Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 6 (Część 6)

– Pieprzona… – warczała Aru, masując bark. – Mamy szczęście, że nie poderżnęła nam gardeł…

– Nie – zaprzeczył Ed. – Nie zrobiłaby tego.

Siedzieli pod drzewem w ogrodzie, tuż przy bibliotece. Było tam cicho, ludzie chodzili po ścieżkach, od których drzewo znajdowało się daleko. Złotowłosy patrzył w jedno miejsce. Ciągle nachodziło go to dziwne uczucie, które starał się ignorować. Nie udawało mu się to.

– Tak myślisz? – mruknęła niezadowolona. – Widziałeś, jakie ona miała oczy? Pod postacią człowieka nadal były wrzecionowate! To na pewno są oczy mordercy. – Z tego co wiem każdy koto-człowiek to ma przy jasnym świetle. Zupełnie jak my zwężone źrenice – odpowiedział spokojnie, nie wiedząc czemu.

– Mogłam się domyślić, że Enzern to będzie złe wyjście. Ale to było jak wygrana na loterii. Nie wiadomo, czy taka sytuacja się powtórzy…

– W sumie… może dałoby się ją jeszcze namówić?

– Skąd w ogóle taki pomysł? Uważaj na nich, z Enzernami trzeba się obchodzić jak z granatem. Jeden niewłaściwy ruch i wybuchasz…

– Hah, mówi to ktoś, kto bez oporów jej zagroził? – spytał z wymownym wyrazem twarzy. Aru odpowiedziała gniewnym spojrzeniem. – Enzern czy nie, zdaje mi się, że po prostu coś ją dręczy.

– Huh?

– Naprawdę. Widać to po jej zachowaniu. Unika kogokolwiek, ponieważ ukrywa ból. Na przykład zignorowała mnie, gdy jej pomogłem. Heh, chyba jej współczuję… – Oparł się o pień drzewa i zamknął oczy. Aru myślała.

– Cholera… Może masz rację… – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Ech, taka sytuacja naprawdę zdarza się rzadko. Tylko trzeba się obejść z nią jak z, no, granatem.

– A gdzie reszta tak w ogóle? – spytał nagle.

– No, szybko się orientujesz! – Zaśmiała się cicho. – Chcieli gdzieś połazić. Cóż, poszukajmy ich. Może w sześć osób skopiemy Enzernowej dupsko.

– Byleby ten granat nie był tak silny, by nam wszystkim tyłki urwać. Byłoby przykro. – Wstał, śmiejąc się. Aru również. To była jedna z tych chwil, kiedy mogli pożartować i pośmiać się normalnie. Bez względu na to, w jakim bagnie się znaleźli. To były chwile ulgi, potrzebnej im najbardziej do dalszej walki.

~

Ulgi potrzebowali nawet ci, którym z głowy wyrastały uszy zwierząt. Dwa lisy, fenek i królik siedzieli przy murku, za jakim się schowali. Eris i Kasei wpatrzone były w Lorenzo, który duszkiem wypijał półlitrową butelkę rumu. Po chwili postawił ją na ziemi, Kyoko popijała sobie tylko kilka łyczków.

– To niesamowite. To już piąta butelka! – powiedziała z widocznym zdumieniem w głosie rudowłosa. – Że on jeszcze nie jest wstawiony!

– W przypadku Lorenzo to raczej mało prawdopodobne. Taki ma talent – powiedziała spokojnie Kyoko, po czym wzięła łyk z kieliszka.

– Od rumu się nie da upić! – zawołał, otwierając kolejną butelkę. A kupili ich w sumie siedem. Brązowowłosy wypijał już szóstą, siódmą wzięła sobie Kyoko, jednak wiedziała, iż i tak Lorenzo wypije jej resztę.

– Chla i żre – powiedziała nagle Eris – a jest chudy. Co to kuźwa za magia?

– Ej! – powiedział smutno. – Wcale nie żrę, tylko jem! I nie chleję, tylko raz na jakiś czas piję!

– Nooo tak. W tym tygodniu to już drugi raz! – krzyknęła.

– Przynajmniej nie odleciał jak Ed! – Zachichotała złośliwie Kasei. – Ach, będzie co opowiadać wnukom…

– Jeżeli w ogóle ich dożyjemy – powiedziała z grobową miną Kyoko. Ale i tak po chwili wszyscy zaczęli się śmiać, prócz Eris. Nagle ujrzeli dym, unoszący się z jakiegoś budynku. Uszy Kyoko poruszyły się, doznała szoku magicznego. Wstała.

– Co się stało? – spytał Lorenzo.

– Gracz. Jest tu – odparła fiołkowowłosa.

– Cholera, przecież Aru i Eda nie ma! Co robimy? – spytała Kasei.

– Zadziałamy sami – zadecydowała Kyoko. – Lorenzo i ja będziemy w stanie walczyć tobą i Eris.

– Na pewno to dobry pomysł? – spytał Lorenzo.

– Najlepszy. Nawet, jeżeli naszych mistrzów nie ma, my jako bronie powinniśmy zrobić wszystko, by pomóc im w walce. W końcu to też nasza gra.

– Dobra – mruknęła niezadowolona Eris. – Niech ci będzie.

– Dziękuję – powiedziała Kyoko. Eris zawarczała w odpowiedzi.

~

– Ed, widzisz to? – Szli, gdy nagle dostrzegli dym. Inni ludzie również zauważyli.

– Sądzę, że to na pewno nie przypadek – odpowiedział.

– Powinniśmy ich poszukać. Spróbuję ich namierzyć magią, chociaż jestem w tym cholernie słaba… A ty?

– Na mnie nie licz… w ogóle tego nie potrafię.

– Ech, dobra. Pośpieszmy się, bo może być to coś ważnego.

~

Dym ogarnął cały budynek, Kyoko użyła zaklęcia teleportacji, by cała grupa dotarła tam szybciej. Bez Aru jednak nie mogła teleportować się od razu do celu, miała na to za mało energii. Szybko ocenili sytuacje, był to najwidoczniej budynek mieszkalny. Cywile z okolicy zebrali się na ulicy, robiąc nie mały tłok. Kyoko dostrzegła również służbę porządkową, która próbowała uspokoić tłum i pomóc wydostać się tym, którzy tkwili w podpalonym bloku. Przybrali swoje zwierzęce formy, Kyoko i Lorenzo pobiegli jako pierwsi, przedarli się przez gapiów, zostawiając drogę dla Kasei i Eris. Byli już blisko, jeden człowiek ze służby krzyknął głośne „hej!”, gdy biały i brązowy lis przebiegli obok niego. Tuż po chwili minęła go Kasei, a na koniec, szybkimi skokami, wyminął go niebieski króliczek, Eris. Gdy wbiegli na piętro, Kyoko skupiła magię, szukała śladu many.

– Są tutaj – powiedziała biała lisica. – Dwie osoby, jeśli się nie mylę, to na dachu. – To idziemy! – zawołała Kasei i zaczęła biec po schodach do góry. Co jakiś czas kaszleli przez nadmiar dymu, musieli być również ostrożni, by nie wpaść w płomienie. Dotarli na górę, gdzie mogli zaczerpnąć nieco świeżego powietrza, każde z nich wzięło porządny wdech. Eris dostrzegła wtedy kogoś, dokładnie dwie osoby. Jedna była wysoka, miała brązowe włosy, a druga była niska, z błękitnymi włosami i króliczymi uszami. Czarnowłosy królik po chwili niedowierzania doznał wyraźnego szoku. Puls na chwilę jej zwolnił, a całe ciało zdrętwiało. Reszta grupy przybrała ludzkie formy.

– Co jest, Eris? – spytał Lorenzo. Nie odpowiedziała. Kyoko i on spojrzeli po sobie, lecz ich przyjaciółka nagle również przybrała ludzką formę, ale miała głowę opuszczoną do dołu. Dwie osoby dostrzegły ich i zbliżyły się, Kasei, choć zdenerwowana, zakryła dłonią usta, gdy ujrzała niższą dziewczynę. Jej asymetryczne, tęczowe ubranie rzucało się w oczy szybciej, niż błękitne, niepasujące do brązowych oczu włosy. Rudowłosa powstrzymywała śmiech, Lorenzo i Kyoko byli zdegustowani, lecz martwili się o Eris. Spodziewali się z jej strony jakiegoś okropnego, wulgarnego komentarza, wybuchu złości, a ona milczała.

– Spójrz Eva, kogo my tutaj mamy? – powiedziała niska, tęczowa dziewczyna. – Ach, właśnie widzę. – Uśmiechnęła się Eva. Eris zawarczała.

~

Wrzaski, histeria i zaniepokojenie – w morzu wzburzonych cywili nie można było odnaleźć kogokolwiek, kto by nie był przerażony. Służba porządkowa udzielała pomocy tym, którzy uciekali z budynku. Edward i Aru stali nieopodal.

– Cholera. Czuć manę bożka... – powiedziała czerwonowłosa. – I… moich broni…?

– Tak, Kasei też tu jest. Nawet taki amator jak ja ją czuję. Jakby tak popatrzeć, to ta sceneria mi się z czymś kojarzy…

– Z czym?

– Z takimi dwoma wariatkami. Zanim się poznaliśmy, pomogłem w pewnej małej wiosce, Epis. Była tam afera z parą złodziejaszek, które mają zamiłowanie do piromanii. Nie udało mi się ich schwytać, uciekły. To takie dwie dziewczynki, jedna z nich wygląda jakby się urwała z cyrku.

– Więc nie będzie nudno. – Uśmiechnęła się Aru. – Ogień to przecież moja specjalność, nie mogę zostać w tyle w tym zamiłowaniu! A przynajmniej pozwolić, by bezcześciły ten cudowny żywioł!

– Dobra, już, spokojnie – powiedział złotowłosy. – Musimy się najpierw przedrzeć przez ten cholerny tłum… Jak dobrze, że przynajmniej oni są już na miejscu.

– Mam nadzieję, że dadzą sobie radę. Dawaj Edziu, trzeba się tam dostać!

~

Siedziała pod dużym dębem, samotna. Miasto huczało z przerażenia, ludzie przekazywali sobie wiadomości o ogromnym pożarze. Haley jednak nie za bardzo słuchała co inni mówią, oddzielała się od tego, by przemyśleć sobie wszystko, co miało dzisiaj miejsce. Pomógł jej złotowłosy chłopak, walczyła z magiem ognia, oboje chcieli wyciągnąć od niej informację na temat gry... Jednakże najbardziej nurtowało ją pytanie – dlaczego musiała trafić na kogoś, kto tak bardzo przypominał, z powodu koloru oczu i włosów, jego?

„To nieładnie oceniać innych po wyglądzie, Halei” – powiedział bożek, akcentując jej imię po Nihornijsku.

– Nie martw się. Ciebie na pewno nie ocenię. Bo się nie da – odpowiedziała pusto.

„Ach, Haley, Haley. Mogłabyś dać im szansę. Dlaczego się nad nimi nie zlitujesz? Jako Enzern byłaś uczona empatii i litości wobec ludzi, którzy nie są twoimi wrogami, prawda?”

– Do czego zmierzasz, bożku? Nie widzę powodu, dla którego miałabym pomagać komuś, kto wygląda…

„Jak on?” – Zachichotał. – „Została ci trauma? Nie martw się, to nie ten typ. Złotowłosy chce oswobodzić swojego brata z cierpienia, a mag ognia chce ocalić feniksy i swoją magię. Jednakże rozumiem cię! Dobry zabójca musi być nieufny do granic możliwości, nie wiadomo, kto może okazać się wrogiem. Jednakże mi możesz zaufać w tej kwestii, w końcu ja nigdy nie kłamię!”

– On… chce ocalić brata? – spytała z rzadkim dla siebie zdziwieniem.

„Zapewniam cię, że Edward z Rebellar ma same czyste intencje wobec ciebie. Kto wie, jak piękny kwiat może wyrosnąć, jeżeli wasza dwójka zasieje nasionko współpracy? Nie obchodzi ciebie gra, ani życzenie. Chcesz jedynie zemsty. Dlaczego więc nie wykorzystasz ich, by pomogli ci ją dopełnić?”

– Wynoś się. – Wróciła do mowy bez emocji, chociaż jej głowa aż wrzała od myśli. Bożek zachichotał i odszedł. Dziewczyna wstała i popatrzyła na niebo, na dym.

„Ocalić brata… od bólu…? Złote włosy… Zielone oczy… Ocalenie kogoś… Dziwne.”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Onyx 3 miesiące temu
    No i zacnie, nic więcej nie trzeba mówić, bo tekst powiedział wszystko
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Bardzo mnie to cieszy. (:

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania