Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 14 (Część 4)

Edward złapał pewniej włócznię, będąc gotowym do szarży. Marina odwróciła wzrok w jego stronę, wtedy Mateo zaatakował zaklęciem, lecz wyminęła to zgrabnie.

– Na co czekacie?! – Mateo krzyknął w stronę braci. – Idźcie przed siebie!

Nic nie odpowiedzieli, nie ruszyli się nawet. Edward zacisnął delikatnie usta. Nie wiedział kompletnie, co ma teraz zrobić. Nie wiedział, czy to manipulacja, czy Mateo mówił to wszystko szczerze… W końcu jego wcześniejsze zachowanie mogło być tłumaczone traumą, którą skutecznie nakręcał bożek. Mimo to, Ed dalej miał w pamięci jak Mateo zaatakował Petera, a potem Haley…

Nie był pewien, czy jest w stanie to wybaczyć.

– Peter, idź szukać Aru – Ed szepnął w końcu.

– Edward, naucz się wreszcie, nigdzie nie idę! – zaprotestował.

– Nie unoś się honorem, idioto! – wykrzyczał Mateo, kiedy nagle w jego stronę wyleciała seria dobrze wycelowanych pocisków. Udało mu się ominąć część, większość trafiła i poraniła całe ciało. Z głowy spadł kaptur, odsłaniając przetłuszczone, brudne włosy i twarz okaleczoną szramą. Marina zaczęła skupiać magię, w mgnieniu oka rzuciła kolejne zaklęcia, które z łatwością rujnowały ściany. Mateo wyskoczył w stronę Petera i Edwarda, całą trójką zbiegli po schodach w dół. Edward łypał na Mateo niepewnym wzrokiem, biegł tuż za nimi. Jenkins kompresował kulę magii w dłoniach, odwracał się co kilka sekund by sprawdzić, czy przeciwniczka zmierza ich śladem. Biegli, nie widząc końca schodów.

Marina nie miała zamiaru gonić przeciwników. Skupiała ze stoickim spokojem magię, już dawno nie rzucała tak poważnych zaklęć.

Ci biegli, nieświadomi jej planu.

– Wiem, że mi nie ufacie po tym wszystkim – zaczął Mateo, starając się nie upuścić szalejącego pocisku magii, przygotowanego w razie ataku Mariny. – Jednak… Ja…

– Nie ma czasu, biegnij, szybciej! – przerwał Edward, przyspieszając. – Z nią nie ma żartów, rzuca silne zaklęcia bez namysłu! Musimy znaleźć Aru, sami sobie z nią na pewno nie poradzimy!

Kiedy zobaczyli koniec schodów, nieświadomie przyspieszyli jeszcze bardziej. Jakie więc mogło być ich zdziwienie, kiedy schodząc z ostatniego schodka i przekraczając próg wyjścia, nagle rozbłysła niebieska magia i zjawili się tam, skąd chwilę wcześniej uciekli. Nie zdążyli zareagować, unieśli się wysoko w górę, jakby nagle grawitacja zniknęła, nie mogąc się z tego w żaden sposób wyrwać. Kasei wyleciała z rąk Edwarda i choć próbował przyciągnąć włócznię do siebie, nie zdołał. Zawisła nad sufitem, zbyt wysoko, by mógł ją sięgnąć. Zdenerwowany spojrzał na Marinę, była lekko uśmiechnięta.

„Więc to jest ona? Morderczyni bogów, demon gorszy od bożka… Ktoś, kto miał być bogiem, opiekunem świata, a stał się jego zagładą… Istotnie, jest iście podobna do Goro… Nic dziwnego, że postanowiła z nim współpracować…”

– Potrafisz tak spójnie myśleć nawet w takiej sytuacji – skomentowała Marina. – Więc masz świadomość tego, kim jestem. Schlebia mi to, większość raczej by się nie domyśliła. Och, nie musisz odpowiadać! – przerwała Edwardowi, zanim nawet poruszył ustami. – Chciałeś powiedzieć, że „skoro współpracuję z Goro, to oczywiste, że musze być taka jak on”… Czy coś takiego. Zaskoczony? Iccha też potrafi grzebać w myślach, naprawdę cię to zadziwia? Musisz jednak wiedzieć, ja jestem w tym jeszcze lepsza, w końcu jestem bogiem wszechświata, stanowię jedność z wszechmocnym Absolutem. Decyduję o wszystkim, co jest na tym świecie… Och, nie zgadzacie się ze mną? No cóż, ogranicza was w końcu ludzka tępota. Wybaczcie, nie mam czasu wyjaśniać.

Kobieta podeszła bliżej Edwarda, w celu odebrania pieczęci. Wtedy jednak niespodziewanie straciła równowagę i skupienie. Runęli na ziemię, uwolnieni od dziwnego zaklęcia. Marina zasyczała, miała problem z poruszaniem się.

„Nie wtrącaj się w to, Iccha!” – zawarczała w myślach.

„Och, złotko, to moja gra. To ja ustalam zasady.”

– Edward, Peter, Kasei… przepraszam – szepnął Jenkins. – Teleportuję was na dół, ucieknijcie, zanim się ocknie i znów wykona tą sztuczkę. Jeżeli ze mną tu zostaniecie, to zginiecie. A to coś… – spojrzał na Marinę, która nadal nie mogła dojść do siebie. – To nie może wygrać.

– Mateo, nie, błagam! – krzyczał Peter, kiedy dłonie Jenkinsa rozświetliły się.

– Powstrzymam ją na tyle, ile się da. Bądźcie silni.

Magia błysnęła. Ed trzymał kurczowo włócznię–Kasei w jednej ręce, kiedy drugą trzymał Petera za nadgarstek, ciągnąc za sobą. Peter chciał wrócić na górę, chociaż wiedział, że nie da rady nic zrobić. Ani on ani Edward nie byli bogami. Potrzebowali Aru, ona jedyna mogła stanąć do walki z Mariną.

Mateo, zwykły człowiek, został tam, by mogli uciec. Edward mu wybaczył.

Tym razem, gdy przekroczyli ostatni schodek, nie pojawili się znów na górze. Przedzierali się przez pomieszczenia, biegli po schodach w górę i w dół, co chwila odwracając, by sprawdzić, czy Marina za nimi nie podąża. Edward w trakcie całej gry nie był nigdy aż tak bardzo przerażony jak teraz, nie miał pojęcia co się dzieje. To wszystko wykraczało poza jego możliwości pojmowania. Czy to właśnie była ta prawda, którą tak usilnie chciał poznać?

Jeżeli to była prawda… nie umiał nawet w najmniejszym stopniu jej zrozumieć.

Szczęście, na chwilę, uśmiechnęło się do nich. Bracia trafili do białego, marmurowego pomieszczenia.

– Aru! – zawołał Edward, biegnąc ile sił w nogach. Kyoko, Aru, Lorenzo i Nana odwrócili się. Złotowłosy zauważył Goro i pęknięcia na… niczym. Od razu domyślił się, że to musi być bariera, lecz czemu towarzysze nie przebili jej do końca? Gdy oczy jego i Petera dostrzegły ołtarz, zaprzestali biegu. Leżała tam zabita dziewczynka… a u dołu, przy zbiorniku wodnym, stała Haley, z tym pustym wyrazem oczu…

Edward zagotował się z gniewu. Już rozumiał sytuację, Haley była kontrolowana, dlatego Aru i Kyoko nie atakowały dalej.

– Ile jeszcze obrzydliwych rzeczy masz zamiar zrobić?! – krzyknął w stronę Goro.

– Ale co masz na myśli, Edwardzie? – wyszydził Delaunay. – Moja żona ani różowa albinoska nie powiedziały ci, że do przyzwania bożka potrzebna jest krew rozsmarowana na całym ołtarzu?

– Nie nazywaj Haley swoją żoną! – zawarczał.

– Ed, on próbuje cię sprowokować! – odezwała się Kasei, spoczywająca w jego rękach. Edward ścisnął lekko włócznię, jakby przygotowując się do ataku. Goro przyglądał się z zaciekawieniem.

– I co masz zamiar zrobić? – spytał Delaunay. – Przebijesz barierę i staniesz z nią do walki? Ona cię rozniesie, teraz jest kukłą na moje rozkazy! Wreszcie jest posłuszna, tak jak powinna!

– Ed, uspokój się, musimy to przemyśleć! – nalegała Aru. Edward odetchnął i poszedł bliżej, aż do granicy bariery. Haley zareagowała, jej dłonie zalśniły magią.

– Obiecałem Haganowi, że ocalę jego siostrę. Nie dotrzymałem słowa. – Opuścił nieco włócznię, jedną rękę przesuwając na barierę, jakby chcąc dotknąć Haley. Ta patrzyła tym pustym wzrokiem, zupełnie go nie rozpoznając. Edward poczuł ucisk w sercu. – Zaszedłem tak daleko, sam nie wiem, jakim cudem... Ale nic konkretnego nie osiągnąłem. Nie jestem bogiem jak ty, Aru… Ani przepowiedzianym dzieckiem jak Nana, której krew leczy hemasitus. Nie jestem albinosem, pozostałością po Yomei, jak Haley… Jestem po prostu nudnym i głupim człowiekiem, który został wciągnięty w całe to bagno… A gdybym nigdy nie otrzymał propozycji wzięcia udziału w grze, trwałbym teraz w błogiej niewiedzy. Nie wiedziałbym o niczym, nie widziałbym rozlanej krwi, nie zabijałbym, nie miałbym świadomości, że jeżeli przegram, to cały świat legnie w gruzach… Byłoby mi na pewno dobrze…

– Serio, w takich momentach musisz robić takie wywody? – spytał zażenowany Goro. Edward uśmiechnął się.

– Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny, Haley. Może moim przeznaczeniem, choć w coś takiego nigdy nie wierzyłem, było spotkanie ciebie? Powiedz mi, czyż nie tak, mój Księżycu? Silni razem, ale słabi bez siebie?

Powtórzył słowa ze snu. I jakby wypowiedział zaklęcie, wszędzie pojawiły się srebrne i złote motyle. Na początku sądził, że to jedynie złudzenie, lecz nie… Wszyscy zebrani je widzieli, nawet Goro. Siadały na ścianach, na ich rękach, głowach, wszędzie, gdzie tylko mogły się zaczepić. Omijały Goro, który i tak odganiał je rękoma. Setki motyli srebrnych i złotych, o wiele większych niż te zwykłe. Ich skrzydła trzepotały delikatnie i rytmicznie. Oczy Haley stały się jaśniejsze, zabrało to krótką chwilę, aż ocknęła się całkowicie. Ujrzała Edwarda. Chciała podejść, lecz dzieliła ich bariera, położyła na niej dłonie.

– Edward…! – zawołała zduszonym głosem. Odczuł ulgę, przynajmniej przywrócenie Haley do świadomości mogło pójść gładko…

– Uwolnijmy ją. – Edward złapał włócznie mocno, po czym zaczął uderzać o barierę, a Kyoko i Aru szybko dołączyły. Goro wściekł się. Wyciągnął zza płaszcza zwój, w którym miał zaklętą kolejną demoniczną broń. Haley zauważyła, cisnęła czym prędzej w Goro wiązką magii. Delaunay zachwiał się i upadł wprost do oczka wodnego.

Aru uderzyła z większą siłą, bariera w końcu pękła. Haley wybiegła i rzuciła się w stronę Edwarda, po czym uściskała go mocno. Kasei zmieniła się w formę człowieczą i wycofała, by pozwolić Edowi odwzajemnić gest. Zacisnął swoje ręce mocno wokół Haley, nie chcąc już nigdy więcej jej puścić.

Goro podniósł się z głośnym chlupnięciem. Zakasłał, gdyż nieco wody dostało mu się do płuc. Haley odsunęła się wtedy od Edwarda nie chcąc, by widział ich razem. Goro stanął tyłem do grupy i dalej pokasływał. Odkrztusił wszystko, co zalegało w płucach, wyprostował się i odwrócił. Był wściekły jak nigdy. Na czole i na skroniach wyszły mu żyły, brał głębokie wdechy, brzmiąc jak dziki zwierz. Przez moment wszyscy, prócz Haley, myśleli, że mają zwidy. Edward i Peter otworzyli szeroko oczy. Na marmur opadały krople wody zabarwione na czarno, które zmyły barwnik z włosów Goro, ukazując ich prawdziwy, naturalny kolor: czyste złoto, zupełnie takie samo, jak te na głowie braci z Rebellar, a do tego zielone oczy, okazujące zimno i nienawiść u Goro, determinację u Edwarda i życzliwości u Petera… Kolor był dokładnie taki sam u całej trójki. Włosy i oczy zupełnie takie same, jak Caroliny.

To nie mogła być prawda.

Goro naciągnął nerwowo kaptur na głowę, nie odrywając wzroku od przeciwników. Po braciach przechodziły silne dreszcze. Nie chcieli tego przyznać, ale dostrzegali ogromne podobieństwo, nie umieli tego wyjaśnić. Przecież tyle razy widzieli już ludzi z jasnymi włosami i zielonymi oczami, ale nigdy nie czuli czegoś takiego… To jakby porównać dwóch Kavaru, czy nawet dwóch albinosów. Od razu wiadomo było, że są z jednego rodu i że różnią się widocznie od ludzi ze zwykłymi blond włosami i niebieskimi oczami, czy od osób po prostu bardzo bladych…

Goro uśmiechnął się, widząc ich zakłopotanie.

– Nie rozumiecie? – spytał kpiąco. – To wasza mamusia nic nie mówiła?

– Znowu w coś grasz?! – warknął Edward. Haley zmarszczyła czoło.

– Zrobiłaś to specjalnie? – spytał Goro, widząc wyraz twarzy albinoski. – Czyżby to, co powiedziałem wcześniej, wzbudziło w tobie podejrzenia? Na pewno, w końcu nie jesteś aż taka głupia…

– Haley, czy to dlatego byłaś tak do mnie uprzedzona? – spytał Edward. – Ale przecież… Przecież to niemożliwe, by…

– Co jest kurwa niemożliwe?! – wrzasnął Goro. – Tak, Edwardzie! Tak, Peterze! Jestem synem Generał Caroliny z Rebellar!

– Łżesz! – zaprzeczył Peter. – Ty? Synem naszej mamy?!

– „Wasza mama”, jak to określasz, była jedną z pięciu żon Walwana Delaunay! Jak wiecie, albo może i nie wiecie, wasz tatusiek był niezłą wojskową szychą. Szpiegiem działającym na smyczy samej królowej! Carolina była jedną z najlepszych wojowniczek i wiele razy pojawiała się na dworze królewskim. Długo nie zajęło, aż Norbert postanowił ją zagarnąć dla siebie. Ta kurwa zdradziła Walwana, co w prawie Delaunay unieważniło małżeństwo od ręki, a Walwan, który musiał być lojalny wobec wojska, nie mógł nic jej zrobić. Zostawiła mnie, a niedługo później urodziliście się wy. Jako szczyl bardzo to przeżyłem, ale Walwan szybko nauczył mnie, jak należy żyć. Wioska Kivveo? To było jego dzieło, zadbał, aby Carolina zaraziła się hemasitus podczas pacyfikacji Wyznawców Światła! To była perfekcyjnie zaplanowana zemsta! Zniknięcie waszego ojczulka? Sam się nam podłożył! Przylazł i tłumaczył, że Carolina na łożu śmierci kazała mu wszystko ze mną „naprawić”, wtedy się dowiedziałem, że istniejecie. Walwan szybko go sprzątnął. A co do was… planowałem zemstę starannie. Chciałem dopaść was po wygraniu gry. Nie spodziewałem się jednak, że bożek was w to również wciągnie... Chyba się mną zainspirował, gdy wybierał.

– Nie wierzę w to. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo… – Edward zaciskał pięści. Goro śmiał się.

– Boli cię to, że twoja mamusia nie była tak idealna, jak ci się wydawało? Była puszczalską kurwą, tyle o niej powiem!

– Nie śmiej obrażać Caroliny z Rebellar! –krzyknęła Kasei. Goro zaśmiał się jeszcze głośniej.

– Jesteście żałośni. I wy niby macie wygrać?

I wtedy Edward w mgnieniu oka zjawił się przy Goro. Zaczął okładać go pięściami z dodatkiem magii, bił z zamiarem zabicia. Goro miał lata doświadczeń, zręcznie blokował ataki, jednak zadawały mu dość dużo bólu. Delanuay próbował kontratakować, drasnął Edwarda, lecz ten szybko mu się odwdzięczył uderzając pięścią w twarz. Charakterystyczny chrup kości rozniósł się po pomieszczeniu, nos Goro został złamany, a usta pękły niczym śliwki, gdzie zamiast soku wytrysnęła krew. Edward głęboko nienawidził Goro, złapał go za włosy. Delaunay chwycił rękę Edwarda mocno obydwiema dłońmi i oderwał od siebie. W dłoni Edwarda pozostał kęp włosów, który od razu wyrzucił. Haley wyciągnęła z siebie formę miecza, lecz Kyoko powstrzymała albinoskę mówiąc, że ta walka należy tylko i wyłącznie do Edwarda i żadne z nich nie ma prawa się wtrącić. Poza tym, musieli być gotowi na nadejście Mariny, na pewno już tu zmierzała.

Zgodnie z oczekiwaniami pojawiła się, ciągnąc za sobą w pół żywego, zmasakrowanego Mateo. Motyle ukryły się na jej widok. Goro, mimo paraliżującego bólu, ucieszył się. Edwarda ogarnął strach.

Marina rzuciła Mateo na ziemię. Podniosła ręce wysoko, a wtedy wszyscy, prócz Goro, zostali przybici do podłoża, jakby przyciągnął ich jakiś niezwykle silny magnes. Aru próbowała się wyrwać, wiedziała, że cała nadzieja spoczywa na niej, lecz nie mogła. Marina w mgnieniu oka pojawiła się przy niej. Aru zrobiło się po raz drugi w życiu zimno. Blondynka obdarzyła boginię ognia złośliwym uśmieszkiem, po czym delikatnie dotknęła jej twarzy stopą. Aru poczuła głębokie upokorzenie. Marina odeszła bez słowa. Wszyscy uświadomili sobie nagle, że Marina, nie wiadomo skąd, posiada wszystkie pieczęcie. Nie zorientowali się nawet, kiedy im je odebrała. Zgodnie z zasadami gry nastał etap, gdy wszyscy gracze odkładali pieczęcie na ołtarz, by rozegrać ostateczną bitwę, kto zgarnie wszystkie i wypowie życzenie. W tym przypadku jednak ostateczna bitwa została już rozstrzygnięta.

– Nie wiesz, co robisz… – Nana zwróciła się do Goro. – Ona nigdy nie zrobiłaby tego wszystkiego dla waszej wspólnej korzyści. Ona cię wykorzystała, Goro Delaunay!

– Spójrz tylko, jak biednie skamle. – Delaunay zaklaskał w dłonie. – Biedny kotek, ma siłę jeszcze tak głośno miauczeć. Nie myśl sobie, że oszczędzimy ci życie bo jesteś albinosem i leczysz hemasitus. Tak się składa, że Marina też jest albinosem i może sama wezwać bożka. A co do hemasitus… Cóż, w dupie to mam. Najważniejsze, że ja jestem wyleczony!

Po całej sali rozbrzmiał jego obrzydliwy, szyderczy śmiech. Śmiech szaleńca. Wszyscy poczuli rozpacz. Edward klął głośno, Peter płakał. Aru próbowała nadal bezskutecznie wstać z ziemi. Kyoko i Lorenzo zamknęli oczy, Nana modliła się cicho pod nosem.

– Teraz Marino, wezwij bożka! – wołał Goro triumfalnie. – Wypowiem życzenie, zostanę bogiem i razem stworzymy nowy świat, na naszych własnych zasadach!

Niespodziewanie, Goro uniósł się w obłoku niebieskiej magii. Otworzył szeroko oczy, gdy obłok zaczął się kurczyć.

– Co ty wyrabiasz?! – pytał, śmiejąc się nerwowo. Magia coraz bardziej zaciskała się wokół jego ciała. – Przecież… Przecież…!

– Jesteś głupcem, Goro Delaunay. – Marina powiedziała ze stoickim spokojem.

Po tych słowach, obłok magii zacisnął się zupełnie. Goro Delaunay został zgnieciony jak robak. Był to obraz tak obrzydliwy, że każdy odwrócił wzrok. Marina pozwoliła, by jego krew skapała na ołtarz i zmieszała się z krwią Alany. Potem wyrzuciła zgniecione jak kartka papieru zwłoki za siebie. Nana mówiła prawdę. Marina wykorzystała Goro, by przy jego pomocy zakamuflować swoją obecność przed bogami najdłużej, jak tylko mogła. Nie był już potrzebny. Położyła dłonie na ołtarzu i wzięła głęboki wdech. Na jej twarzy nie było widać żadnych emocji, nie śmiała się, nie triumfowała. Zachowywała się tak, jakby nigdy nic.

Była prawdziwym potworem.

Zapomniała jednak, że gracze nie są jej jedynymi przeciwnikami. Motyle, które wcześniej poukrywały się, nagle z głośnym trzepotem skrzydeł wyleciały z kryjówek, szarżując na Marinę. Kobieta stała spokojnie, próbując nie dać się zaskoczyć, lecz motyle napierały na nią, zmuszając do odsunięcia się od ołtarza. Pomieszczenie wypełnił dźwięk świstu magii, z gwieździstego nieba padła seria zrobionych z niebieskiej magii strzał. Ten odcień koloru magii mógł należeć tylko i wyłącznie do Kavaru. Niebiosa widoczne przez wycięcie w kształcie rombu na suficie, zdawały się przyjmować formę. Śnieżnobiałe, delikatne pióra, kołysząc się w powietrzu, opadały powoli na dół. Wśród gwiazd, wśród złotych i srebrnych motyli, wśród piór… ukazała się istota kosmosu, zaklęta w kobiecie, o platynowych, puszystych włosach, o niebieskich, mądrych oczach, w czarnej, asymetrycznej sukni bez rękawów, spod klosza której wylewał się obraz wszechświata. Na rękach czarne rękawice, sięgające do barków, a w dłoniach srebrny łuk. W jej włosach powiewała mała, czarna wstążeczka - pamiątka po Dianie, jej wybawczyni.

Bogom nie wolno się wtrącać w ludzkie sprawy. Bogowie zwykle nie mogli interweniować w grę Icchy, jak wyjaśniał Ra. Lecz teraz było to konieczne.

Tak bardzo, że przybył sam bóg kosmosu.

 

Koniec rozdziału 14

Średnia ocena: 3.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania