempo zdjął broń z ramienia i położył ją na schodach, tuż przy ścianie. Pas zsunął się po kamieniu. Florentina przesunęła lampę tak, żeby oświetlić im drogę.

— Eveline, stań po drugiej stronie — polecił Tempo. — Podtrzymaj go pod ramieniem. Nie naciskaj na opatrunek.

Vaelen otworzył oczy.

— Mogę zejść sam.

— Próbowałeś już wstać.

— To nie to samo.

Tempo wsunął ręce pod jego plecy.

— Jeśli masz zamiar się kłócić, rób to ciszej.

Eveline podeszła do Vaelena. Kiedy przełożyła jego ramię przez swoje barki, poczuła, że koszula na jego plecach jest mokra. Nie wiedziała, czy od potu, czy od krwi.

— Gotowy? — zapytała.

— Tak.

Podnieśli go z platformy. Vaelen spróbował oprzeć stopy o posadzkę, lecz natychmiast ugięły się pod nim kolana. Tempo przejął większą część jego ciężaru.

Na pierwszym stopniu Vaelen syknął. Przy drugim zacisnął palce na ramieniu Eveline tak mocno, że poczuła ból.

— Jeszcze cztery — powiedziała.

— Potrafię liczyć.

Przy trzecim stopniu musieli się zatrzymać. Tempo stał niżej, wspierając Vaelena na swoim barku. Eveline nie mogła zejść dalej, dopóki Vaelen nie przesunął nogi. Wąska ściana ocierała się o jej łokieć.

Z góry dochodził metaliczny zgrzyt. Grijs i Florentina sprowadzali pusty wózek, przytrzymując go za ramę.

— Jeszcze trochę — powiedziała Eveline.

Vaelen spojrzał na nią. Jego twarz była blada, a na skroni zebrał się pot.

Na dole usadzili go pod ścianą. Tempo wrócił po broń, podczas gdy Eveline i Florentina sprowadziły pozostałą część wózka. Grijs przytrzymywał go od góry, lecz przy ostatnim stopniu rama szarpnęła i uderzyła o kamień.

— Ciszej — rzucił Tempo.

— Sam spróbuj — odparł Grijs, prostując się ostrożnie.

Zabrał pozostawiony przy schodach miecz i wsunął go do pochwy.

Wspólnie ułożyli Vaelena na platformie. Eveline poprawiła sakwę pod jego głową i sprawdziła opatrunek. Spod bandaża wystawała wąska, czerwona smuga.

— Znowu krwawi.

Tempo uklęknął i obejrzał materiał.

— Nie aż tak, jak przedtem. Ruszamy.

Pchnął wózek w głąb korytarza. Kamienna posadzka była nierówna, więc koła co pewien czas podskakiwały na spoinach. Vaelen leżał na boku, z jedną ręką przyciśniętą do opatrunku. Eveline szła obok, pilnując, żeby nie uderzył głową o ścianę.

Florentina prowadziła ich z lampą, a Grijs zamykał pochód. Po kilku minutach minęli rząd pustych uchwytów po rurach. Na podłodze leżały oderwane klamry, a spod ściany wystawał przewód opleciony ciemnym materiałem.

— Tędy kiedyś wywożono sprzęt? — zapytała Eveline.

— Odpady — odpowiedział Tempo. — Sprzęt, którego nie dało się już naprawić. Resztę wolano zachować.

— Dokąd prowadził tunel?

— Do kanału pod zachodnim zboczem. Potem zaczęli używać go również do innych rzeczy.

— Jakich?

Tempo spojrzał na leżącego Vaelena.

— Niektórych lepiej nie przewozić głównym wejściem.

Przed kolejnym zakrętem Tempo zatrzymał wózek. Od strony schodów dobiegł niski, przeciągły dźwięk. Eveline przez chwilę brała go za szum wody. Potem usłyszała drugi, krótszy. Florentina uniosła lampę.

— Co to było?

Tempo położył palec na ustach.

Przez otwarty korytarz poniosło się kilka głuchych uderzeń. Następnie rozległ się metaliczny stuk ciężkiego przedmiotu o posadzkę.

Grijs odwrócił się w stronę schodów.

— Ktoś idzie za nami.

Tempo sięgnął po broń.

— Cofnijcie wózek pod ścianę.

— Człowiek? — zapytała Florentina.

— Nie.

Kolejne uderzenia były bliższe. Tym razem Eveline rozpoznała nierówny rytm ciężkich łap.

— Bestia?

Tempo nie odpowiedział. Przesunął coś przy rękojeści swojej broni, a wzdłuż lufy zapaliła się blada linia.

Grijs wyjął miecz zdrową ręką.

— Jeśli jest ich więcej?

— Wtedy będziemy mieli kłopot.

Eveline obejrzała się na Vaelena. Jego oczy były otwarte.

— Skąd wiedzą, że tu jesteśmy? — zapytała.

— Przejście przez archiwum — powiedział Tempo. — Mogli zobaczyć, że zostało otwarte.

Przypomniała sobie jego ostrzeżenie przy zamku. Każdy zamek, którego dotknie, komuś o niej mówi.

— Ale nie dotknęłam tamtych drzwi.

— Nie musiałaś. Już wcześniej uruchamiałaś urządzenia.

Za zakrętem zadźwięczał metal przeciągany po kamieniu. Tempo spojrzał w stronę schodów, które zostawili za sobą.

— Nie będziemy tu czekać. Ruszać.

Pchnął wózek. Eveline pomogła mu przeprowadzić go przez nierówność w posadzce, po czym pobiegła za Florentiną.

Korytarz zwężał się stopniowo. W końcu dotarli do miejsca, gdzie część sklepienia osunęła się przed laty, pozostawiając przejście niewiele szersze od wózka.

Tempo zatrzymał się.

— Trzeba go obrócić.

Florentina podeszła z drugiej strony. Chwyciła ramę, a Eveline uniosła jedno z kół nad wystającym kamieniem.

Wózek przesunął się o kilka cali i utknął.

— Wyżej — powiedział Tempo.

Eveline przyklękła i wsunęła dłoń pod platformę. Metal był zimny, śliski od wilgoci.

Pchnęli razem i koło przeskoczyło przez kamień. Vaelen wciągnął gwałtownie powietrze i chwycił krawędź platformy.

— Przepraszam — powiedziała Eveline.

— Nie pani wina.

Nie spojrzał na nią.

Grijs stał kilka kroków z tyłu, zwrócony do ciemności. Opuścił miecz i pochylił głowę, nasłuchując.

— Zatrzymało się.

Wszyscy znieruchomieli. Z tunelu nie dochodziły już kroki. Słychać było jedynie kapanie wody.

W tej samej chwili za zakrętem rozległo się przeciągłe tarcie metalu o kamień. Eveline cofnęła się od wózka.

Z ciemności wysunęła się najpierw łapa, potem nisko pochylony łeb. Bestia miała ciemną sierść, a na jej barkach spoczywały metalowe płyty, poruszające się wraz z każdym krokiem. Na szyi zwisała zerwana obręcz, od której ciągnął się krótki łańcuch.

Zwierzę zatrzymało się przy zakręcie. Tempo uniósł broń.

— Za mną.

— Nie ma miejsca — powiedziała Florentina.

Wózek nadal tkwił częściowo w zwężeniu. Eveline stała między jego końcem a ścianą, a Grijs zagradzał jedyną drogę prowadzącą do stworzenia.

— Grijs, odsuń się — polecił Tempo.

Grijs zrobił krok w bok. Stworzenie podniosło łeb.

Tempo nie strzelił. Bestia stała tuż za wózkiem, a między lufą a jej łbem leżał Vaelen.

Eveline dostrzegła na uchu bestii dwa równoległe nacięcia.

Przypomniała sobie jeźdźca, który walczył z Grijsem między filarami. Jego ciemny róg. Bestię zatrzymującą się na dźwięk sygnału.

Róg nadal miała w sakwie. Sięgnęła do niej.

— Eveline — odezwał się Vaelen.

Wyjęła instrument.

— Widziałam już taką.

Tempo zerknął na przedmiot w jej dłoni.

— Skąd to masz?

Nie odpowiedziała. Przyłożyła róg do ust i zadęła. Rozległ się niski, nierówny ton.

Stworzenie szarpnęło łbem. Metalowa obręcz uderzyła o płytę na jego szyi.

Grijs odwrócił się do Eveline.

— Ten róg…

Bestia cofnęła przednią łapę. Tempo opuścił nieco broń. Eveline nabrała powietrza i zadęła raz jeszcze, tym razem dłużej. Dźwięk poniósł się tunelem. Zwierzę skuliło kark, a potem odwróciło głowę w stronę, z której przyszło. Przez kilka sekund stało nieruchomo, z łapami szeroko rozstawionymi na posadzce. Eveline czekała, trzymając róg przy ustach. Bestia ruszyła. Powoli minęła zakręt, ciągnąc za sobą łańcuch. Dopiero gdy kroki zaczęły się oddalać, opuściła rękę.

— To nie był zwykły sygnał — powiedział Tempo.

Eveline odetchnęła. Miała zdrętwiałe palce.

— Jeździec w korytarzu z filarami używał takiego samego.

— Nie takiego samego — odezwał się Grijs. — Tego właśnie.

Spojrzała na niego.

— Kazał mi go zatrzymać.

— Po tym, jak jego bestia przestała go słuchać.

Tempo wyciągnął rękę.

— Mogę?

Eveline podała mu róg. Obejrzał ciemną powierzchnię, odwrócił instrument i zajrzał do jego wąskiego końca. W świetle lampy dostrzegła drobne metalowe obręcze umieszczone wewnątrz.

— Znasz to? — zapytał Vaelen.

— Widziałem podobne urządzenia. Dawno temu.

Tempo oddał róg Eveline.

— Schowaj. Te z dwoma nacięciami reagują na ten sygnał. Nie licz, że z innymi będzie tak samo. I nie używaj go bez potrzeby.

— Dlaczego?

— Bo nie wiemy, kto jeszcze usłyszał.

Z głębi tunelu nie dochodziły już żadne odgłosy. Tempo wsunął broń z powrotem na ramię.

— Teraz naprawdę musimy się pospieszyć.

Za zwężeniem korytarz opadał łagodnie. Woda spływała wąskim rowkiem przy ścianie, a chłód stawał się coraz bardziej dotkliwy.

Eveline szła przy wózku. Jej płaszcz zahaczał o wystające z muru uchwyty. Vaelen przez większość drogi milczał.

Za każdym razem, gdy w głębi tunelu coś stuknęło, Grijs odwracał się z mieczem w dłoni. Nikt nie był pewien, czy bestia naprawdę odeszła.

Kiedy korytarz zaczął się wznosić, Tempo zatrzymał wózek i przyjrzał się opatrunkowi.

— Jeszcze trochę. Dasz radę?

— Nie mam wielkiego wyboru.

— Wreszcie mówisz rozsądnie.

Tempo poprawił bandaż, po czym ruszyli dalej.

W końcu dotarli do niskich drzwi z grubych desek, spiętych żelaznymi pasami. Spomiędzy nich wpadało chłodne powietrze.

Grijs zbliżył się i przyłożył ucho do drewna.

— Nic.

Tempo podszedł do zamka. Wsunął metalowy palec między zasuwę a obudowę i nacisnął.

Zamek ustąpił z głuchym trzaskiem i drzwi otworzyły się na zewnątrz.

Eveline zobaczyła ciemne niebo i strome zbocze porośnięte niskimi krzewami. W oddali, poniżej skał, szumiała woda. Było już zupełnie ciemno.

Florentina wyszła pierwsza. Przez kilka sekund stała w bezruchu, wdychając zimne powietrze. Potem odwróciła się i pomogła Grijsowi przeprowadzić wózek przez próg.

Eveline zatrzymała się obok niej. Za ich plecami znajdowało się Veyr. Skały zasłaniały większość kompleksu, ale wysoko na zboczu widziała wąski pas światła w jednym z okien.

— Gdzie jesteśmy? — zapytała Florentina.

Tempo wyszedł ostatni i zamknął drzwi.

— Pod zachodnią ścianą. Jeśli pójdziemy wzdłuż zbocza, dotrzemy do drogi przy dawnych składach.

— Tam zostawiliśmy konie — powiedział Grijs.

— W takim razie miejmy nadzieję, że nadal tam są.

Droga była kamienista. Wózek podskakiwał na nierównościach, więc musieli prowadzić go powoli, raz po raz zatrzymując się przed większymi głazami.

Eveline czuła, jak zimno przenika jej ubranie. Ręce bolały ją od ciągłego podnoszenia platformy. Kiedy minęli ostatni zakręt, zobaczyła zachodnie wrota. Wielkie żelazne skrzydła znikały w ciemności pod skalnym łukiem.

Przy kamiennych słupach poruszył się koń. Grijs przyspieszył kroku.

— Są.

Zwierzęta stały tam, gdzie je zostawili. Na widok ludzi zaczęły przestępować z nogi na nogę. Jeden z koni parsknął i szarpnął wodzami.

Florentina podeszła do swojej klaczy i pogładziła ją po szyi.

— Dobrze, dziewczyno.

Grijs sprawdził pozostałe zwierzęta, potem obejrzał drogę prowadzącą od wrót.

— Nie widzę śladów obcych koni.

— Nie zostaniemy tu długo — powiedział Tempo. — Potrzebujemy osłoniętego miejsca.

Vaelen spróbował podnieść głowę.

— Nie wsiądę na konia.

— Zauważyłem — odpowiedział Tempo.

Rozejrzał się po dawnym postoju. Obok wrót, pod kamiennym zadaszeniem, stał niewielki wóz. Jedna z desek burty była pęknięta. Na kołach pozostała mokra glina, a wewnątrz leżały odcięte sznurki i świeża słoma. Przez burtę przewieszono uprząż.

Tempo podszedł do wozu. Pociągnął za burtę, obejrzał mocowanie koła i wziął do ręki uprząż. Skóra była miękka i natłuszczona.

— Używali go niedawno. — Odłożył pasy. — Grijs, pilnuj drogi. Eveline, przyprowadź konia.

Odeszli od Veyr, kiedy Tempo z pomocą Eveline i Florentiny przygotował zaprzęg. Pozostałe konie prowadzili za wozem.

Vaelen leżał na dnie, na płaszczach i sakwach. Florentina umieściła przy nim zwinięty koc, żeby nie przesuwał się przy zakrętach. Tempo szedł obok konia, prowadząc go za wodze. Co pewien czas oglądał się na ciemne zbocze.

Eveline jechała obok Florentiny, ale po kilkunastu minutach zeszła z konia i zaczęła iść obok wozu. Miała dość siedzenia.

Droga prowadziła w dół, między skałami i sosnami. W końcu znaleźli niewielkie zagłębienie osłonięte od wiatru. Rosło tam kilka drzew, a ziemia była dość sucha, żeby rozłożyć koce.

Tempo obejrzał miejsce, po czym wskazał płaski fragment pod większą sosną.

— Tutaj.

Rozłożył koc przy pniu, a potem z pomocą Eveline i Florentiny zdjął Vaelena z wozu. Tym razem nie próbowali stawiać go na nogach. Grijs pilnował koni, dopóki nie ułożyli rannego na ziemi.

Eveline uklękła obok Vaelena i podała mu wodę. Pił powoli. Przy ostatnim łyku skrzywił się i oddał jej manierkę.

— Dziękuję.

Sprawdziła opatrunek. Materiał był zabrudzony, lecz krew nie przesączała się już tak szybko.

— Tempo mówi, że trzeba go zmienić przed świtem.

— Słyszałem.

Zamknęła manierkę i odłożyła ją obok jego płaszcza. Vaelen spojrzał na wolne miejsce przy sobie.

— Panno Vale…

Eveline podniosła wzrok.

— Tak?

Przez kilka sekund milczał.

— Nic. Proszę się ogrzać.

Wstała.

Przy ognisku Florentina rozkładała resztę koców. Eveline podeszła do niej i usiadła po przeciwnej stronie płomieni. Widziała Vaelena między drzewami. Leżał nieruchomo, z głową wspartą na sakwie. Florentina podała jej kubek z gorącą wodą.

— Proszę.

Eveline ujęła naczynie obiema dłońmi.

— Dziękuję, Wasza Wysokość.

Księżniczka usiadła obok i zaczęła rozplatać mokre włosy.

— Gdyby nie ten róg, nie wyszlibyśmy z tunelu.

Eveline spojrzała na kubek.

— Nie byłam pewna, czy zadziała.

— A mimo to spróbowałaś.

— Nie mieliśmy wyboru.

Florentina odsunęła kosmyk włosów z twarzy i nic nie powiedziała. Przez kilka minut siedziały w milczeniu, słuchając trzasku drewna. W końcu Florentina spojrzała w stronę Vaelena.

— Jak się trzyma?

— Jest bardzo słaby.

— A ty?

Eveline obróciła kubek w dłoniach.

— Nie wiem jeszcze.

Florentina nie nalegała. Podniosła się, żeby sprawdzić konie, pozostawiając ją przy ogniu.

Tempo siedział nieco dalej, z pistoletem Vaelena rozłożonym na kolanach. Na płaskim kamieniu ułożył kilka niewielkich części. Metalowe palce jego lewej dłoni przytrzymywały obudowę, a prawą ostrożnie przesuwał cienkie narzędzie wzdłuż wewnętrznego przewodu.

Eveline podeszła i zatrzymała się obok.

— Naprawia go pan?

— Sprawdzam, czy warto.

— I?

Tempo wyjął niewielki element, obejrzał go pod światło, po czym odłożył na kamień.

— Valerian zawsze miał upodobanie do rzeczy, które wyglądają drożej, niż są warte.

Eveline spojrzała na broń.

— To chyba pasuje do jego sklepu.

— W sklepie przynajmniej ktoś mu za to płacił.

Uśmiechnęła się mimo zmęczenia. Tempo odłożył narzędzie i sięgnął po kolejny element mechanizmu.

Eveline usiadła na kamieniu obok ogniska.

— Długo się znacie?

— Odkąd Valerian sięgał mi do pasa. — Tempo uniósł wzrok znad pistoletu. — Jego brat też. Kiedy byli młodsi, znacznie trudniej było ich od siebie odróżnić.

— Wyglądają identycznie.

— Teraz tylko z daleka.

Eveline przypomniała sobie ciepłe palce Stratega przy swojej skroni. Odruchowo zacisnęła dłonie na kubku.

Tempo ponownie zajął się bronią.

— Valerian zawsze chciał wiedzieć, dlaczego coś działa. Jego brat chciał wiedzieć, jak sprawić, żeby działało dla niego.

— A pan?

Tempo włożył część do obudowy i sprawdził, czy pasuje.

— Ja zwykle musiałem naprawiać to, co obaj zepsuli.

Eveline parsknęła cicho.

Tempo zamknął obudowę pistoletu. Przesunął dźwignię przy rękojeści, ale nic się nie wydarzyło.

— Tego dziś nie naprawię — stwierdził.

— Dlaczego?

— Potrzebuję nowego ogniwa. Chyba że Valerian wreszcie nauczył się nosić zapasowe.

Złożył narzędzia i spojrzał w stronę Vaelena.

— Sądząc po jego minie, nie nauczył się.

Vaelen miał zamknięte oczy. Eveline nie potrafiła stwierdzić, czy spał. Tempo odłożył pistolet obok torby.

— Spróbuj się przespać — powiedział do niej. — Rano czeka nas długa droga.

Eveline spojrzała na jego rękaw. Materiał przy nadgarstku nadal był wilgotny, choć siedział przy ogniu już od dłuższego czasu.

— A pan?

— Posiedzę jeszcze.

— Nie jest pan zmęczony?

— Jestem. Tylko nie lubię spać, kiedy ktoś może mi przeszkodzić.

Podniosła się z kamienia. Chciała zapytać go o wspomnienie, które wróciło do niej w tunelu. O ciemny rękaw i człowieka niosącego ją przez mokre pomieszczenie.

Tempo odwrócił się do ognia i dołożył cienką gałąź. Eveline zabrała koc i wróciła do Florentiny.

***

Obudził ją chłód. Ognisko przygasło. Wokół panowała cisza, przerywana cichym parskaniem koni. Grijs siedział na straży przy skraju zagłębienia, a Tempo opierał się o pień sosny, z brodą opuszczoną na pierś i bronią ułożoną obok siebie.

Eveline poprawiła koc i zamknęła oczy. Tym razem nie usłyszała już wiatru. Stała na kamiennej posadzce. Przed nią rozciągała się ogromna sala, której końca nie widziała. Wzdłuż ścian biegły grube przewody. Niektóre znikały pod podłogą, inne wspinały się wysoko, ku ciemnemu sklepieniu. Gdzieś w ciemności spadała woda. Między płytami kamienia pulsowały cienkie żyły złotego światła.

Eveline spojrzała pod nogi. Światło poruszało się powoli. Nie płynęło w jednym kierunku. Rozdzielało się, łączyło i znów rozchodziło, jak krew pod skórą.

W oddali stało wysokie urządzenie otoczone metalową obręczą. Podeszła bliżej.

Zobaczyła coś przypominającego fotel, ale pozbawionego oparcia i siedzenia. Zamiast nich pośrodku znajdował się szklany cylinder, a w nim gęsta sieć przewodów.

Dopiero kiedy podeszła jeszcze kilka kroków, zauważyła ludzką twarz.

Mężczyzna miał zamknięte oczy. Był stary, z głębokimi bruzdami wokół ust i siwymi włosami przylegającymi do skroni. Poniżej szczęki nie było ciała. Głowa spoczywała w metalowym uchwycie, do którego podłączono dziesiątki cienkich kabli. Eveline zatrzymała się. Na obręczy ponad cylindrem widniał znak.

Dom Archen.

Taki sam jak na medalionie Florentiny. Zrobiła krok bliżej. Złote linie w posadzce rozjaśniły się. Mężczyzna otworzył oczy. Eveline cofnęła się gwałtownie. Patrzył prosto na nią. Przez kilka sekund nie poruszał ustami. Jego oczy przesuwały się po jej twarzy.

— Jak się tu dostałaś?

Głos zabrzmiał tuż przy niej, chociaż głowa znajdowała się za szkłem.

Eveline obejrzała się za siebie. Sala była pusta.

— Nie wiem.

Mężczyzna zmrużył oczy. Złote żyły pod jej stopami rozbłysły jaśniej.

— Nie powinnaś tu być.

Wokół cylindra zapaliły się czerwone znaki. Jeden z przewodów szarpnął się gwałtownie, a przez posadzkę przebiegło drżenie. Eveline cofnęła się o kolejny krok.

— Kim pan jest?

Mężczyzna poruszył ustami, ale przez kilka sekund nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Potem jego oczy rozszerzyły się.

— Wynoś się!

Złote światło rozlało się po posadzce. Eveline uniosła rękę, osłaniając twarz.

Poczuła ostry ból za oczami. Usiadła gwałtownie. Ogień przygasł niemal zupełnie. Nad zagłębieniem wisiało ciemne niebo, a między gałęziami sosen przesuwały się niskie chmury.

Eveline oddychała szybko. Próbowała przypomnieć sobie, gdzie jest.

Veyr. Wózek. Konie. Tempo.

Dotknęła twarzy. Pod nosem poczuła coś ciepłego. Opuściła dłoń i spojrzała na palce. Były czerwone. Krew spłynęła jej na górną wargę. Sięgnęła po chusteczkę, ale palce drżały zbyt mocno, żeby rozwiązać zawiązaną przy pasku torebkę.

— Eveline?

Tempo podniósł głowę. Nie spał. Podszedł do niej i przykucnął.

— Pokaż.

Odchyliła głowę, ale natychmiast kazał jej pochylić ją z powrotem. Wyjął z torby czysty kawałek materiału i podał jej.

— Przyciśnij tutaj.

Eveline przyłożyła go do nosa. Tempo przyglądał się jej twarzy.

— Co się stało?

— Widziałam człowieka — powiedziała. — Starszego. Jego głowę, za szkłem. Nie miał ciała. Tylko przewody.

Tempo znieruchomiał. Eveline zacisnęła palce na zakrwawionym materiale.

— Nad nim był znak Archen. Ten sam co na medalionie.

Tempo nie odpowiedział.

— Rozmawiał ze mną — dodała.

Tempo spojrzał w stronę śpiącego Vaelena, potem z powrotem na Eveline.

— Co powiedział?

— Kazał mi się wynosić.

Tempo powoli opuścił dłoń, którą trzymał na swojej torbie. Przez dłuższą chwilę patrzył na nią w milczeniu.

— Powiedz mi dokładnie, co widziałaś — odezwał się w końcu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania