Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 8 (Część 8)

Gwiazdy naprawdę pięknie lśniły. Haley patrzyła na śpiące twarze swoich kompanów, którzy nocleg urządzili sobie w czyjejś piwnicy. Niebieskowłosa stała na straży, sama była wymęczona wcześniejszymi obrażeniami, jednak postanowiła zostać całą noc przytomna, regenerowała się o wiele szybciej od nich. Siedziała spokojnie, z zamkniętymi oczami. Odpoczywała, jednocześnie pozostając czujną. Teraz jej zmysły były o wiele bardziej wyostrzone, najbardziej skupiała się na słuchu. Uczucie, że ktoś za nimi podąża nie dawało jej spokoju, a co gorsza, z każdą minutą nasilało się. Obawiała się, że umysł nie płata jej figi, a ostrzega.

Powoli wstała i wyciągnęła miecz z ciała, zaczęła iść po schodach w górę. Zanim wyszła sprawdziła jeszcze, czy żadne z nich się nie obudziło. Patrzyła dłuższą chwilę na spokojnie drzemiącego Edwarda, który wraz z Kasei przykryty był jej peleryną. Zamknęła drzwi najciszej jak mogła.

Na zewnątrz poczuła coś, jakby bożka. Więc miała rację, śledził ich jakiś gracz. Nie wiedziała tylko dokładnie gdzie się znajduje. Nie mogła określić strony, od której mana dochodziła, ani nikogo nie widziała. Ścisnęła mocniej rękojeść miecza, stąpała powoli, nastawiała uszu we wszystkie strony, nagle usłyszała szmer. Odbiegła w przeciwną stronę i stanęła w pozycji gotowej do boju. Nic nie nadeszło, względny spokój. Lecz nagle uszy wskazały do tyłu, odskoczyła. Nie użył żadnego zaklęcia, próbował ją po prostu złapać. Nie widziała go, ale czuła i słyszała.

Mateo wyprostował się, poprawił kaptur na głowie i spojrzał na albinoskę.

– Enzern, co za niespodzianka – oznajmił spokojnie. – Następnym razem jak chcesz się ukryć, to nie wywalaj takiej ilości magii w powietrze.

Haley przypomniała sobie od razu, jak ochroniła kompanów przed czarną magią Hanzo. Tamtej nocy zużyła nieprawdopodobną ilość many, która nadal musi się unosić w powietrzu Yodiary, dlatego chciała szybko się ewakuować, by ich nie znaleźli. Niestety najwidoczniej jej przeciwnik był szybszy.

Mateo kaszlnął lekko, wytrąciło to Haley z zadumy.

– Choć dobrze się kamuflujesz, czuję od ciebie bożka. Ale jednak trzymasz się z nimi. Sojusz?

– Nawet jeżeli, to co cię to obchodzi? – spytała. – Ty walczysz o swój interes, my o własny.

– Nie rozśmieszaj mnie. – Zachichotał obrzydliwe po wypowiedzeniu tych słów. – W tej grze nie ma na to miejsca. A szczególnie z takim zdradzieckim ścierwem jak on.

Niebieskowłosa jeszcze mocniej ścisnęła miecz. Dziwiło ją, czemu jej przeciwnik nie próbował atakować. Mimo iż słabo go widziała, była przekonana że nic nie robi. Nagle zrozumiała dlaczego.

– Więc to Edward jest twoim celem? Dlatego wahasz się z atakiem?

– Szczerze ci powiem, że nawet się boję. – Uśmiechnął się. – W końcu widziałem twój wyczyn. Jednak nie mam wyboru, prawda?

Kocica nie odpowiadając, pierwsza zaatakowała. Mateo uniknął szarży, jednak dostał lekko z kopa w rękę. Niebieskowłosa odbiła się i wylądowała tam, gdzie przed momentem stał. Mateo pobiegł przed siebie, Haley ruszyła w pościg, lecz była rozsądna. Zastawił na nią błyskawicznie pułapkę magiczną, w którą prawie wpadła. Nastąpił wybuch, jednak nie oberwała. Ludzie z domu, którego piwnice zajeli, obudzili się. Albinoska nie była pewna, co ma robić, Mateo wykorzystał to. Błyskawicznie trafił w nią zaklęciem, upadła na ziemię. Wtedy właśnie mężczyzna z domu wyjrzał przez okno, lecz nikogo nie dostrzegł, zamknął je i wycofał się do pomieszczenia. Haley podniosła się, kaszlnęła. Była wściekła, bo nie mogła teraz używać zbyt wielu zaklęć, jej aktualna kondycja na to nie pozwalała. Brzęczały jej w głowie jego słowa: „niewdzięczne ścierwo”… czyli miał coś wspólnego z Edwardem.

Jej myśli były teraz jej zgubą.

Mateo błyskawicznie podniósł ją w obłoku magii, po czym przysunął do siebie. Nie zdążyła zrobić uniku, ręce splótł jej magicznym wiązadłem, złapał za sweter, wypuścił z telekinezy i podniósł ją na wysokość swojej twarzy. Teraz widziała go wyraźniej, dostrzegła okropną i głęboką ranę na jego twarzy, jego zimne, puste oczy. Oczy obłędu. Poczuła strach.

– I co powinienem teraz zrobić, albinosko? – spytał spokojnie. Przeraźliwie spokojnie. I dostał z kopa w brzuch, zapomniał skrępować jej nogi. Uderzyła prosto w rozległą ranę, Mateo zgiął się w pół, palący ból wrócił. Haley zniszczyła zaklęcie na dłoniach, przywołała ponownie miecz i wycelowała w niego. Ominął to teleportacją. Próbowała trafić w tętnice szyjną, udałoby się, gdyby nie jego szybka reakcja. Mateo pojawił się kilka metrów za nią.

– Sojusznicy bronią siebie nawzajem – powiedział nagle, dotykając szyi, którą udało się jej drasnąć. – Bronisz go. W jakim celu? Mając pieczęć masz szansę na życzenie, a zamiast tego narażasz życie dla pierdolonego kłamcy, który zdradza przyjaciół. Pewnie nie masz tylko o tym wiedzy.

– Edward z Rebellar nigdy nikogo by nie zdradził – odpowiedziała bardzo poważnie. Przeniósł dłoń z szyi na twarz, zakrył jej połowę. I śmiał się. Haley przeszły ciarki.

Znowu rzucił się na nią, teraz z silniejszymi zaklęciami. Albinoska jego pięści powstrzymała mieczem, siłowali się. Próbował złamać ostrze, gdyby tak się stało, trafiłby prosto w nią. Haley nie dawała za wygraną. Odskoczyli od siebie. Niebieskowłosa zrozumiała, że ma do czynienia z Jenkinsem. Skoro był w stanie atakować gołymi pięściami jej formę broni i teleportować się tak szybko, nie było wątpliwości. Jednak coś było nie tak z nim samym. Coś, co ją przerażało.

Nagle Mateo znikł i próbował atakować od góry. Niebieskowłosa skupiła magię w podeszwach butów i wysoko wyskoczyła. Odbili się ponownie od siebie, tym razem stanęli na dachu domu. Próbowała skupić się na walce, ale nie mogła. To, co powiedział nie dawało jej spokoju. Czyżby Edward mu coś zrobił? Czyżby to była krzywda tak wielka, że ten tuła się za nim aż tutaj? Czyżby… ten szaleniec robił to samo, co ona? Czyżby przepełniał go amok taki sam, jak ją?

Haley sprawdziła, czy pieczęć jaką ukryła w swoim ciele nadal jest na miejscu. Nie mogła powiedzieć o niej towarzyszom, to był jej klucz do odnalezienia kogoś. I to właśnie nie dawało jej spokoju. Czy się pomyliła? Czy Edward może być zły? Czy ten Jenkins tuła się za Edwardem tak samo, jak ona za pewną osobą? Mówił o Edwardzie z dokładnie takim samym obrzydzeniem w głosie, jakie ona miała w myślach, gdy tylko pomyślała o tej osobie. Jednak przypomniała sobie również uśmiech złotowłosego. Przypomniała sobie, jak złapał ją za rękę, gdy walczyli z Hanzo i rzekł, że już nie może więcej stracić. Nie… on nie może być złą osobą. I ona musi go chronić. Nieważne co.

Przeciwnik znowu wycelował w jej stronę, oberwała, jednak nie miała zamiaru się poddać. Przepełniała ją determinacja, próbowała zepchnąć go z dachu, a on ją. Siłowali się na przemian, zaklęciami lub siłą fizyczną. Haley w pewnym momencie nie dała rady go odepchnąć, przewrócił ją, zaczęła się turlać po dachu. Zatrzymała się na krańcu, złapała mocno dłońmi dachówki, próbowała wspiąć się, odzyskać równowagę, lecz Mateo zbiegł i wykopał ją. Upadła twardo na ziemię, kręciło się jej w głowie, z czoła popłynęła stróżka krwi. Czarnowłosy zeskoczył, złapał ją za włosy i przygwoździł magią do ściany domu. Wisiała jak marionetka, była ogłuszona. Ten uderzył ją w twarz, ocknęła się.

– Zobacz, no. Musisz być jego przyjaciółką, co? – Zachichotał szaleńczo. – I oto kolejny przyjaciel jakiego zamordował.

– Zamordował…?

– Oh! Nie chwalił ci się?! – powiedział to z maniakalnym tonem. – Nie opowiadał ci, jak on i jego braciszek pozwolili, by doszło do tragedii? NIE MÓWIŁ CI O TYM? NIE CHWALIŁ SIĘ, ŻE POSŁAŁ MOJEGO BRATA DO PIACHU?

Nagle Haley przypomniała sobie słowa bożka, że Ed walczy dla brata. Jednak co się stało…? Czyżby zrobili naprawdę coś złego…? Nie, Ed ma zbyt smutne oczy. Musiało stać się coś okropnego…

Strata. Edward stracił kogoś. Może to był ten przyjaciel?

Haley podniosła nieco głowę. Znów spojrzała napastnikowi w oczy, były zaszklone, a jednak wyrażały niesamowitą furię. Wiedziała, co to za wzrok. Bała się go, lecz wiedziała, czym jest.

– Nie znam… tej historii – powiedziała cicho. – Jednak… on nie jest taki, jak mówisz. Nie może…

Mateo wziął głośno wdech, znowu ją uderzył. Tym razem z pięści.

– No, proszę! Znowu sobie kogoś owinął wokół pierdolonego palca! Za swoje ślepe wierzenie temu mordercy zapłacisz jebanym życiem!

– Co ty robisz…? – Dała radę mówić dalej. – Dlaczego dajesz się… ciemnej stronie księżyca?

– No. No pewnie! Filozoficzne farmazony! – Teraz chwycił ją za szyję obydwiema rękami. Opuścił zaklęcie trzymające jej ciało i zaczął dusić. – Kochasz tego pierdolonego filozofa?! NAJPEWNIEJ, skoro tak chronisz jego dupę! NO, TO JESTEM KURWA CIEKAW CO ZROBI, JAK POŚLĘ JEGO UKOCHANĄ DO PIACHU! DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK ON I JEGO PIERDOLONY BRACISZEK ZROBILI JANOWI! NO, KURWO! JAK MYŚLISZ, JAK SIĘ WTEDY BĘDZIE CZUŁ?! Haley odpływała, jedyne co słyszała, to maniakalny śmiech Mateo. I nagle zrobiło się… gorąco. Mogła teraz złapać oddech, lecz nie kontaktowała, wokół nich znikąd wybuchł pożar.

Aru i Ed, z Kasei pod postacią włóczni w ręku, przybyli. Złotowłosy miał na sobie pelerynę, którą im zostawiła.

– Haley! – wołał. Ta słyszała jego głos, ale nie mogła mu odpowiedzieć. Szepnęła pod nosem jego imię, usłyszał to Mateo, obok którego leżała. Popatrzył na nią, a potem na Eda.

I uśmiechnął się makabrycznie.

– Oh, przyjacielu! – wykrzyczał ironicznie i podniósł Haley za włosy do góry. Ta była praktycznie nieprzytomna. Ed zamarł.

– Zostaw ją, ona nie ma z tym nic wspólnego, Mateo! Weź mnie, ale ją zostaw! – krzyczał paranoicznie. Czarnowłosy zaśmiał się.

– TO TWOJA DZIEWCZYNA? KOCHASZ JĄ, EDWARDZIE? NO TO JĄ SOBIE WEŹ! – Mateo skupił magię w dłoni, w jakiej trzymał włosy dziewczyny i… wyrzucił ją prosto na drugie piętro domu. Mieszkańcy zaczęli krzyczeć i uciekać, Haley potłuczona gruzem wylądowała w jednym z pokoi. Słyszała nadal, jak Ed rozpaczliwie ją woła, ale nie mogła odpowiedzieć…

Mateo nadal się śmiał, a Edward poczuł, jak rośnie w nim gniew. Ale inny, nie ten, który kazał mu mordować.

– Po co ją w to wtrącasz?! – pytał.

– A ty po co wtrąciłeś Jana?! – Mateo teleportował się i zaatakował. Złotowłosy uderzył go włócznią prosto w twarz, ten zasyczał z bólu.

– A MASZ! – krzyknęła Kasei. Czarnowłosy ściągnął nareszcie kaptur z twarzy.

– Ed, kto to jest?! – pytała Aru.

– To jest… Był mój przyjaciel. Jego brat, Jan, był przyjacielem mojego brata. Razem próbowali leczyć hemasitus. Jednak pewnego dnia Jan użył magii krwi… rozniosło go na kawałki… – Ed zakrył usta dłonią, chciało mu się płakać. Nawet Kasei lekko drgała się w jego dłoniach, Aru dostrzegła to. Mateo zasyczał głośno, więc szybko zwrócili na niego uwagę.

– UŻYŁ?! RACZEJ KURWA PRZYZNAJ SIĘ, KTO GO NAKŁONIŁ DO TEGO POMYSŁU! – wrzeszczał w furii. Rzucił się w ich stronę, Aru rozpaliła linię ognia przed nimi, kupili sobie chwilę czasu.

– Nic nie zrobiliśmy! – powiedziała nagle Kasei. – Nie pozwolilibyśmy Janowi nigdy na to! Mateo, zrozum!

– ZAMKNIJ MORDĘ, RUDA SZMATO! – wydarł się, a tym razem łzy mu spłynęły z oczu. Zaczął rzucać w nich bombami z magii, Aru złapała Eda za rękę i zaczęli uciekać. Czerwonowłosa gasiła ogień przed nimi, by Ed się nie poparzył. Musieli dostać się do Haley.

Sprawdzała, czy nadal ma pieczęć. Wyciągnęła ją magią z nogi, w której sobie zapieczętowała zwój. Jednak była teraz otępiała, przez co popełniła straszliwy błąd; pieczęć otworzyła się i pojawiła się na jej dłoni, była to liczba dziewięć z różnymi znakami wokół. Dopiero po chwili sobie to uświadomiła. Ed nie mógł jej zobaczyć, tyle czasu ją kryła i kamuflowała manę… a teraz nie mogła jej schować, nie chciała zniknąć. Miała za mało energii by ją ukryć, tak jak Edward czy Aru. A oni właśnie do niej zmierzali…

– Haley! – krzyknął Edward i od razu pobiegł do niej. Bez namysłu upuścił Kasei, ta upadła na ziemię.

– Hej! – wrzasnęła, zmieniając się w formę człowieka. Ed podniósł nieco Haley i odgarnął jej włosy. Poczuła spokój widząc jego twarz.

– Edward… Ja… – szeptała.

– Ciii, jest dobrze – zapewnił cicho, kładąc dłoń na jej policzku. Aru blokowała przejście Mateo, ten nie miał już na tyle energii, by się teleportować, mieli chwilę czasu. Jednak niezbyt wiele. Edward ściągnął z siebie pelerynę Haley i okrył ją nią. – Kasei, zostań z nią. My musimy zająć się…

Ed nie dokończył. Zobaczył pieczęć na dłoni Haley, zmroziło go. Ta próbowała schować ją, chwycił ją wtedy za nadgarstek.

– Jesteś graczem…? – spytał przerażonym tonem. Haley otworzyła szerzej oczy i wyrwała rękę z jego uścisku. – I… nic mi nie powiedziałaś?!

– Ed, co jest? – pytała Aru.

– TO NIE TAK! – krzyknęła niebieskowłosa. – To… to prawda! Mam ją, ale nie jestem graczem! Ja jej potrzebuję, by…

– BY CO?! – krzyknął. – Dlaczego nic mi nie powiedziałaś!? Okłamywałaś nas?! – Nie! Nie mogłabym…

Ed był w szoku. Czyżby… ona robiła to tylko dla pokazu? Czy zmieniła wtedy zdanie co do współpracy z nimi, by jej zaufali, by mogła wykorzystać moment ich słabości?

Ta myśl… go łamała.

– Okłamałaś mnie – szepnął cicho. – Chciałaś uśpić naszą czujność, prawda?

– Nie! Ja chciałam oddać tą pieczęć!

– Ale nie zrobiłaś tego – mówił pustym tonem. Odsuwał się od niej. – Nie powiedziałaś o niej ani słowa… Może chciałaś nas zabić dzisiaj w nocy? Dlatego wpadłaś na ten pomysł rozdzielenia się? By Kyoko nie mogła nas ochronić…?

– Edwardzie, to nie tak! Przysięgam!

– WALĘ TWOJE PRZYSIEGI! – wykrzyczał. Haley spłynęła łza po twarzy.

Nagle Mateo wdarł się do środka. Aru była w szoku, była zupełnie rozdarta. Czarnowłosy zaatakował zaklęciem, przygważdżając ją i Kasei do podłogi. Jego makabryczny uśmiech był jeszcze szerszy. Edward odwrócił się w jego stronę i zaczął iść.

– Ed, nie! – krzyknęła Aru.

– Zamknij się – burknął pod nosem, a magia zaczęła wokół niego buzować.

– NO, NARESZCIE! TYLKO TY I JA! – Śmiał się Mateo, który również skupił magię. Z Eda jednak ona wystrzeliła, był wściekły i zrozpaczony. Czarnowłosy zaszarżował na niego. Nastąpił błysk światła, jednak żadnej eksplozji. Ogień zgasł. Haley otworzyła oczy. Nie widziała nigdzie Eda, ani Aru, ani Kasei. Widziała jednak jak Mateo ucieka. Najwidoczniej zapomniał o niej. Jednak nie było to dla niej ważne. Bezsilnie rozłożyła się na ziemi. Płakała, jęczała przez łzy. Widziała przez zniszczony dach gwiazdy i płakała. To wcale nie miało tak być. Ale Ed nie chciał jej uwierzyć, myślał, że była przeciwko niemu…

Wtedy przypomniała sobie słowa Mateo – „kochasz tego pierdolonego filozofa?”. I nagle przypomniała sobie jego złote włosy, jego smutne oczy. A także ciepło jego dłoni, jego ciała… Jego uśmiech, ten szczery, najprawdziwszy. I czuła, że go straciła, chociaż nie chciała dla niego źle… Czy popełniła błąd? Sama nie wiedziała. Może powinna mu powiedzieć o tym wtedy, na dachu? Całkowicie o wszystkim? Nie wiedziała… To w ogóle nie miało tak być…

Uświadomiła nagle coś sobie. To jak patrzył na nią, co mówił, gdy wydało się, że ukrywała przed nim pieczęć… to bolało gorzej niż biczowanie po plecach. Bolało o tam, w sercu. Nie wierzyła, że tak może być. Przecież w ogóle go nie znała…

– Ja… – jęknęła do siebie, modląc się, żeby to usłyszał. – Ja cię kocham…! Kocham cię, Edwardzie z Rebellar…!

Chociaż nie słyszał, to na pewno w głębi duszy o tym wiedział. Uciekał razem z Aru i Kasei. Ta magia, jaka z niego wypłynęła, pozwoliła mu pierwszy raz użyć zaklęcia teleportacji. Jednak ucierpiał, gdyż nigdy wcześniej tego nie robił. Coś jednak bolało mocniej, o tam, w sercu. Płakał. Niesamowicie płakał, a dziewczyny pomagały mu iść. Mateo nie śledził ich, gdyż zemdlał z przemęczenia. Służba porządkowa nadchodziła w jego stronę, przyzwana przez właścicieli domu. Wtedy to został przez kogoś gdzieś zaciągnięty, zanim zdążyli go znaleźć.

Z dala trzej szpiedzy Goro obserwowali, jak Enzernowa zmierza gdzieś pod postacią kota. Musieli wykonać rozkaz, przyprowadzić ją do mistrza. Jeden z nich został na straży.

Szła kulawo, slalomem. Była osłabiona psychicznie, czuła jakby w środku była martwa. Nagle wyczuła czyjąś obecność, natychmiast przybrała formę człowieka. Jej oczy były puste, bez wyrazu. Zobaczyła coś, co rozpoznała nawet pomimo nieostrego widzenia. Na zbrojach mieli herb rodu Delaunay – głowę wilka z łańcuchem w pysku. – Dosyć tej wycieczki, panno Haley – powiedział jeden z nich. – Mistrz Goro kazał panią przyprowadzić, rodzice się martwią.

– Chyba was pojebało – odpowiedziała pewnie. – Rodzice? Moją matką jest księżyc, a ojcem jest sam wszechświat. A Goro niech wreszcie zdechnie, nadziewając się na swoje żelastwo.

Obydwoje byli zdumieni. Z opisu jej zachowania jaki dostali, nic nie wskazywało, że jest tak wulgarna i nie boi się tak mówić o ich mistrzu. Wyciągnęli miecze.

– Mamy pozwolenie zrobić panience krzywdę, jeżeli panienka będzie się opierać. A Mistrz Goro na pewno…

– Nie chciałby tego? Ha–Ha. Dobrze wiecie, że to potwór – dodała z lekkim uśmiechem. – Boicie się go, dlatego mu służycie. Goro ponownie zabrał mi osobę, na której mi zależało. Nie mam zamiaru niczego żałować. Ani się powstrzymywać.

Jednego z nich zaatakowała macka stworzona z czarnej magii, która wbiła się mu w szyję, drugi spanikował. Haley uśmiechnęła się szerzej, jej wzrok był niesamowicie pusty. Rzuciła ciałem pierwszego szpiega jak szmacianą lalką. Drugiego, który próbował zaatakować ją, potraktowała tak samo. Tylko najpierw macka wytrąciła mu miecz z ręki, po czym wbiła się przez usta do krtani i zatkała tchawicę. Trzeci szpieg, który pozostał by obserwować, wsiadł na pegaza i odleciał, pegazy jego kompanów podążyły za nim. Haley nie miała zamiaru ich gonić, chciała, by Goro do niej przyszedł. Obwiniała go o to, co się stało. Może niesłusznie, ale nie obchodziło ją to teraz. Wiedziała też to, że ochroni Edwarda przed nim, nieważne co. Skoro ją śledzili, na pewno o nim wiedzą. Nie pozwoli Goro już tknąć nikogo, kto wiele dla niej znaczy.

Nie obchodziło ją, jeżeli Edward już jej nigdy nie zaufa. Miała zamiar i tak go chronić.

 

Koniec rozdziału 8

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania