Pokaż listęUkryj listę

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 5 (Część 5)

Wszystko jak na razie szło zgodnie z planem – Ivory zaprowadziła Lorenzo w miejsce spotkania szlacheckich i zamożnych osób, reszta natomiast została w kryjówce Aru. Postanowili przeczekać tam, by pegaz kanibalki nie wyczuł pieczęci, a także zbyt wielkiej ilości osób. Lis uległ prośbom innych i zaczął z nimi popijać trunki, na szczęście Lorenzo znany był z niezwykle „mocnej głowy”, dlatego nie obawiał się, że nagle straci nad sobą panowanie tak jak Edward. Spotkanie dłużyło się, lecz nareszcie goście rozeszli się do domów. Mieli szczęście, że w Yodiarze takie imprezy to była codzienność, aczkolwiek teraz musieli zachować ostrożność. Ivory zmieniła się w kruka, zasiadła na wysokim drzewie i obserwowała, Lorenzo zastanawiał się teraz, czy Ivory nie jest przypadkiem bronią, lecz ostatecznie uznał iż używa ona zaklęcia zmiany formy, co było bardziej prawdopodobne – jej kosa była wytworzona z magii, a nie z energii duszy jak forma jego pistoletu, czy miecz Kyoko.

Lorenzo kręcił się pośród drzew parku, Ivory przyprowadziła go tutaj w nadziei, że kanibalka wkrótce się zjawi. Brązowowłosy próbował sprawiać wrażenie, jakby zmierzał do miasta, starał się jednak nie oddalać zbytnio od Ivory. Maskowała ona bowiem swoją obecność i manę. Nagle jednak Lorenzo usłyszał szelest, dech mu zaparło w piersiach, a serce na chwile przestało bić. Zaczął czuć duszność, poluzował nieco krawat. Mimo strachu szedł dalej, próbował zachowywać się jak najbardziej naturalnie. Ivory rozłożyła nieco skrzydła i zaczęła bezszelestnie przelatywać między gałęziami różnych drzew. Lorenzo powoli stąpał, serce biło mu bardzo szybko, a nogi zaczęły się lekko trząść. Wziął głęboki wdech, lecz czuł, że coś na niego poluje. Było to szczęście w nieszczęściu. Usłyszał po chwili głośne rżenie, zmienił się wtedy w lisią formę i zaczął szybko uciekać, lecz Karia dorównywała mu w prędkości.

– Łap go, Karia! – wykrzyczała Catherin, kurczowo trzymając się jej szyi. Spanikowany Lorenzo schował się za drzewami, lecz pegaz był w stanie go wyczuć. Ivory zeskoczyła niczym grom z jasnego nieba, ściągnęła z siebie zaklęcie zmiany formy i razem z już uformowaną kosą w ręku zaszarżowała w stronę przeciwników. Pegaz zrobił unik unosząc się w górę, a Ivory końcówką kosy uderzyła o glebę.

„Używa skrzydeł” – pomyślała łowczyni. – „Cholera, była tak szybko w stanie je zregenerować po złamaniu?!”

Zatrzymała się na ziemi, wyskoczyła w stronę lisiego Lorenzo i uniosła go używając magii.

– Musimy się oddalić – powiedziała rozkazującym tonem i zaczęła biec. Unosiła Lorenzo w obłoku magii przed sobą, by nie narażać go na niebezpieczeństwo. W dłoniach, prócz skupiania magii, trzymała kosę, gotowa do walki. Pegaz z Catherin zaczęli szarżować w ich stronę. Lorenzo wnet zrozumiał, co się dzieje.

– Ivory! Możesz użyć mnie! Będę o wiele skuteczniejszy niż kosa na daleki dystans!

Ivory kiwnęła głową, rozproszyła kosę, a Lorenzo przemienił się w pistolet. Ivory przybliżyła obłok magii do siebie i wypuściła go, pozwalając mu swobodnie wpaść w jej dłoń. Mocnym wyskokiem w górę, wspomaganym magią skupioną w podeszwach butów, zaczęła strzelać w stronę pegaza. Unikał on jednak strzałów dosyć umiejętnie. Karia wybiła się na skrzydłach i wykopała ją kopytami. Ivory spadła, przetoczyła się po ziemi i uderzyła o drzewo. Szybko jednak się ocknęła i wyskoczyła jeszcze dalej, nadal wspomagając swoje ciało magią. Schowała się za dużym drzewem, zza którego co jakiś czas wyglądała, by namierzyć przeciwnika.

– Teraz to ty przed nami uciekasz? – zaśmiała się obrzydliwe Catherin. Ivory oddychała ciężko, poniosła kilka ran.

– Wszystko w porządku?! – spytał Lorenzo. Łowczyni przejechała dłonią po jego obudowie, po czym przyłożyła od bezpiecznej strony pistolet do swojej twarzy. Złożyła na nim nieco nieśmiały pocałunek, Lorenzo nic nie mówił.

– Wszystko w porządku. Nie takie bitwy toczyłam – powiedziała poważnie. – Lecz będę potrzebować twojej pomocy, mój drogi…

~

Cierpliwie czekali. Wszyscy, włącznie z Eris, co było niezwykłe, siedzieli cicho. Nie było ich jakąś godzinę, a jednak wszyscy się martwili, nawet Eris, która nieumiejętnie maskowała swoje uczucia. Aru siedziała najdalej od całej grupy. Nie wiedziała, czy tak szybkie zaufanie Edowi i Ivory było mądrym posunięciem. Zaczynała tego powoli żałować, układając w głowie czarne scenariusze. Zacisnęła ręce wokół siebie, przed oczami stanęły obrazy, które pragnęła zapomnieć; wojska, ludzie z bronami w rękach, kolor krwi, płacz mężczyzn, kobiet i dzieci, płonące domy, miasta i wioski. Potrząsnęła głową, lecz to nic nie dawało, złe myśli nadal atakowały; po chwili jej umysł przywołał wspomnienia o pewnych pięknych, dostojnych ptakach – chorych lub martwych, zjadanych przez muchy. Zagryzła wtedy wargi, spojrzała w stronę Edwarda z gniewem w oczach. Wpadła nagle na pewien plan. Wzięła głęboki wdech, po czym wstała i podeszła do złotowłosego. Wszyscy zwrócili na nią wzrok.

– Czy mogę… z tobą porozmawiać? – spytała. – Na osobności.

Edward zdziwiony pokiwał głową. Wstał i wyszedł za Aru na podwórko. Kyoko popatrzyła na to nieco podejrzanie, Eris zrobiła „pff” i odwróciła wzrok, Kasei za to obmyślała jak dogryzie Edowi, jak tylko Lorenzo wróci.

Aru szła przed siebie, Edward za nią, chociaż dziwiło go, dlaczego chciała aż tak daleko odejść. Przed nimi widać było pustkę, szeroką dolinę pełną piasku, porośniętą nieco trawą. Jedynie w oddali dało się ujrzeć ciemne sylwetki domów i wysokich budynków odległych miejscowości. Za nimi natomiast piętrzyła się Yodiara – ogromne miasto, z najwyższymi wzniesionymi budowlami, jakie się udało do tej pory zbudować w Gormilli.

– Tak mnie ciekawi, choć nie wiem, czy to dobry moment… – zaczął.

– Tak?

– Ten dom, należy on do was, czy znaleźliście go?

– Znaleźliśmy. Ale raczej nie ma to znaczenia, bo i tak jest opuszczony – odpowiedziała pustym tonem.

– Tak, raczej nie ma. Dziękuję, że zaspokoiłaś moją ciekawość. – Uśmiechnął się lekko, nie odwzajemniła tego.

– Dlaczego mi ufasz, Edwardzie?

– Cóż, to dobre pytanie, chyba raz ci już mówiłem dlaczego. Dlatego, że wydajesz się osobą w porządku, więc to jest ten powód.

– Ach… dziękuję – odpowiedziała ponownie pusto. – Jednak „wydaje się” to nadal nie jest pewna odpowiedź, prawda?

– Do czego zmierzasz? – spytał. Aru uśmiechnęła się, a także cicho zachichotała. Edward otworzył nieco szerzej oczy.

– Jestem naiwna – powiedziała głośno, z wyraźnym poirytowaniem w głosie. – Ty też jesteś. Sądziłeś naprawdę, że tak łatwo pójdę na te twoje słówka? Że oddam ci pieczęć, byś mógł spełnić swoje życzenie? Że wszystko ci ułatwię?! – wykrzyczała. Złotowłosy nieco odsunął się. – Edwardzie z Rebellar, koniec tego!

Rzuciła w niego kulą ognia. Edward w ostatniej chwili odskoczył. Podniósł się szybko z ziemi, gdy Aru skupiała ogrom ognia wokół swoich dłoni.

– Więc taka naprawdę jesteś, Aru? – spytał, chociaż miał wrażenie, że skądś zna to zachowanie. Czerwonowłosa zaśmiała się.

– Nie wiem, jakie tam życzenie sobie masz. Nie wiem dokładnie, Edwardzie. Jednak wiesz co? Kij mnie to obchodzi! Słyszałeś może o wojnie Nihorii z Wojcą? To wojna, w której zginęli moi rodzice! Jestem Aru z Wojcy, moim zadaniem jest opiekowanie się feniksami, pięknymi ptakami, które są stałymi towarzyszami magów ognia. Jednak jak wiesz, jest nas coraz mniej. Magia ognia zanika, a nikt nie ma na to wytłumaczenia – feniksy umierają, a magowie ognia razem z nimi. Nihoria nas dobiła, wybiła wielu wspaniałych magów, a coraz mniej rodzi się nowych. Feniksy są na skraju wyginięcia… A ja, tak samo jak moja matka i babka, jak mój ojciec i dziad, mam za zadanie opiekować się nimi! Więc wiesz, Edwardzie… Nie miałam co do ciebie złych zamiarów… Ba, sama wierzyłam, że możemy być partnerami! Jednak nie! Ja muszę wygrać tą grę! Od tego zależy mój honor, honor mojej rodziny i przyszłość magii ognia! Dlatego walcz ze mną, numerze jedenasty!

Edwardowi nagle przypomniało się, jaką furię czuł walcząc z Hemvem. Zrozumiał teraz, co przypominało mu zachowanie Aru. Nie miał jednak czasu na myśli, Aru wyrzuciła w niego serię pocisków z ognia, Edward uciekał, zasłonił się ręką, która została poparzona. Zachwiał się z bólu, szybko użył prostego zaklęcia leczącego, by choć trochę dać sobie ulgi. Przeklinał w myślach, że nie nauczył się większej ilości zaklęć do walki, dał sobie szlaban na filozofię i nakaz uczenia się zaklęć, przy okazji próbując wymyśleć plan działania. Skupił magię wokół dłoni, postanowił spróbować czegokolwiek. Wyrzucił magią w stronę Aru, okazało się to skuteczne, gdyż miała problem z zatrzymaniem jej. Kupił sobie tym kilka sekund na przeanalizowanie sytuacji.

– Czuję smutek – powiedział. – Lecz byłem również przygotowany na zdradę z twojej strony. Kości zostały rzucone.

– Oczywiście, że zostały, filozofie. – Uśmiechnęła się.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Onyx 4 miesiące temu
    Zacna fabuła, ale czy po pauzie nie powinna być kropka?
    Np.
    " - Czuję smutek - powiedział. - Lecz byłem również przygotowany na zdradę z twojej strony."
    Nie powinno być tak?
    "- Czuję smutek - powiedział - lecz byłem również przygotowany na zdradę z twojej strony. "
    Jeśli jednak nie, to przepraszam.
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Ostatnio poprawiałam zapis dialogów, bo nadal nie jestem w tym 100% poprawna, ale skoro zwróciłaś na to uwagę to zajrzałam ponownie do poradnika.
    I nie masz racji. ;) To dlatego, że w tym zdaniu "Czuję smutek" domyślnie kończy się kropką. "Lecz" to kolejne zdanie. Czyli gdyby nie było tam "powiedział" brzmiałoby: Czuję smutek. Lecz byłem również przygotowany (...))
    Oczywiście można by tam było dać przecinek, ale to naprawdę jest tak mała pierdoła, że nie trzeba jej roztrząsać. ;)

    Ale cieszę się, że fabuła przypada do gustu.
  • Onyx 4 miesiące temu
    Clar, oh, na to bardzo przepraszam, mój błąd.
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Onyx Nie szkodzi. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania