Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 16 (Część 4) (Epilog)

Gdzieś w Wojcy, w miejscu, do którego byle kto nie miał dostępu, stał przepiękny dom. Ostoja dla feniksów, której nikt nie miał prawa naruszać. Aru wyszła na balkon, by spojrzeć na gwiazdy. Jej suknia powiewała delikatnie na wietrze, mieniąc się kolorami ognia i ocieplając powietrze wokół. Wkrótce miał nastać wschód słońca. Zobaczyła, jak jedna gwiazda spada z nieba. Westchnęła ciężko.

– To Peter z Rebellar? – spytała Kyoko, podchodząc bliżej. Miała na sobie długą, czarną aksamitną suknię ciągnącą się po ziemi, a na ramiona narzucone ozdabiane srebrem bolerko z długim rękawem. Jej włosy znacznie wydłużyły się, sięgały do pasa. Aru kiwnęła głową.

– Peter Accardi. – Zaśmiała się. Kyoko odwzajemniła uśmiech. – Gdzie Kasei i Lorenzo?

– Ivory ich wezwała, poszli na łowy wraz z łowcami.

– Rozumiem. – Aru oparła się o barierkę, patrząc jak niebo zmienia swoje kolory przez powoli wyłaniające się słońce. – Dziesięć lat… Minęło już dziesięć lat, odkąd ostatni raz widziałam Edwarda.

– Myślisz mistrzu, że o nas pamięta tam, gdzie jest?

– Na pewno pamięta. – Uśmiechnęła się. Słońce wyjrzało nieśmiało zza horyzontu. – Na pewno też nadejdzie dzień, gdy spotkamy go ponownie. Dzięki niemu tu jesteśmy. Żyjemy, nie będąc już śmiertelnikami, ale obrońcami tego świata. Świata, który Edward starał się chronić. I to dzięki niemu doszliśmy dalej, niż moglibyśmy śnić.

Kyoko kiwnęła potwierdzająco głową.

– Czeka nas jeszcze długa droga. Temu światu daleko do stabilności – powiedziała lisica.

– Tak. Będziemy dalej walczyć. Niech nastanie kolejna boska gra, niech odrodzą się kolejni bogowie… Będziemy gotowi na każde wyzwanie, by dopełnić wolę Eda. By ochronić to, dla czego poświęcił życie. Żebym mogła powiedzieć mu, kiedy go spotkam… że nie osiadłam na laurach, ale cały czas ciężko wraz z wami pracowałam, by ten świat uczynić lepszym miejscem.

Słońce uniosło się, złociste i ciepłe. Było nadzieją na lepsze czasy, dla tych śmiertelnych, jak i tych nieśmiertelnych. Wzniosło się nad światem Boskiej Makabry, w której działy się najprawdziwsze i najpiękniejsze cuda. Był to świat Edwarda z Rebellar. Świat, o którym dowiedział się prawdy i o który zawalczył, choć był jedynie śmiertelnikiem.

Był to świat smutny, niepełny, lecz piękny, gdzie koniec jest jedynie pozorny.

Ten świat musiał przygotować się na więcej.

Koniec tomu I

~~~

 

Po tak długiej historii wypada napisać odautorską notatkę dla tych, których zainteresowała na tyle, by przeczytali do końca - po pierwsze, dziękuję. Naprawdę. Za przeczytanie, za wszystkie komentarze i słowa wsparcia, które otrzymałam.

Kiedy zaczynałam pisać tą historię, nie byłam nawet pewna, czy dam radę ją dokończyć. A to dlatego, że wizja własnego końca z każdym kolejnym dniem była dla mnie coraz bardziej rzeczywista niż nadzieja na to, że nadal będę. Mimo to miałam wystarczająco siły, by wygrać tą bitwę - a to wszystko dlatego, że każdego dnia budziłam się z myślą, że chcę napisać do końca. Codziennie do siebie mówiłam - "chcę zobaczyć Filozofa na półce!". Nie dość, że zdołałam wygrać walkę o życie, to jeszcze dokonałam tego, co zamierzałam. I oto właśnie jest - koniec tomu I, drugi na dzień dzisiejszy (16.12.20) w becie, czekający na poważną korektę...

Pewnego razu ktoś zadał pytanie - co takiego jest wagą w tej historii, że chce mi się pisać? (rozdział 7, część 4). Odpowiedziałam, że wszystko. Bo czytelniku musisz wiedzieć, że pisanie dla mnie nie jest hobby, nawet nie jest stylem życia. Jest życiem samym w sobie i tym, co mnie definiuję. Wszystko co piszę ma jakiś cel, większą ideę i zamysł, do której wpisuję kawałek siebie i tych, których poznałam na swojej drodze. Jaki był więc cel, idea i zamysł kierująca mną w Filozofie?

Tak naprawdę to, że chciałam po prostu żyć.

Żyć pełną piersią, bez ciemności oślepiającej mnie na piękno świata. Żyć z ludźmi, a nie z dala od nich. Zrobić coś jeszcze, dobrego lub nawet złego, bo nikt idealny nie jest i zostawić po sobie jakiś ślad. Uzdrowić posypaną psychikę i ciało, zobaczyć jeszcze tak wiele... Choć czasami życzyłam sobie już, by odejść, tak naprawdę chciałam żyć. Dlatego właśnie pisałam... Dlatego modliłam się, by dojść do końca. Bo wiedziałam, że jeżeli ten dzień nadejdzie, to znaczy, że wygrałam. Ta powieść to dowód mojej wygranej w najgorszym wyścigu, jaki człowiek może stoczyć - wyścigu o własną godność, zdrowie i życie, które umykało między palcami.

A wszystko to zaczęło się od niepozornego snu. Wyśniłam młodzieńca, który przedstawił mi się jako mój syn. I z uśmiechem powiedział: dla mnie jesteś ważna, więc walcz.

Nazwałam go sobie Edwardem. Bo z Edwardem Stachurą zawsze więź czułam, że aż nawet pomyślałam, że może po śmierci mnie tak próbuje wesprzeć, bym nie wpadła w to samo sidło co on za życia. I po Edwardzie Elricu, z ulubionego serialu FullMetal Alchemist (2003), bo zawsze oglądając myślałam sobie, że w przyszłości takiego właśnie syna chciałabym mieć. Silnego moralnie, a jednak wrażliwego. Więc napisałam i oto jest, bo być może pewnego dnia się spotkam z tym, co mi się wyśnił. Na tej ziemi i niebie w końcu są dziwy, które nawet filozofom się nie śniły.

Zadedykowałam tą książkę dla N., błędnego filozofa który kiedyś był obecny w moim życiu i pchnął moje pisarstwo do przodu. Mam nadzieję osobiście, że zobaczył tą powieść, gdziekolwiek ją zamieściłam - mam nadzieję, że się spodobała.

Lecz są też inni, których należy wspomnieć, bo dali tyle samo, jeżeli nie więcej dobrego. Specjalne dziękowania kieruję:

Dla brata Bartłomieja - za to, że powiedział „nigdy nie przestawaj pisać”

Dla Michała vel Amona - za to, że powieść ta stała się inspiracją dla Ciebie, a Twój zachwyt nad nią inspiracją dla mnie.

Dla Daniela - za to, że byłeś cały czas ze mną, w czasach trudnych, gdy tą powieść pisałam

Dla Patrycji - za to, że zawsze służyłaś dobrym słowem w czasach trudnych, gdy tą powieść pisałam

Dla Jarosława Marcinkowskiego - świetnego nauczyciela, dzięki któremu odważyłam się opublikować powieść

Dla Bajkopisarza - za pomoc w korekcie, więc i w staniu się lepszym pisarzem

Dla każdego, kto przeczytał - bo piszę też dla innych

 

Coś się kończy, coś się zaczyna, jak mówi znane porzekadło. Pomysłów jest w opór, więc mam zamiar je realizować. "Filozof" w tej formie na Opowi nie jest jeszcze dokładnie poprawiony - wersję po profesjonalnej korekcie wkleję później gdzieś w komentarzu, gdyby ktoś miał ochotę przeczytać na nowo perfekcyjny tekst. Wkrótce zobaczymy się z nowymi publikacjami - czeka w końcu drugi tom, ale prócz "Boskiej Makabry" mam o wiele więcej do zaoferowania. W takim razie, jeżeli czyta to ktoś kto całej powieści nie zobaczył, tylko ciekawość go tu przytargała, zapraszam serdecznie - zarówno do "Filozofa", jak i do innych publikacji w przyszłości.

Zachęcam też do zajrzenia do wersji PDF z ilustracjami - https://drive.google.com/drive/folders/118l8KcGFMpsSKnF7s0rVrdKn3uHku0Tg

Na razie wersja bez redakcji, ale się to zmieni. :)

Do zobaczenia.

 

Filozof

28.06.2015-22.01.2019

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (11)

  • Shogun pół roku temu
    Niuch, niuch, niuch niuch... nie wiedzę, nie widzę, ale wyczuwam zakończenie ;)
  • Clariosis pół roku temu
    :)
  • Shogun pół roku temu
    Clariosis ooo, oryginalny, pierwotny avek ;)
  • Clariosis pół roku temu
    Shogun Ano, ale jeszcze się zmieni, za jakiś czas. ;)
  • Shogun pół roku temu
    Clariosis hmm... ;)
  • Onyx pół roku temu
    To będzie już koniec?!
  • Clariosis pół roku temu
    Już? Chyba wreszcie, haha. Zobacz ile jeszcze do czytania macie. :'D
  • Onyx pół roku temu
    Clariosis szybko zleci, bo powieść jest wybitnie napisana.
  • Clariosis pół roku temu
    Onyx Jeju... Aż nie wiem co powiedzieć, dziękuję. 😊
  • Bajkopisarz pół roku temu
    Wrażenia po lekturze całości. To naprawdę kawał porządnej opowieści fantasy, z wyraźnie zarysowanymi postaciami głównymi i pobocznymi. Zwykle jest tak, że główną robotę robią postacie drugoplanowe, bo one mogą być niejednoznaczne, zagadkowe, mające swoje tajemnice, których się tylko domyślamy, motywy działania i tak dalej. Główny bohater takich nie ma, bo zwykle jest szczegółowo opisywany przez autora/kę, więc o nim wiemy prawie wszystko.

    Tutaj wszystko pasuje, bo oprócz głównego bohatera jakim jest Edward mamy całą grupę postaci pobocznych, ale pierwszoplanowych jak i dużą grupę drugoplanowych. Każdy dostał jakąś wyraźną cechę charakteru i nie jest mdły – Eris wciąż wściekła, Lorenzo głodny, Goro napuszony i okrutny, bożek wredny, Mateo oszalały, Peter zatroskany, Prasz zalękniony.
    Edward jest idealistą i konsekwentnie zawsze najpierw myśli o innych, potem o sobie, jeśli w ogóle. Wygrywa, bo potrafi zjednać sobie przyjaciół i zdobyć sojuszników, dzięki czemu zyskuje przewagę nad Goro, który dysponuje potężnymi demonami i bandą sług, ale koniec końców zostaje sam. Jego pycha, zaślepienie i głupota, wiara w to, że inny go podziwiają prowadzą do smutnego końca.
    Czyli motyw powieści – rób dobrze dla innych, a dobro wróci i koniec końców to się bardzo opłaca. Nastąpi trójpowrót, co raz odeszło może jeszcze wrócić, odrodzić się. Jest to wniosek pokrzepiający.

    Bardzo dobrze pokazany został też panteon bogów, którzy podobnie jak ludzie (albo odwrotnie, ludzie, podobnie jak bogowie), mają swoje interesy, słabostki, konflikty. Gdzieś tam istnieje Absolut, niewrażliwy na wszystko, ale jego moderatorzy kłócą się i zwalczają. Muszą jednak pilnować, aby trzymać się w równowadze, gdyby któryś zaczął dominować, świat uległby samozagładzie.
    Najciekawsze postacie, które wzbudziły mogą sympatię to Jinta i jego wiedza o wszystkim oraz Aru, która tak efektownie dowiedziała się, kim jest – walka z uwolnionym w świątyni demonem była naprawdę świetna.
    Układ powieści też jest bardzo dobry, to znaczy powolny, łagodny wstęp, potem przyspieszenie, w samym środku opowieści kryzys i przełamanie, a pod koniec na danie chwili oddechu retrospekcja o Haley. Znakomicie wyważone.

    Mankamenty: niezbyt spójnie układają się moce poszczególnych bohaterów. Bogini śmierci Ivory musi użyć Lorenza żeby wygrać z kanibalką, choć nie powinna stanowić ona dla niej żadnego wyzwania. Bożek sprowadza na arenę finału Mateo, ale właściwie nie wiadomo co miałby on zrobić, jako śmiertelnik w starciu z Mariną, której nawet bogini kosmosu nie daje rady. Znaczy motyw jest jasny – Mateo musi odkupić winy, ale to nieco naiwne.

    Ale to drobiazgi. Udało Ci się uniknąć bardzo ważnej rzeczy – niekiedy główny bohater albo jakaś pierwszoplanowa postać zachowuje się tak głupio, albo jest tak męcząca swym niezdecydowaniem, narzekactwem, naiwnością, cymbalstwem (przykład: dzieci w horrorach, który się mówi, żeby czegoś nie robiły, one oczywiście to robią, bo uważają że są mądrzejsze i bach nieszczęście – zawsze mam radochę jak zginą, bo dobrze im tak), że czytelnik marzy aby taka postać zginęła i dłużej siebie i czytelnika nie męczyła. Tu w żadnej chwili nie miałem takiego wrażenia i nie życzyłem „tym dobrym” śmierci.
    A jakbym miał wstawić ocenę to 9/10.
  • Clariosis pół roku temu
    Już mówiłam na e-mailu co myślę o tej pięknej recenzji, więc tutaj pięknie podziękuję raz jeszcze. 😊

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania