Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 7 (Część 6)

Biegł przed siebie, płacząc i krzycząc. Szukał trojaczków. Biegł tam, gdzie się rozdzielili. Trojaczki na niego czekały, cierpliwie. Nadal spały, gdy on ich szukał, by wziąć je w ręce i mocno przytulić. Powiedzieć, że będą walczyć dalej, ale gdy już walka się skończy… zamieszkają tutaj, w Gormilii. I że zbuduje im piękny dom. I że znajdzie dobrą pracę, by kupować im pyszne jedzenie, żeby mogli się wreszcie zajadać tym, na co zawsze mieli ochotę. I kupi im buty w ramach podziękowania za te wszystkie lata. Był już poza miastem. Biegł przez piach i śladowe ilości trawy. Gwiazdy lśniły, gdy nagle sobie przypomniał…

Artemida oparta o drzewo, krwawiąca z ust. Uśmiechała się w jego stronę, a za nim stały trojaczki, byli wtedy dziećmi. Nadal patrzyła na nich tymi dużymi oczami, chociaż już naprawdę zmęczonymi. Światło zachodzącego słońca opromieniało jej twarz, gdy oni płakali.

– Wiecie… – przemówiła wtedy słabo, pamiętał ten głos, jakby stała tuż przy nim i to mówiła, w tej chwili. – Ten świat… jest cudowny. Jest na nim tyle pięknych motylków… Tyle oceanów… Tyle kwiatów, które można wąchać… i są także wspaniali ludzie. Dlatego zawsze będę kochać ten świat. Nawet jeżeli… spotkało mnie na nim tyle nieszczęść… to zawsze będę stała w jego… obronie…

Zasnęła na zawsze. A wtedy rodzeństwo zaczęło płakać głośno i rozpaczliwie. Trojaczkom śniła się ta scena. Połączyli się nieświadomie umysłami, przeżywając wspólnie ten ból i naukę, jaką dostali od złotowłosego. Naukę, że zaślepienie gniewem… nie jest wyjściem. A to robili. Chociaż nawet ta albinoska uczyła ich, że nie tędy droga. Zapomnieli o tym, było im wstyd… Ale teraz mogli to naprawić. Bo teraz żyją albinosy, bo ten świat nadal istnieje. Enzernowie… to pozostałość po ich ukochanym księżycu, z którego - jak wierzyli - wzięła się albinoska. Księżyc, w jaki wierzyli i kochali… o to chcieli walczyć. Na przekór wszystkiemu.

„Zbaw nas więc, księżycu… Zbaw nas od gniewu… I przypomnij nam, jaki ciepły potrafiłeś być, gdy zagubieni odnajdywali drogę w nocy, dzięki twojemu blaskowi…” – pomyśleli, cała czwórka na raz.

Hanzo był już blisko, widział leżące ciała na ziemi. Nagle jednak zamarł. Nie miały w sobie życia. Trojaczkom podcięto gardła, a na ich twarzy widać było zaschnięte łzy. Jęknął i upadł na kolana. Nie wierzył, że to się dzieje naprawdę. Czyżby to była kara? Nie. To nie kara. To niesprawiedliwość, o której koniec mieli walczyć. Nagle ujrzał zakapturzoną postać z rozległą raną na połowę twarzy.

– Och. – Uśmiechnął się i ściągnął kaptur. – Więc to pewnie ty jesteś ich mistrzem? Powiedziałbym, że jest mi przykro, ale… niestety nie jest.

Srebrnowłosy krzyknął i rzucił się na niego. Jednak był w takiej rozpaczy, że nie wiedział, co robi. Rzucał się na wszystkie strony, Mateo w sekundę odciął mu dłoń i zabrał jego pieczęć. Hanzo upadł na ziemię. Po jego policzku spłynęła jedna łza. Wykrwawiał się.

„Ten złotowłosy… jest prawdziwym filozofem” – pomyślał. – „Dziękuję. Uwolniłeś mnie od grzechu, który popełniałem, choć chciałem go ukrócić… Proszę, niebieskowłosy albinosie… zbaw nas… I spraw, żebyśmy w następnym życiu byli szczęśliwsi. I proszę… niech księżyc wróci…”

Zamknął oczy. Wiatr zawiał, odsłaniając jego martwą twarz spod włosów. Po policzku ktoś przejechał mu drobną dłonią.

– Biedne dusze – szepnęła Ivory, czule głaszcząc Hanzo. Włożyła rękę w jego klatkę piersiową, która swobodnie przeszła przez skórę, mięśnie i kości. To, co wyciągnęła, było białym, nieco przezroczystym łańcuchem. Drugą dłonią przywołała kosę i przecięła go tuż przy ciele. To samo zrobiła z trojaczkami. Puściła łańcuchy, a te zniknęły razem z wiatrem.

– Ale cóż. Na każdego niegdyś przyjdzie czas. – Uśmiechnęła się i spojrzała na niebo. – Na ciebie też niegdyś przyjdzie, Matevigo.

~

Nie krzyczała, nie mogła dać mu satysfakcji, chociaż ból jaki czuła na plecach był nie do zniesienia. Rozebrana siłą do naga, zamknięta razem z nim w jednym pokoju, biczowana po świeżych ranach… Mówił bardzo spokojnym tonem, zawsze to samo – „pokaż mi swoją moc”. Ale ona nie miała zamiaru. Nawet, jeżeli w pokoju było ciemno, a ona nie mogła ujrzeć jego twarzy, dobrze wiedziała jak wygląda. Przeklinała go, patrząc na jego rozmazaną sylwetkę. Znowu dostała biczem w rany, pot spływał po jej ciele, ale nie miała zamiaru krzyknąć, ani razu.

I nagle się obudziła.

Nie było go. Ani nie miała ran na plecach, jedynie blizny które z nich powstały. Mimo tego po tym koszmarze przysięgłaby, że znowu czuje tam palenie... Jednak to nie blizny paliły, ale jej pieczęć. Tak samo ta na ręku i nodze. Ostatnie co pamiętała, to błysk światła i to, że czuła się coraz słabiej…

Zorientowała się, że jest w bibliotece, że leży tam, gdzie spała odkąd przybyła do Yodiary. Wstała powoli, zauważyła wtedy, że nie ma na sobie ubrań, wzięła więc koc i otuliła się nim. Przeszła ostrożnie kilka kroków, chciała rzucić iskierkę na ziemię by poprawić widoczność, ale nie mogła w ogóle użyć magii.

„Muszę być jeszcze osłabiona…” – pomyślała, zdała się na zmysł dotyku i słuchu. I wtedy usłyszała czyjeś kroki. Serce przestało jej na moment bić. Przypomniała sobie swój sen, ta scena była zbyt podobna do tego, co przechodziła; ciemny pokój, rozebrana, nie mogąca użyć zaklęć i czyjeś kroki… Nie, nie, to na pewno nie on… Na pewno jej nie znalazł… To nie może być on… Nie może!

Rzuciła się szybko tam, gdzie leżała. Oddychała bardzo ciężko, jednak tym razem nie miała zamiaru być kolejny raz tak traktowana. Przygotowywała się, by użyć swojej siły fizycznej i zaskoczenia, był coraz bliżej…

– Och… Już… nie śpisz?

Niepokój odszedł, to nie był jego głos... To był głos Edwarda. Nagle poczuła, że coś kładzie przy niej.

– Proszę bardzo – dodał po chwili. – Ubierz się w to. Eris jutro załatwi nam nowe ubrania, bo po naszych dotychczasowych nie ma co zbierać.

– Dziękuję… – odpowiedziała cicho. Była to długa koszula nocna w białym kolorze. Ed odwrócił się, gdy Haley zrzuciła z siebie koc. – Gdzie reszta? Nic im nie jest…?

– Hanzo uciekł – odpowiedział spokojnie. – A reszta jest u Artura w domu, u mojego znajomego, gdyż kryjówka została zniszczona. Gdy zobaczył Kyoko nie mógł odmówić, haha! A ja wykradłem się po cichu, by zająć się tobą.

– Zająć się…? – zdumiała.

– No wiesz… Jesteś po poważnej utracie many. To naturalne, że ktoś powinien doglądać jak się czujesz. Byłem oczywiście za tym, by ciebie też do niego zabrać, ale Kyoko uważa, że najlepiej byś na razie pobyła z dala od tak dużej ilości osób, byś nie zadusiła się uczuciem magii. Więc dlatego jesteś tutaj i dlatego przyszedłem, bo… boję się o ciebie.

Usiadł na podłodze, Haley nadal była zszokowana jego postawą. Milczeli kilka minut, Ed rzucił magiczną iskierką na ziemię, by oświetlić nieco pomieszczenie. Pisał kolejną notatkę w zeszycie, tym razem o prawie Yomei. Haley siedziała obok, otulona ściśle kocem, było jej chłodno. Co jakiś czas patrzyła na Eda, lecz za każdym razem gdy to zrobiła, musiała szybko odwrócić wzrok.

– Dlaczego boisz się o mnie? W ogóle mnie nie znasz, więc dlaczego? – spytała. Ed właśnie skończył pisać, zamknął notesik. To było bardzo dobre pytanie, na które sam nie znał odpowiedzi. Spojrzał na nią.

– Bo… – Głos stanął mu w gardle. – Nie musisz w tym uczestniczyć, a jednak to robisz, dla nas… Więc troska z naszej strony tak naprawdę ci się należy. Szczególnie w tak niebezpiecznych sytuacjach. I nazwałaś nas swoimi przyjaciółmi, a to nigdy nie powinno być lekceważone…

Znowu nastała cisza.

– W ogóle się nie znamy, a jesteśmy przyjaciółmi. Co za brak logiki… – Zaśmiała się.

– Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. I nie trzeba wiedzieć o nich wszystkiego od razu. Jeżeli ufają, sami w końcu powiedzą. – Uśmiechnął się do niej, bardzo uroczym, szczerym uśmiechem. Otworzyła szeroko oczy i przypomniała sobie kogoś, kogo niegdyś nazywała swoim przyjacielem. Miał właśnie taki uśmiech, był tylko dla niej, uwielbiała go. Jednak za każdym razem gdy go sobie przypominała, wpadała w rozpacz, a to dlatego, że zabrano jej ten uśmiech, wraz z jej przyjacielem. Jednakże teraz, prócz rozpaczy, poczuła coś jeszcze… Szczęście. Którego nie czuła od tak dawna. Tak jakby to, za czym tak bardzo tęskniła, nagle wróciło. W końcu Edward też był jej przyjacielem. I ten uśmiech również był tylko dla niej. I to właśnie jest coś, co powinna chronić, przed tym samym bólem, przed stratą.

Odwróciła twarz, by nie pokazać złotowłosemu łez, ale i tak zauważył. I nie mógł nic powiedzieć. Jedynie przysunął się nieco w jej stronę.

– Nie, nie… – odpowiedziała szybko. – Po prostu przypomniałeś mi kogoś, kto mi zmarł…

– Och… Przepraszam – szepnął i odsunął się. Haley wtedy spojrzała na niego, jej twarz zrobiła się mocniej różowa od płaczu, a oczy szkliste.

– …Może zróbmy to, co zawsze robiłam z dziadkiem? – spytała nagle.

– Em… A co takiego? – Zdziwił się.

– Gwiazdy. Chodźmy obejrzeć razem gwiazdy.

– Gwiazdy? Ale tak nagle? W twoim stanie?

– To nic. To będzie idealna okazja, bym opowiedziała nieco o sobie, prawda? Tak przecież robi przyjaciel, który ufa.

Uśmiechnęła się. Ed lekko westchnął, był zauroczony. Dopiero po chwili przyłapał się na tym uczuciu, co wprowadziło go w niemałe zakłopotanie. Na szczęście Haley nie zauważyła tego. Wstał, a za nim niebieskowłosa, która nagle wywróciła się. Złotowłosy wziął ją więc na plecy, by przenieść na dach biblioteki. Czuł się zawstydzony, a jednak z drugiej tak pewny siebie. Zrozumiał, że chyba dłużej nie może powstrzymywać myśli, jakie go nachodzą. Że nie może powstrzymać tego uczucia fascynacji.

Szli po schodach ku górze. Ed co jakiś czas doglądał, czy niebieskowłosa nie zsuwa się. Trzymała się rękoma jego barków, jednak w każdej chwili mogła osłabnąć, musiał uważać.

– Edward… Wiesz co?

– Słucham?

– Nigdy nie sądziłam… że złote włosy mogą być piękne – powiedziała to z ogromnym smutkiem w głosie.

Na moment stanął. Jednak po krótkiej chwili ruszył dalej. Czuł jak dziewczyna mocniej się w niego wtula, jednak nie wiedział, czym to jest spowodowane. Ale słyszał, że cicho płacze. Nie wiedział, do czego to prowadzi, był przestraszony. Nie miał jednak odwagi spytać, a droga na dach dłużyła się niemiłosiernie. Dotarli wreszcie, Ed odsunął klapę jedną ręką i wszedł na dach, pomógł Haley zejść z jego pleców. Usiadła na ziemi, nie patrzyła na niego. Ten przysiadł się, gestem wskazała na oczy i na ziemię. Edward zrozumiał, rzucił magiczną iskierką na podłoże, teraz widziała go lepiej. Spojrzała w górę, i choć zamazanie, jakby przez mgłę, dostrzegała te białe plamki. Ed nie myślał o niczym innym, tylko o tym, co przed chwilą powiedziała. Ale nadal nie miał odwagi spytać. Lecz w końcu musiał.

– Co… Co miałaś na myśli… mówiąc tamto? – spytał. Haley nie patrzyła na niego.

– Chodzi mi o to… że nie sądziłam, że możesz być dobrym człowiekiem. Bo… twoje włosy… i oczy… ich kolor… przypominał mi o kimś. – Nagle opuściła głowę bardzo nisko, chowając ją między kolanami. Po dłuższej chwili uniosła ją na nowo. – Gdy tylko rodzice zabrali mnie do Gormilli… tej samej nocy uciekłam z domu, w którym się zatrzymaliśmy. Bo tu mieszka mój przyszły mąż, którego nienawidzę.

– Jesteś zmuszona do ślubu…? – spytał z niedowierzaniem.

– Tak. Była wojna między Enzernami a Brando. To o tym mówił Hanzo. Brando od wieków walczyli o pozycję w naszym kraju, lecz nie byli tak uznawani, jak nasz ród. Dokonali więc zamachu. Ja i Eris miałyśmy po pięć lat, a moja matka doczekała się właśnie kolejnego dziecka, tym razem plon bogini księżyca był obfity… Wszyscy urodzili się pełnymi albinosami, prócz mnie, pół albinosa, i Eris. Nasz ojciec nigdy nie myślał o nas jak o gorszych, jednak matka… już tak. Wsparcie miałyśmy w naszej kuzynce, Artemidzie, która była najsilniejszą z rodziny, ponieważ była albinosem o białych włosach. Moje rodzeństwo miało blond włosy, dużo jaśniejsze od twoich. Było to dziesięć lat temu… jednak ja pamiętam to jak dziś. Brando wtargnęli do domu… nie zdążyliśmy ewakuować dzieci, nie spodziewaliśmy się ataku. Były zbyt małe, by walczyć. Pozabijali ich, żadne nie przeżyło... Udało mi się uciec z Eris z domu, ale by udowodnić, że jestem dobrym wojownikiem, poszłam walczyć z wrogami. Głupia pięciolatka… I wtedy on mnie ochronił. Wiesz, on już potrafił walczyć, jest osiem lat ode mnie starszy… Jednak nie zrobił tego z obowiązku, a tylko dla zysku. Jego rodzina nam pomogła, ród Delaunay… i jako nagrodę, moja matka postanowiła mnie zaręczyć z jednym z synów głowy rodu Delaunay. A ja tego nie chcę, więc dlatego uciekłam, od własnej rodziny. Bo ten typ znęcał się nade mną… A ja nie mogłam nic zrobić. Gdyby spadł mu włos z głowy, zostalibyśmy uznani za zdrajców…

– …Z wyglądu ci go przypominam? – spytał smutno.

– Przypominałeś – poprawiła. – Masz o wiele przyjemniejsze oczy. I twarz…

– Heh… – zaśmiał się. – Jak ci się tak podobam, to może wyjdziesz za mnie?

– Co? – spytała zdziwiona.

– Żartuję, żartuję! – Nerwowo pomachał dłońmi i zaczerwienił się. – Mam jajo zamiast twarzy…

– Przestań, to nieprawda. – Uśmiechnęła się. – Widzisz… to jest nawet przeciwko naturze Enzerna. My mamy chronić ludzi, wyłapywać złych ludzi… a on właśnie kimś takim jest. Zagraża innym… A ja nie mogę nic z nim zrobić…

– A to nie powinno być zadanie wojska? Nie próbowałaś tam szukać pomocy?

– Kto by mi uwierzył? Przecież to Delaunay… Szukałam pomocy u Yanarów, sojuszników, którzy... – Wskazała na rękę. – Zakładają nam te pieczęcie, by wzmocnić naszą manę. Jednak choć chcieli, nie mogli się narażać na takie niebezpieczeństwo. Chcę uwolnić się od niego zupełnie. I zrobię to, nawet jeżeli jedynym wyjściem dla mnie będzie śmierć. Wolność i honor są najcenniejszymi rzeczami…

– Nie mów tak… ja ci pomogę – powiedział troskliwie. Już nie próbował się nawet powstrzymywać, nie mógł. To dziwne, niewyjaśnione uczucie fascynacji było zbyt silne. Haley uśmiechnęła się.

– Wiem. Jesteś na pewno kimś, kto potrafi zmienić życie innych. Teraz to widzę. Kto wie, może księżyc cię tu przysłał, żebyś pomagał takim zagubionym jak ja?

– Księżyc… – Przypomniał sobie Hanzo. – Szczerze… interesuje mnie czy to może być prawda. Znaczy, nie, że sobie przypisuję jakąś boską misję… Ale chodzi o to, co rządzi tym światem… Poznałem tyle religii, a jednak nie mam pojęcia co może być prawdziwe.

– A może wszystko? – uśmiechnęła się tajemniczo.

– Szczerze… nie wiem, czy takiemu śmiertelnikowi jak ja będzie dane dowiedzieć się ostatecznie o tym. Przecież całe życie to przekreślałem. Może teraz za to płacę? Właśnie niedosytem wiedzy, który będzie za mną chodził do końca mych dni?

– Filozof głodny wiedzy, hm? Szuka prawdy?

– Nie jestem filozofem… – odparł cicho, ale rozbawiony.

– Może kapłanka Kavaru nieco zaspokoi twoją ciekawość?

– Kto wie… Jednak do prawdy muszę dojść ostatecznie sam. – Wreszcie spojrzał w stronę gwieździstego nieba. I dostrzegł cztery spadające gwiazdy, trzy małe i jedną dużą. Nagle zrozumiał, że to coś mu przypomina… Ale nie wiedział co…

Zaczął myśleć, gdy nagle Haley oparła się o jego ramię. Zasnęła. Nieco zakłopotany wziął ją na ręce i wrócił powoli na dół. Ciągle się na nią patrzył, myśląc o tym, że otworzyła się przed nim… więc naprawdę mu ufa. Lecz to, co usłyszał… zraniło go. Nie chciał, by musiała wychodzić za jakiegoś tyrana z kaprysu jej rodziców…

Położył ją i okrył dokładnie kocem, nadal jednak nie mógł oderwać od niej wzroku. Nigdy się tak nie czuł. Nie chciał jej nikomu oddać i nie miał zamiaru pozwolić, by ktokolwiek mu ją zabrał. Musi ją chronić. Zaczynał się upewniać, co tak naprawdę do niej czuje…

Postanowił zostać przy niej całą noc. Lecz był zmęczony po walce, opadł bezsilnie i zasnął.

Tuż obok niej.

 

Koniec rozdziału 7

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • TheRebelliousOne 3 miesiące temu
    Kurde, rok się skończy, zanim zdążę to wszystko przeczytać... XD No, tyle ode mnie tutaj, wracam do rozdziału drugiego! :D

    Pozdrawiam ciepło :)
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Haha! x) No przyznaję, trochę tego jest faktycznie. :) Chociaż mój kolega to jeszcze wersję beta połknął w trzy dni... no ale to zależy od czytelnika też. :)

    Dziękuję za wizytę! Zaraz się do Ciebie wybieram. :)
  • Literkowa Bitwa na Prozę 3 miesiące temu
    Zapraszamy do wzięcia udziału w zabawie. Do 31 lipca można napisać opowiadanie prozą, prozą poetycka i wrzucić na główną. ( w razie czego przedlużymy termin)
    Odpowiednio zatytułować i dodać link na Forum do wątku:
    https://www.opowi.pl/forum/literkowa-bitwa-na-proze-linki-do-w934/
    I wygrać.
    Tematy to:
    Temat pierwszy - „Ptak w przestworzach”
    Temat drugi - „Anioły”
    Można. na jeden, można na drugi, można połączyć.
    Czekamy i liczymy na ciebie
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Hm, hm. Mam ostatnio odpowiedni nastrój, by coś napisać... Spróbuję się wyrobić, to może w sam raz dam radę coś solidnego napisać.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania