Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 45

Eveline obudziła się, gdy ktoś postawił naczynie na stole. Usłyszała jeszcze szelest materiału i ciche kroki, a kiedy otworzyła oczy, Tempo stał przy drzwiach z pustym wiadrem w ręku.

— Zostawiłem ci śniadanie — powiedział. — Chleb jest świeży. Przynajmniej był, kiedy go kroiłem.

Na stole czekały dwa grube kawałki chleba, ser i kubek czegoś gorącego. Eveline podniosła się na łokciu. Spała w ubraniu, przykryta jedynie wełnianym kocem. Bolały ją plecy, a skóra na dłoniach była szorstka od zaschniętego kurzu, którego poprzedniego wieczoru nie zdołała dokładnie zmyć.

— Która godzina?

— Po ósmej.

— Tak późno?

— Nikt cię nie potrzebował wcześniej.

Tempo odstawił wiadro przy progu i poprawił pasek przy metalowym przedramieniu. Poruszył palcami lewej dłoni, sprawdzając ich pracę. Jeden z nich zatrzymywał się przed pełnym zgięciem.

— Zepsuła się panu ręka? — zapytała Eveline.

— Jeszcze nie. Muszę wymienić sworzeń, zanim całkiem odmówi posłuszeństwa. W pracowni będę do południa. Później muszę sprawdzić trakt.

— A Vaelen?

— Żyje. Gorączki nie ma, choć niewiele brakowało, żeby sobie zaszkodził. Jeśli dalej będzie próbował wstawać bez pomocy, przywiążę go do łóżka.

— A Grijs?

— Z nim lepiej. Przynajmniej słucha, kiedy mu mówię, żeby leżał.

Tempo zabrał wiadro i wyszedł. Eveline sięgnęła po jedzenie dopiero wtedy, gdy ucichły jego kroki.

W pokoju było chłodno. Światło wpadało przez wąskie okno wysoko pod sufitem, padając na przeciwległą ścianę i stojącą przy niej skrzynię. Zza drzwi dochodziły przytłumione odgłosy pracy. Co pewien czas coś metalowego uderzało o kamień. Nie pamiętała, kiedy poprzedniego wieczoru zasnęła. Pamiętała za to rozmowę nad strumieniem i słowa, które Vaelen powiedział jej jeszcze w Veyr.

Rozważałem to.

W pierwszych tygodniach jej pracy w sklepie. Wtedy, gdy uczyła się rozpoznawać przedmioty, prowadziła rachunki i przynosiła mu herbatę do gabinetu.

Odłożyła niedojedzony chleb.

Zza ściany dobiegł szelest pościeli, a potem głuchy stuk drewnianego wezgłowia o ścianę.

— Do diabła...

Poznała głos Vaelena. Słyszała jego ciężki oddech, po czym ponownie zaszeleściła pościel.

— Powiedziałem, że sam dosięgnę.

Odpowiedziała mu Florentina.

— Nie dosięgniesz.

— To podaj mi...

— Już podaję.

Eveline siedziała nieruchomo, trzymając kubek w obu dłoniach. Do drzwi Vaelena miała kilkanaście kroków. Wypiła resztę napoju i zaczęła zbierać naczynia.

***

Drzwi do pracowni na tyłach domu były otwarte. Eveline zajrzała do środka i zobaczyła długi stół zastawiony częściami urządzeń, niektóre z nich rozebrane niemal całkowicie. Obok stały drewniane skrzynki z przegródkami, wypełnione drobnymi metalowymi elementami. Pod oknem znajdował się ciężki fotel o wysokim oparciu, a obok niego skrzynia z płaskimi szufladami. Półki przy przeciwległej ścianie zajmowały przedmioty, których przeznaczenia nie potrafiła odgadnąć.

Tempo siedział przy stole, przytrzymując kolanem metalowe przedramię odłączone od reszty ręki. Prawą dłonią obracał niewielkie narzędzie.

— Można?

— Wejdź. Tylko uważaj na przewód przy drzwiach.

Eveline ominęła ciężką wtyczkę i postawiła naczynia na wolnym skraju stołu.

— Dziękuję za śniadanie.

— Nie ma za co. Siadaj, jeśli chcesz. Tylko nie na tamtym krześle. Ma złamaną nogę.

Przyciągnęła sobie stołek. Tempo wyciągnął z mechanizmu cienki pręt i odłożył go do metalowej miseczki.

— Nie boli to pana? — zapytała, przyglądając się odsłoniętemu mocowaniu.

— Zdejmowanie ręki? Nie. Boli dopiero tam, gdzie się zaczyna.

Wskazał ruchem głowy miejsce pod rękawem, tuż poniżej łokcia.

— Przyzwyczaiłem się — dodał i wsunął nowy pręt w mechanizm. Pracował przez kilka minut w milczeniu.

— Eveline. Przy ognisku pytałaś, czy to ja cię niosłem.

Podniosła wzrok.

— Pamiętam.

— Tak. Niosłem cię. Wyniosłem cię z Veyr tym tunelem.

Opuściła dłonie na kolana.

— Byłam nieprzytomna?

— Traciłaś przytomność. Nie miałaś żadnych obrażeń, które mógłbym stwierdzić, ale przez większość drogi nie mogłem cię dobudzić. Miałaś cztery lata.

— Cztery — powtórzyła.

Jej najwcześniejsze wspomnienia sięgały mniej więcej tamtego czasu. Wcześniej nie było niczego.

— Nic sprzed tego nie pamiętam.

Tempo nie podniósł wzroku znad mechanizmu.

— Tak myślałem.

— Dokąd mnie zabrałeś? I dlaczego w ogóle mnie stamtąd wyniosłeś?

Tempo odłożył pręt. Z korytarza dobiegły kroki i odgłos czegoś ciężkiego, ciągniętego po kamieniu. Zaczekał, aż ucichnie.

— Najpierw zabrałem cię tutaj. W Veyr nie mogłaś zostać, bo to przestało być bezpieczne miejsce. Później już nie ja się tobą zajmowałem.

— Kto?

— Eveline, resztę pamiętam bardzo dobrze. Są jednak rzeczy, o których nie mogę opowiedzieć wyłącznie ze swojej strony, bo nie tylko mnie dotyczą.

— Kogo jeszcze?

— Osób, których tutaj nie ma.

— Ale ja tu jestem. Pytam o własne życie.

— Twoje życie, tak, ale w tamtych wydarzeniach byli też inni. Nie będę mówił za nich, dopóki nie będę wiedział, czy jeszcze żyją.

Eveline czekała. Tempo obracał w palcach odłożoną wcześniej sprężynę.

— Całą drogę trzymałaś się mojego rękawa — powiedział ciszej. — Nie puściłaś nawet wtedy, kiedy traciłaś przytomność.

Zaraz potem wrócił do pracy.

— Podasz mi te małe szczypce? Leżą po twojej stronie.

Podała mu narzędzie. Kiedy przedramię było znów na miejscu, Tempo zacisnął metalowe palce i kolejno je wyprostował.

— Lepiej — mruknął.

Eveline odsunęła stołek, żeby wstać.

— Możesz na coś spojrzeć? — Tempo przysunął płaską, prostokątną skrzynkę z dwoma metalowymi ramionami.

— Nie znam tych urządzeń.

— Wiem. Ale znasz się na przedmiotach. Może coś zauważysz.

Nie usiadła od razu. Spojrzała na skrzynkę. Obudowa była ciemna, miejscami porysowana, z niewielkimi wgnieceniami na krawędziach.

— Co to jest?

— Stary przekaźnik. Nie mogę go uruchomić.

Eveline obejrzała skrzynkę z obu stron. Przesunęła palcem wzdłuż jednej z krawędzi, nie dotykając samej płytki.

— Ktoś to już otwierał.

— Ja, wczoraj.

— Wcześniej też. Ten narożnik został naprawiony.

Wskazała metalową listwę przytwierdzoną czterema śrubami.

— Nie jest z tego samego metalu co reszta. Ktoś wymienił ją później. Widać nawet ślad po starej. Była trochę szersza.

Tempo nachylił się nad urządzeniem.

— Rzeczywiście.

— Śruby też są inne. Trzy mają jednakowe nacięcia; czwarta pochodzi z czegoś starszego. Ktoś dobierał je z tego, co miał pod ręką.

Tempo obrócił urządzenie i obejrzał przeciwległą krawędź.

— Nie zauważyłem.

— W sklepie często trafiały mi się takie naprawy. Zanim podałam cenę, musiałam sprawdzić, co właściwie kupujemy.

Sięgnął po śrubokręt i odkręcił listwę. Pod spodem był cienki pasek metalu, przyciśnięty do obudowy.

— Ktoś wymieniał połączenie. Jeśli zrobił to poprawnie, urządzenie mogło pracować jeszcze długo. Jeśli nie, mogło uszkodzić również to, do czego je podłączono.

— Nie rozumiem, jak to działa — przyznała Eveline.

— Nie musisz. Ja nie umiałbym wycenić połowy przedmiotów, które sprzedawaliście w sklepie.

— Połowy?

Tempo spojrzał na nią znad obudowy.

— Dobrze. Prawie wszystkich.

Eveline zaśmiała się cicho, a on wrócił do oglądania naprawionego połączenia.

***

Po południu Eveline zaniosła do wspólnej izby czyste płótno i miskę z gorącą wodą. Florentina siedziała przy stole, rozdzielając opatrunki na te, które nadawały się jeszcze do użycia, i te przeznaczone do prania.

— Tempo powiedział, że będziesz mu pomagała — odezwała się księżniczka.

— Przyglądałam się tylko.

— Wyglądał na zadowolonego.

Eveline postawiła miskę na ławie i zanurzyła w wodzie pierwszy opatrunek.

— Ma sporo pracy.

— Wszyscy mamy. Grijs znowu chciał wstać. Twierdzi, że skoro potrafi sam zapiąć pas, potrafi również jechać konno.

— A potrafi?

— Ledwie utrzymał rano kubek. Kiedy mu to powiedziałam, obraził się.

Florentina przesunęła jej kolejne płótna i zajęła się składaniem czystych. Przez pewien czas rozmawiały o rannych, potrzebnych opatrunkach i wodzie, którą należało jeszcze przynieść ze studni.

— Myślałam dziś o ojcu — powiedziała wreszcie Florentina.

Eveline podniosła wzrok znad miski.

Księżniczka ułożyła złożony opatrunek na stole, ale nie sięgnęła po następny.

— Kiedy byłam mała, przychodził do mnie wieczorami, jeśli nie miał posiedzenia rady. Opowiadał mi o miejscach, które odwiedzał przed objęciem tronu. Zawsze mówił, że wolałby znowu podróżować zamiast wysłuchiwać sporów o podatki i granice.

— Trudno mi go sobie tak wyobrazić.

— Mnie teraz również. Kiedyś przywoził mi różne drobiazgi: kamyki znad rzeki, małe figurki, pióra ptaków. Raz przywiózł drewnianego konia z urwaną nogą. Kupił go od dziecka, które nie miało za co jeść. Zapłacił tyle, że matka chłopca przyszła następnego dnia oddać pieniądze. Myślała, że doszło do pomyłki.

— I co zrobił?

— Kazał powiedzieć, że koń należy do najpiękniejszych, jakie widział. A potem postawił go na kominku w swojej komnacie.

Eveline wycisnęła płótno i rozprostowała je na ławie.

— Nadal go ma?

— Nie wiem. Od dawna nie zaglądałam do jego prywatnych komnat.

Florentina sięgnęła po następny opatrunek, lecz zamiast go złożyć, wygładziła wilgotny materiał na kolanach.

— Widziałam go ostatnio jeszcze przed atakiem na zamek. Był zmęczony. Znacznie bardziej, niż chciał pokazać. Pokłóciliśmy się, bo nie zgadzałam się z jego decyzjami. Powiedział, że pewnych rzeczy nie rozumiem.

Przez otwarte okno dobiegł krzyk ptaka.

— Boję się, że już go nie zobaczę. A jeśli wrócę, zastanę człowieka, którego nie poznam. Choroba, rada, ludzie, którzy mówią mu tylko to, co chce usłyszeć... Nie wiem nawet, komu jeszcze ufa.

Eveline podała jej czysty opatrunek.

— Często się kłóciliście?

— Owszem. Zawsze umiał się gniewać, ale nigdy długo. Nawet jeśli chciał mnie ukarać, po paru godzinach wymyślał powód, żeby posłać po mnie służącego. Czasem pytał o książkę, którą dobrze wiedział, że mam u siebie. A ja przychodziłam i udawaliśmy, że nic się nie wydarzyło.

Florentina się uśmiechnęła.

— Teraz nie zdążyliśmy się pogodzić. Chciałabym wrócić, zanim będzie za późno.

— Dotrzemy tam — powiedziała Eveline.

Potem obie zabrały się do rozwieszania prania.

***

Vaelen siedział oparty o poduszki, kiedy Eveline weszła do jego pokoju. Płaszcz wisiał na oparciu krzesła, a na stoliku obok łóżka leżały zapalniczka, niewielki nóż i pistolet, który Tempo naprawił poprzedniego wieczoru. Opatrunek pod koszulą odznaczał się grubym pasem materiału. Vaelen był blady, lecz wyglądał lepiej niż poprzedniego dnia.

Podniósł oczy znad otwartej książki.

— Eveline.

— Florentina mówiła, że chciał pan usiąść.

— Chciałem dosięgnąć wody.

— Udało się?

— Ostatecznie.

Zamknął książkę i odłożył ją na stolik. Eveline rozłożyła na brzegu łóżka mapę Hadrena, którą wzięła od Grijsa. Papier był pognieciony na brzegach, w kilku miejscach poplamiony wodą.

— Tempo sprawdza trakt — powiedziała. — Chcę wiedzieć, czy jest inna droga.

Vaelen przyjrzał się mapie.

— Jest stara droga przewozowa na wschód od doliny. Nie ma jej ani na tym arkuszu, ani na mapie, którą dałem pani w Meren. Mam ją tylko w notatkach. Jeśli jeszcze istnieje, powinna łączyć się z traktem za kamiennym mostem.

Wskazał miejsce pomiędzy dwoma wzgórzami.

— Korzystano z niej, zanim zbudowano drogę przez Veyr. Nie byłem tam od dawna, więc nie wiem, czy nadal można przejechać.

Vaelen wyciągnął rękę w stronę sakwy pod krzesłem, lecz syknął i ją opuścił.

— Proszę zostawić. Podam.

Uklękła przy sakwie i rozwiązała rzemień. W środku znajdowało się kilka zwiniętych arkuszy, notes, małe pudełko i przedmioty owinięte w płótno.

— Notes — powiedział Vaelen.

Podała mu go. Przyjął go bez komentarza i przewrócił kilka stron, po czym zwrócił zeszyt otwarty na szkicu przedstawiającym rozwidlenie dróg, niski most i rzekę płynącą u podnóża wzgórza.

— Tutaj. Ten znak oznacza starą przeprawę. Jeśli woda nie podniosła się zbyt wysoko, można ją przejść. Dalej droga prowadzi między dwoma grzbietami. Nie ma tam żadnej strażnicy, więc jeśli trakt jest obserwowany, tędy może być bezpieczniej.

Eveline przyjrzała się szkicowi. Obok rysunku znajdowały się krótkie uwagi o drogach, dawnych posterunkach i miejscach, w których można było znaleźć wodę.

— Mogę zabrać notes?

— Tak.

— Cały?

— Cały.

Uniosła wzrok znad kartek.

— Są tu pańskie zapiski.

— Właśnie dlatego może się pani przydać.

Przewróciła kolejną stronę i znalazła rysunek przeprawy widzianej od południa. Porównała go z mapą Hadrena.

— Nie wiem, kiedy będziemy mogli ruszyć — powiedziała w końcu. — Możliwe, że nie wszyscy pojedziemy.

Vaelen patrzył na nią przez dłuższą chwilę.

— Wiem.

Eveline zamknęła notes i położyła go na mapie.

— Jest jeszcze coś — odezwał się. — Hadren zaznaczył dwa mosty. Ten na północy został uszkodzony już przed naszym przyjazdem do Meren. Dostał o tym meldunek przed naszym wyjazdem, ale nie zdążył poprawić mapy. Proszę go nie uwzględniać.

Eveline odnalazła odpowiedni znak i przekreśliła go ołówkiem.

— Dziękuję.

Zwinęła arkusz ostrożnie, żeby nie podrzeć uszkodzonego brzegu. Vaelen sięgnął po książkę, lecz nie otworzył jej.

— Eveline.

Zatrzymała się przy drzwiach.

— Tak?

— Proszę uważać na północny brzeg rzeki. Tamtejsza droga biegnie tuż pod skałami. Po deszczach osuwają się kamienie.

— Powiem Tempo.

Wyszła, zabierając mapę i notes.

***

Tempo wrócił przed zmrokiem. Miał błoto na butach, kurz na płaszczu i niewielkie rozdarcie na rękawie. Metalowe palce lewej dłoni były porysowane, a między nimi utkwił drobny żwir.

Zastał Eveline, Florentinę i Grijsa nad mapą w głównej izbie.

— Trakt jest częściowo zawalony — oznajmił, zdejmując płaszcz. — Przejazdu nie ma na odcinku za starymi słupami. Można przejść pieszo, ale wóz tam nie przejedzie.

— Jak długi odcinek? — zapytał Grijs.

— Niecałe pół mili. Może więcej, jeśli osuną się kolejne kamienie. Konie da się prawdopodobnie przeprowadzić, ale nie z pełnym ładunkiem.

Grijs, z prawą ręką przyciśniętą do boku, przesunął mapę bliżej siebie. Twarz miał szarą ze zmęczenia.

Eveline rozłożyła notes Vaelena i wskazała szkic starej przeprawy.

— Jest jeszcze ta droga. Vaelen mówił, że prowadzi do traktu za kamiennym mostem.

Tempo nachylił się nad rysunkiem.

— Widziałem dziś podobne zejście po drugiej stronie wzgórza. Nie sprawdzałem go. Możliwe, że to właśnie ta droga.

— Mógłbyś pojechać jutro? — zapytała Florentina.

— Jeśli skończę pracę przy urządzeniach. Nie wiadomo jeszcze, czy przeprawa jest przejezdna.

— Sam też mogę ją sprawdzić — odezwał się Grijs.

Tempo spojrzał na niego.

— Nie możesz.

— Mogę siedzieć w siodle.

— A ja mogę cię z niego zdjąć i odnieść do łóżka. Wolałbym jednak nie tracić czasu.

Florentina ukryła uśmiech.

— Za dwa dni będę gotów.

— Za dwa dni obejrzę ci ramię. Potem porozmawiamy.

Eveline zaznaczyła na mapie miejsce, w którym trakt był zawalony.

— Skoro nie możemy jeszcze wyruszyć, przygotujmy wszystko, co będzie potrzebne.

Podzielili się pracą: Florentina wzięła na siebie zapasy i opatrunki, Grijs uprząż i popręgi, które ktoś musiał mu przynieść do krzesła.

— Ktoś powinien zostać z rannymi, jeśli będziemy musieli wysłać kogoś dalej — zauważyła Florentina.

— Na razie nikt daleko nie rusza — odparł Tempo. — Najpierw ustalimy, którędy można przejść. Potem zdecydujemy, kto będzie zdolny do podróży.

Grijs poruszył się niespokojnie, ale Florentina położyła mu dłoń na zdrowym ramieniu.

— Najpierw musisz móc przejść przez izbę bez podpierania się o ścianę.

— Wszyscy się dziś przeciwko mnie sprzysięgliście?

— Nie. Wczoraj również byliśmy tego samego zdania.

Tempo zebrał ze stołu kilka narzędzi i ruszył do pracowni. Florentina pomogła Grijsowi wrócić do pokoju.

Eveline została przy mapie. Przy jednym z rozwidleń Hadren użył starej nazwy drogi, której nie było na szkicu Vaelena. Dopisała obie. Kiedy skończyła, za oknem było już ciemno.

W pracowni paliły się dwie lampy. Tempo stał przy półkach, przeglądając zawartość jednej z metalowych skrzynek, gdy Eveline weszła z notesem pod pachą.

— Mam pytanie o drogę za przeprawą.

— Pokaż.

Rozłożyła mapę na wolnym skraju stołu. Tempo przyjrzał się zaznaczeniom, a potem wskazał nazwę dopisaną przez Eveline.

— To ta sama droga. Przynajmniej powinna nią być. Starsza nazwa przetrwała na niektórych planach, więc możesz je połączyć.

Podał jej ołówek i wrócił do skrzynki. Na drugim końcu stołu znajdowało się niewielkie urządzenie, którego wcześniej tam nie było. Miało ciemną, gładką obudowę i metalowy pierścień wokół okrągłej płytki. Z boku wystawał krótki pręt zakończony drobną kulką.

Eveline przyjrzała mu się, odkładając ołówek.

— To przez niego dowiedziałeś się, że jesteśmy w Veyr?

— Tak. Odbiera sygnały z części dawnych urządzeń. Niektóre połączenia jeszcze działają.

Podeszła bliżej, ale nie dotknęła obudowy.

— Można przez to rozmawiać?

— Nie. Dowiem się tylko, że ktoś uruchomił urządzenie albo zmienił jego stan.

Tempo odstawił skrzynkę na półkę. Eveline wróciła do mapy.

Wtedy z urządzenia dobiegł krótki dźwięk, przypominający uderzenie w cienką metalową płytkę. Tempo odwrócił się natychmiast. Na okrągłej powierzchni pojawił się niewielki niebieski punkt. Zgasł, po czym zapalił się ponownie. Rozległy się dwa następne dźwięki, w równych odstępach. Tempo podszedł do stołu. Oparł prawą dłoń na blacie, nie spuszczając wzroku z płytki.

Punkt rozbłysnął trzeci raz. Obok niego pojawiła się cienka kreska, która powoli przesunęła się wzdłuż metalowego pierścienia. Tempo poruszył niewielką dźwignią. Kreska zatrzymała się, a po kilku sekundach powierzchnia pociemniała. Niebieski punkt pozostał.

— Skąd sygnał? — zapytała Eveline.

— Z Veyr.

Przesunął palcem po pierścieniu, sprawdzając oznaczenie przy krawędzi płytki. Eveline stanęła obok niego.

— Ktoś otworzył zamek, który otwierał się pod twoją ręką.

— Ale przecież jestem tutaj.

— Właśnie. Te zamki nie otwierają się przed każdym.

Tempo przytrzymał dłoń na obudowie, obserwując niebieski punkt, który zgasł i zapalił się ponownie. Obok niego pojawiło się drugie oznaczenie, którego Eveline nie rozpoznała. Tempo przesunął kciukiem po jego krawędzi.

— Ten znak… — powiedziała Eveline.

— Zamek zapamiętuje, czyja ręka go otworzyła. Znam ten zapis.

Wyprostował się.

— Trist.

Średnia ocena: 2.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania