Boska Makabra: Filozof - Rozdział 8 (Część 2)

Peter nie mógł się skupić na pracy. Nie wiedział, co ma sobie myśleć. Bożek? Życzenia? Skoro Ed aż na to poszedł, czy to prawda? Jeżeli tak, to o jakie życzenie chciałby walczyć? O tym notatka już nie wspominała.

Nie mógł pracować, więc postanowił przejść się na krótki spacer do lasu, by odetchnąć, nazbierać ziół i pomyśleć w samotności. Wiele osób pytało go, gdzie podział się Edward i Kasei, a on nie był pewien co odpowiedzieć. Był przerażony, bał się, że mogło im się coś stać. Nie wiadomo, jakich przeciwników mogli spotkać na swojej drodze. Obawiał się najgorszego, ale nie mógł dopuścić do siebie do takiej myśli. Oni przecież są silni, nie dali by się…

Zaczął zrywać listki, nadal tysiące myśli płynęło mu przez głowę. Nie wiedział, czego Ed mógłby chcieć od bożka. Najbardziej bał się możliwości, że znowu jego brat postanowił się dla niego poświęcić. Nagle blizna na twarzy zaczęła drapać jak podrażniona rana, złotowłosy chciał płakać, ale nie zrobił tego. Musiał coś w końcu zrobić, a nie siedzieć bezczynnie…

Z daleka słyszał głosy ludzi modlących się w stronę słońca. Peter myślał, czy może ich nie spytać o bożka, byli to ludzie z jego wioski, Wyznawcy Światła. Mogli tu mieszkać z powodu swojej niecodziennej nieszkodliwości. Peter wiedział jednak, że nie lubią rozmawiać z „niewiernymi”. Nawet jeżeli ci, o dziwo, byli tolerancyjni, to nie był pewien, czy powinien próbować.

Schował zioła, gdy nagle usłyszał szmer. Przestraszył się, to mógł być znowu złodziej, który na niego czyha. Wziął głęboki wdech, ktoś na niego wyskoczył. Złotowłosy zdołał się obronić, powalił napastnika na ziemię i przycisnął jego szyję przedramieniem. Całe ciało Petera się trzęsło, pierwszy raz wykonywał to w praktyce, Casandra nauczyła go tego po napaści Mateo.

– Czego chcesz!? – spytał, udając groźnego, ale głos mu się nieco łamał.

– Kurwa – przeklął napastnik po Egrejsku.

– WSPÓLNEGO UŻYWAJ! – Peter przycisnął jego szyję mocniej, a ten zaczął łapać powietrze. Złotowłosy nie miał świadomości, że jest tak silny fizycznie.

– Dobra! Już gadam! Myślałem, że jesteś tym, którego kazała mi złapać Najwyższa Kapłanka… Ale moja pomyłka i tak nie zaszkodziła. I tak zginiesz!

– O czym ty mówisz…? – spytał przerażony i zaczął rozglądać się wokół, czy jest ich więcej, ale nikogo nie widział. Napastnik zaczął się śmiać. – Jesteś złodziejem?! Czego chcesz, kasy?!

– Zobaczysz, niewierny! Diabeł Życzeń wrócił! Niedługo wszyscy niewierni umrą, a cały ten świat stanie się lepszym miejscem!

– Diabeł Życzeń…? – powtórzył cicho sam siebie. Uderzył napastnika w twarz tak mocno, że ten stracił przytomność. Peter zakrył dłońmi usta i uciekł, biegł w stronę domu swojej przybranej babci, nie mając pomysłu, co innego zrobić. Bał się, że ten napastnik pomylił go z Edem, że grozi mu niebezpieczeństwo. Zaczął pukać ostro w drzwi.

– Babciu Casandro! Otwórz!

– Już dziecko, już! – mówiła zza drzwi, które po chwili otworzyła. Peter od razu wpadł do środka. – A tobie co? Ducha żeś zobaczył?

– Babciu… Nie wiem, czy… czy to może być prawda? Czy istnieje coś takiego jak bożek?!

– Peter? Ale o co chodzi?– Zakłopotała się. Ten szybko wyciągnął z kieszeni koszuli kartkę i podał ją staruszce.

– To jest ostatnia notatka, jaką Ed napisał przed opuszczeniem domu. Znalazłem ją niedawno… I nie wiem co mam robić!

Casandra przeczytała uważnie, po czym złożyła kartkę. Wskazała Peterowi na krzesło, sama usiadła obok.

– Więc do tego doszło… Tak, to prawda. Wiem to, bo miałam znajomych z Kavaru. Peter, musisz go znaleźć. To nie są przelewki. To jest istna boska makabra, wojna. Ludzie wpadają w szaleństwo podczas tej gry! – Casandra wzięła kawałek czystego papieru, kiedy Peter hamował łzy. Napisała szybko coś na niej i podała mu. Peter nie mógł tego rozczytać, nie było to po gormilijskim, ani po bryskim języku. – Pojedź do Egrezji, do kapłanki Cany z rodu Kavaru i pokaż jej to. Ona na pewno pomoże ci znaleźć Edwarda.

– Ale ona chyba chce go złapać! Przed chwilą napadł na mnie Wyznawca Światła i gadał, że jakaś Najwyższa Kapłanka mu kazała złapać kogoś! Może chodziło im o Eda, a pomylił go ze mną?! I… znokautowałem go, nie ruszał się, może go zabiłem…?

– Najwyższa Kapłanka to określenie na królową złodziei, a Cana jest kapłanką wiary Dwunastu, Peter. Poza tym znam ją, to moja dawna przyjaciółka. I pokaż mi tego gnoja, ja go oddam wojsku, nieważne czy żywy, czy nie.

– Ale co z pacjentami…?

– Nie martw się, umiem się opiekować osobami z hemasitus. Gdzie żeś zostawił tamtego napastnika?

– W lesie…

– Dobrze, dziecko. – Podała mu sakiewkę z monetami. – Bierzesz pociąg do miasta Kavu, stamtąd wyjeżdża kolejny prosto do Egrezji. No dalej, śpiesz się! Spakuj najpotrzebniejsze rzeczy i leć po Eda, zanim oszaleje!

– Dobrze. – Kiwnął głową i pobiegł do domu. Był zdeterminowany, jak i przerażony. Nie miał pojęcia po co Edward wyruszył… Musiał się tego dowiedzieć. I ocalić go przed tym, co powiedziała babcia.

~

Stali na stacji kolejowej, czekając na pociąg. Edward, Aru, Kasei i Haley wybrali drogę numer jeden do miasta Tamo, a bronie do Kavu. Haley cały czas miała wrażenie, że ktoś ich obserwuje, owo uczucie towarzyszyło jej odkąd weszła do domu Artura, tak jakby coś tam na nich czyhało. Nie chciała jednakże straszyć reszty, wiedziała dobrze, że ma w nawyku poczucie bycia obserwowaną, więc po prostu umysł mógł jej znowu płatać figle.

Pociąg dla broni przyjechał.

– Proszę, opiekujcie się mistrzynią – poprosiła Kyoko i ukłoniła się nisko. Ed poczuł zakłopotanie, uśmiechnął się lekko.

– To ona raczej będzie opiekować się nami! – odpowiedział.

Lorenzo pomachał im na pożegnanie, a Eris stała ze skrzyżowanymi rękoma. Po chwili zauważyła, że lis zajada się bułkami z nadzieniem.

– CHORY ZJEBUSIE, ZNOWU?! – wykrzyczała, a ludzie wokół zamarli. Kyoko złapała ją za ramię i wciągnęła siłą do pociągu, Lorenzo wszedł powoli za nimi. Kontynuował machanie im przez okno, tak samo fiołkowowłosa, Eris była za to obrażona. Usiedli wygodnie na siedzeniach, a Kyoko pilnowała, by królica nie biła Lorenzo, który zajadał się ze smakiem. Z daleka ktoś ich obserwował, były to dwie dziewczyny. Jedna z nich miała na sobie bluzę z kapturem, która kryła jej jasnobłękitne włosy.

– Dobra – szepnęła Eva do Iris – poczekamy trochę, a potem ich zaatakujemy. Weźmiemy za nich okup u ich mistrzyni, będą musieli zapłacić pieczęcią.

– A będę mogła osobiście uderzyć Eris?

– Masz to jak w banku. – Zachichotały głupio i schowały się za gazetą.

Pociąg dla drugiej części grupy przyjechał niedługo później. Ed udając dżentelmena wsiadł pierwszy i podał rękę najpierw Aru, następnie Kasei, a potem Haley, by pomóc im wejść po stopniach. Kasei i Aru śmiały się, kiedy złotowłosy potem nawet otrzepywał kurz z siedzeń specjalnie dla nich, Haley przyglądała się temu z lekkim zdziwieniem. Ed usiadł pomiędzy niebieskowłosą a czerwonowłosą, zadarł głowę wysoko i założył nogę na nogę.

– No więc, jedziemy na wycieczkę. Ja i piękne panie razem ze mną! – oznajmił dumnie.

– Ty dewiancie! – warknęła złowieszczo Kasei. – Ja ci dam! Najpierw gadasz o ślubie ze mną, a teraz mnie zdradzasz?!

– Ojej! – Złapał się za głowę. – Błagam cię, o ma luba Kasei! Czy zapomnisz mi taką zniewagę? Co mam uczynić, byś mi wybaczyła i wpuściła mnie znowu do łoża?

– Co…? – zakłopotała się Haley. – To wy jesteście kochankami…? – dodała z łamiącym się głosem. Tylko Aru to zauważyła.

– Co, o czym ty mówisz? – Śmiała się Kasei. – To jest debil! Nigdy bym za niego nie wyszła, to tylko żarty!

– Naprawdę…? – spytała, ale nie patrzyła w ich stronę.

– Tak, Haley, oni tak zawsze, to durnie! – Aru uderzyła Eda w głowę, mocno. Ten powiedział pod nosem ciche „ał”, nie wiedział, co zrobił źle. Rudowłosa zamilkła, bała się, że zaraz dostanie tak samo. Lecz było wręcz przeciwnie: Aru przytuliła ją mocno do siebie. – Bo Kasei jest moja i każdy o tym wie!

Haley odwróciła się natychmiast, a Ed wybuchł śmiechem.

– Dlaczego się śmiejesz? – spytała niepewnie niebieskowłosa.

– Haley, to żarty – wytłumaczył. – To się robi, jak chce się rozluźnić atmosferę.

– Żarty, huh… W takim momencie?

– To najlepszy moment – dodała Aru, tuląc do siebie niczym małe dziecko rudowłosą, która uśmiechała się słodko, wtulając się w jej ciepłe ciało. – Człowiek potrzebuję odskoczni od problemów i stresu, nawet na moment. Dlatego te głupie pogadanki, czy niepoważne kłótnie które bawią, są dla nas teraz najlepsze.

– Bez Eris nie będzie prawdziwych kłótni. – Westchnął z ulgą złotowłosy.

– Ja ci dam takie! – powiedziała Kasei.

– Ty nie jesteś w tym aż tak dobra. – Wystawił język.

– JESTEM NAJLEPSZA, IMBECYLU! – Pogroziła mu pięścią. Aru pogłaskała ją po głowie.

– Jesteś najlepsza. – Uśmiechnęła się do niej. Kasei nie wiedziała, co odpowiedzieć. Dała się dalej głaskać i znowu wtuliła się w czerwonowłosą, było jej jak u mamy, którą straciła na wojnie. I nagle zasnęła. Ed i Haley patrzyli w milczeniu na ten błogi obraz. Czerwonowłosa uśmiechnęła się i usiadła wygodniej, nadal tuląc śpiącą dziewczynkę. Ed ucieszył się, że jego Kasei choć na chwilę znalazła ukojenie po tych wszystkich przejściach. Haley za to, patrząc na jego twarz i widząc uśmiech, znowu poczuła ciepło na sercu. Nagle pomyślała, że chciałaby zasnąć tak samo, ale w jego ramionach. Pierwszy raz od tak dawna czuła się bezpiecznie.

Czuła się bezpiecznie dzięki niemu, tak samo jak niegdyś przy swoim przyjacielu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania