Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 9 (Część 7)

– Poszaleliście czy jak? Nie ma żadnego sposobu by się dostać do Egrezji, zrozumiałeś, zapyziały kretynie?! – krzyczał konduktor, który wcale nie wyglądał teraz jak konduktor, tylko siedział załamany na torach. Edward dzisiaj nie raz już usłyszał „nie ma drogi do Egrezji ani nigdzie indziej”, ale nikt nie raczył wyjawić powodu. Kasei w pewnym momencie zauważyła biednego człowieka, który wcześniej nie siedział, lecz leżał na torach. Edward naciskał na niego z pytaniami tak bardzo, że w końcu ten poirytowany nazwał go kretynem. To jednak go nie ruszało.

– To podajże powód, panie samobójco – odparł na obelgę lekko kpiąco.

– A czy ty w ogóle widzisz jakikolwiek pociąg tutaj?! Widzisz jakiegokolwiek pasażera?! NIE! Czemu żeście nie spróbowali innej drogi?!

– Może powinniśmy wrócić, Ed? – spytała Aru.

– Tak. I wpaść w łapska Mateo, już to widzę. Gościu, odpowiedz, dlaczego nie? Przecież to jedno z miast w których aż roi się od pociągów, prawda?

– JUŻ NIE, ODKĄD SZALONY KONDUKTOR UKRADŁ WSZYSTKIE, W TYM MÓJ! DOROBEK MOJEGO ŻYCIA! – Popłakał się. – Wypierdalaj ode mnie! W czym ja ci niby mam pomóc?! Mam przynajmniej nadzieję, że Szalony Konduktor przejedzie mnie moim pociągiem!

– Szalony… Konduktor? – powtórzył. – Chyba mówisz o sobie, skoro leżysz na torach, a wiadomo co na nich ląduje, prawda?

– NIE OBCHODZI MNIE TO! ZGINĘ WIĘC W GÓWNIE, BO I TAK, I TAK W NIM SIEDZĘ PO USZY, ODKĄD ZABRAŁ MI PRACĘ.

– Widać oddany pracownik… – szepnęła Kasei do Aru.

– Ed, nic tu już po nas – powiedziała czerwonowłosa. – Chodźmy już.

– Dobrze, bo i tak mam już lepszy pomysł. Zaraz opowiem.

Poszli. Załamany człowiek tym razem już nie położył się na torach, pamiętając co powiedział mu złotowłosy. Pod nosem szepnął nawet ciche „ble…”.

– Co ty chcesz zrobić?! – pytała z niedowierzaniem Aru.

– Znajdziemy złodziejaszka, odzyskamy wagoniki i pojedziemy.

– Szybciej raczej już będzie jechać do drugiego miasta!

– Nie stracę ani chwili! Jesteśmy tutaj i stąd wyjedziemy! My tu siedzimy, a ten Delaunay pewnie czai się na Haley ze swoimi brudnymi łapskami, z mojej winy! Idziemy szukać tego złodzieja, czy tego chcesz, czy nie!

– Och… Więc chodzi ci o Haley. – Uśmiechnęła się złośliwie. Edward poczerwieniał.

– O-Oczywiście, że tak! – przyznał bardzo pewnie. – Poza tym jest jeszcze coś, nie masz wrażenia, że tu… śmierdzi bożkiem? A bożek… Cóż, nie zdziwiłbym się, gdyby ten… „Szalony Konduktor” był graczem.

– Bożek lubi takie osoby… – Westchnęła. – Cholera, że ja wcześniej tego nie zauważyłam… Eh, zgadzam się, chociaż ten twój pomysł jest popieprzony w cholerę.

– Popieprzony, ale miejmy nadzieję, że trafiony.

Aru namierzyła szybko sygnał, zupełnie jakby ich cel chciał być znaleziony. Szli przy torach, które prowadziły kilkaset kilometrów w przód, wyszli poza teren miasta. Nagle Aru poczuła, że coś się zbliża. I nagle wywrócili się pod wpływem podmuchu, który pojawił się znikąd. Usłyszeli dźwięk jadącego pociągu, ale nic nie widzieli, a dźwięk tak nagle, jak się pojawił, tak szybko znikł. Wstali i otrzepali się. Nie mieli pojęcia co to było, ani skąd się wzięło. To tak jakby nagle przejechał pociąg-widmo, nie po torach, ale tuż przy nich.

Wtedy Edward dostrzegł podejrzane ślady na piasku, przypominały te od kół… I nagle, tuż za ich plecami, pojawił się znikąd pociąg. Najnowszy model, najpewniej dorobek życia konduktora–samobójcy. Z kabiny maszynisty wyszedł ciemnoskóry chłopak o jaskrawych, żółtych tęczówkach i czarnych, opadających na lewe oko włosach. Odziany w obdarte ubrania, bez butów, zszedł po schodkach i stanął na piasku.

– Dosyć łatwo było was tu zwabić, wagoniki! – zawołał wesoło, rozciągając się. – To wręcz naiwne!

– No proszę, zapyziały kretyn miał rację! – powiedziała Kasei cytując to, jak nazwał Edwarda wcześniej spotkany człowiek. – Mamy gracza! Mamy pociąg!

– Cichutko, lokomotywko – szepnął czule czarnowłosy. – Jeszcze nic nie macie, jakbyś nie zauważyła! Wypraszam sobie traktowanie mnie przedmiotowo! Czy wy wiecie, kim ja jestem?!

– Egrejczykiem – odpowiedział zażenowany Edward. – I złodziejem. I graczem.

– Pff, co za niewyszukane tytuły! Egrejczyk tylko z urodzenia, nie złodziej, a kolekcjoner, nie gracz, a zdobywca życzenia! Jam jest Jinta, konduktor! – oznajmił dumnie, podnosząc wysoko zaciśniętą pięść. Brwi Eda i Aru poszły ku górze, Kasei za to zasłoniła dłonią usta.

– Faktycznie szalony – powiedziała cicho rudowłosa, śmiejąc się pod nosem.

– Aru… – zaczął poważnie złotowłosy. – Każda minuta się liczy. Mateo może za nami podążać, a Haley może być w niebezpieczeństwie. Wiem, że wrogów nie należy lekceważyć… ale musimy załatwić to jak najszybciej się da, dobrze?

– Dobrze. Jednak musimy być ostrożni…

– Wiem.

– Ostrożność jest tutaj święta jak słońce! – powiedział dumnie Jinta. Edward już poczuł, jak coś w środku nim rzuca. – JEDNAKŻE PRZED WALKĄ… należy się rozgrzać. – Zaczął ocierać swoje dłonie. Kasei zmieniła się w broń, mając dosyć patrzenia na to przedstawienie. Edward i Aru postanowili nie atakować jeszcze, nie wiedzieli, czy zaraz ich przeciwnik nie zrobi czegoś, co ich zaskoczy.

– Skończyłeś? – spytał złotowłosy.

– A wy jeszcze nie zaczęliście?! Dobra, no to ja was do tego zmuszę! – Jinta pobiegł w stronę pociągu. Aru błyskawicznie wycelowała w niego ogniem i zagrodziła mu drogę, Ed z jej pomocą wszedł w ognisty krąg i zaatakował Egrejczyka. Ten jednak niczym sprężynka wyskoczył i wylądował przy pociągu, czerwonowłosa zgasiła ogień. Edwardowi udało się ugodzić włócznią czarnowłosego, któremu nagle dziwnie zaiskrzyły się dłonie. Złotowłosy miał wrażenie, że kiedyś już coś takiego widział, ta magia przypominała białe pioruny, a nie normalną, błyszczącą poświatę. Jinta kocimi ruchami wykopał mu nogą Kasei z rąk, po czym szybko uderzył pięścią w jego twarz. Ed zawahał się, z rozbitego nosa wypłynęła krew. Aru zaatakowała ogniem, jednak Jinta zdążył przyłożyć dłonie do wagonu. Choć płomienie dosięgnęły go, nie odpuścił, nawet ceną dotkliwego poparzenia. Białe błyskawice rozbłysły i zaczęły przechodzić przez cały pociąg, czerwonowłosa odepchnęła Eda w tył, wręczając jednocześnie włócznię. Ed nagle przypomniał sobie, skąd zna tą magię. Kojarzył wspomnienia z dawnych, dziecięcych lat, jak podglądał przez uchylone drzwi ojca w gabinecie, który eksperymentował z zaklęciami. Przypomniał sobie krążące o nim „legendy”, jakoby miał opracować zaklęcie trwałej przemiany…

Nie mógł w to uwierzyć.

– Powitajcie moją żonę!– ogłosił głośno Jinta, siadając na piasku i marszcząc twarz w bólu. Pociąg zmienił się, przybrał kształt kobiety, wysokiej na pięćdziesiąt metrów, wielkiej i zrobionej z metalu. – Pomoże wam się rozgrzać! Truchcikiem!

Metalowa kobieta ruszyła w ich stronę. Aru i Ed otworzyli szeroko oczy i zaczęli uciekać.

– Jak mamy to coś pokonać?! – krzyczała Kasei.

– Aru, ogniem! Ogniem!!! – błagał złotowłosy. Zatrzymała się, po czym rzuciła kulą ognia w potwora. Nic to nie dało.

– JEST OGNIOODPORNA!! – wrzasnęła i zaczęła dalej uciekać. Na próżno, gdyż kobieta złapała ich i podniosła na wysokość swojej zrobionej z metalu głowy. Ed puścił Kasei na ziemię i kazał jej uciekać, ta jednak nie usłuchała. Przemieniła się w człowieczą formę i zaczęła bić kobietę pięściami w nogę. Ta odkopnęła ją, Kasei wylądowała kilka metrów dalej.

Aru w strachu postanowiła użyć czegoś, czego nigdy dokładnie nie opanowała. Wzięła najwięcej powietrza jak tylko mogła, po czym z całej siły wyzionęła ogniem w głowę przerobionego pociągu. Ed poczuł głęboki podziw, modlił się, by to zadziałało. Aru przestała, zaczęła nagle okropnie kaszleć. Miała poranione gardło i nie była w stanie wydać z siebie żadnego dźwięku. I na nieszczęście jej atak nie zadziałał, została rzucona o ziemię, niczym szmaciana lalka. Kasei widząc to, zaczęła czołgać się żałośnie w jej stronę. Ed wierzgał się, próbując się uwolnić z uścisku. Bez skutku.

– Rozgrzani już? – spytał Jinta, nadal z widocznym bólem na twarzy. – No to możemy zacząć prawdziwą walkę! Dawaj, ma luba!

Pociąg w kształcie kobiety zaciskał dłoń w której trzymał Edwarda coraz mocniej. Złotowłosy miał wrażenie, że zaraz wypluje swoje wnętrzności.

„I to ma się tak skończyć…?” – pomyślał. Doszedł tak daleko, widział tak wiele… I miał teraz tak po prostu przegrać? A co z Peterem? Przecież on na niego czeka... A co z Kasei i Aru?

A co z Haley…?

I nagle przed oczami stanął mu obraz jej zapłakanej twarzy, jak błagała, by jej uwierzył. Przypomniał sobie, jak ochroniła ich tą czystą, białą magią, niemalże poświęcając własne życie. Przypomniał sobie jak wyznała, że jest zmuszona do ślubu. Jak oglądali razem gwiazdy tamtej nocy. Jak się do niego przytuliła, gdy niósł ją na dach. I jak powiedziała, że nigdy nie sądziła, że złote włosy mogą być aż tak piękne…

I teraz miał ją zostawić? Samą, przeciwko temu katu? Samą na świecie? Miał ją zostawić i już nigdy nie powiedzieć „przepraszam”? Miał iść do tego nieznanego boga, kiedy ona nadal będzie cierpieć tutaj?

Nie. To nie był jeszcze czas. To nie może być ten czas. Nie teraz, kiedy pierwszy raz od tak dawna… pojawiło się w nim marzenie. Jego osobiste, nieznane nikomu marzenie. I nagle również przypomniała mu się matka. Ale nie taka jak w koszmarach, tylko ta uśmiechnięta, wrażliwa i kochana mama, która zawsze mówiła, że jest jej skarbem, tak samo jak jego brat.

Wiedząc już, czego Jinta użył, przypomniał sobie notatki ojca o trwałej przemianie materii. Nie wierzył w nie wcześniej, lecz teraz… musiał zaryzykować.

Przez jego ciało przeszło coś niczym prąd. I ponownie. I ponownie. Aż w końcu kobieta nie była w stanie zacisnąć dalej dłoni, która została rozwalona na kawałki, a Ed spadł na sam dół. Jinta otworzył szerzej oczy, złotowłosy podniósł się. Przez całe jego ciało przechodziła ta energia, którą wtedy Jinta skupiał wokół dłoni; białe wiązki przypominające pioruny. Złotowłosy choć czuł strach, wybiegł prosto na kobietę. Próbowała go zdeptać, lecz udało mu się tego uniknąć. Gdy miał w końcu szansę, przyłożył do metalu obydwie dłonie i przerzucił całą energię z siebie na przeciwnika. Stalowa kobieta pękła na kawałki, które po chwili zaczęły łączyć się ponownie z sobą. Po krótkim czasie przybrały swoją pierwotną formę - pociąg. Kasei, otulająca nieprzytomną Aru, nie była pewna, czy nie ma halucynacji.

„On to… naprawdę zrobił…?” – pytała siebie w myślach.

Jinta wstał z ziemi, a rozwścieczony Ed szedł szybkim krokiem w jego stronę. Egrejczyk zaczął klaskać.

– Gratuluję! – Uśmiechnął się beztrosko, jakby nigdy nic. – Mało ludzi przeżyło starcie z moją żoną! Zasługujecie więc na nagrodę, drodzy gracze!

Złotowłosy złapał Jintę za koszulkę, po czym szybko podniósł go na wysokość swojej twarzy. Dopiero teraz widać było, jak bardzo Egrejczyk jest niższy od niego, o dobre dwadzieścia centymetrów.

– Oddawaj pieczęć!

– Ale Jinta już nie ma pieczęci! – oznajmił głupim tonem. – Jinta chciał zdobyć pieczęć, ostatnią zabrała mi Królowa Złodziei.

– Chyba sobie ze mnie… jaja robisz! – Ed rzucił go na ziemię, po czym zaczął okładać pięściami. Aru w międzyczasie ocknęła się, Kasei była tuż obok.

– Edward! – zawołała rudowłosa. Wtedy przestał. Jinta wypluł ząb, miał nieźle zmasakrowaną twarz. Szybko wstał i pobiegł w stronę pociągu, Ed nie miał zamiaru go już gonić. Podszedł do towarzyszek, Aru nadal nie mogła mówić.

– Co z wami? Musimy iść do jakiejś lecznicy…

– Nie musicie! – Egrejczyk, kulejąc, zaczął do nich wracać. – Jinta się zna! Jinta jest teraz waszym wagonikiem!

– Chyba kurwa nie… – warknął pod nosem Ed.

Jinta napił się z fiolki, którą przyniósł ze sobą z pociągu. Potem podał ją Aru.

– Sam wypiłem, widziałaś? Napij się, jeden duży łyk starczy, aby twoje rany wewnętrzne szybko się zagoiły.

– Czekaj, czekaj. – Ed wziął fiolkę do ręki i powąchał. – To jest…

– Mięta z dodatkiem czerwonego bzu. Nikt nigdy nie pomyślał, że ten kwiatek ma właściwości lecznicze, póki Peter z Rebellar tego nie odkrył!

Ed bez komentarza podał fiolkę Aru. Ta napiła się, po czym przekazała Kasei. I faktycznie, od razu poczuły, że im lżej w środku.

– Po co to wszystko? – spytała nagle czerwonowłosa, która znowu mogła mówić. – Wygraliście, więc daję wam lek. Taka moja zasada, że kto mnie pokona, ten dostaje pomoc i będę mu usługiwał przez jeden dzień! A poza tym jesteście graczami, a po fachu trzeba sobie pomagać! Jinta konduktor to wie! I nawet nie zniszczyliście mojego pociągu!

– Tak, to byłaby wielka szkoda – mruknął pod nosem ironicznie Ed.

– Więc co, teraz do Egrezji, moi konduktorzy? Za darmo przewiozę. Żadnych sztuczek!

– Skąd ty to wiesz…? – spytała Kasei.

– A trudne to do zgadnięcia, wagoniku? Co za wykolejeńcy! Taka była umowa między mną a mną, że jak wygracie, to was tam zawiozę! Wygraliście, więc możemy jechać, moi konduktorzy!

– Ed… co ty na to? – spytała Aru.

– Jeden niewłaściwy ruch a cię zabiję, zrozumiano? – zagroził mu złotowłosy.

– Tak, tak! Ale Jinta taki nie jest, Jinta udowodni!

Wsiadł do pociągu. Aru i Ed, przygotowani na wszelkie pułapki i niespodzianki, poszli za nim. Jinta wskazał im miejsce do siedzenia, tuż przy nim, lecz oni usiedli nieco dalej, gotowi w każdej chwili, by się bić. Ed sam myślał, że musi być niespełna rozumu, iż się na to zgodził. Ale czekała na niego Egrezja…

– Wiesz – głos Jinty spoważniał, gdy odpalił silniki. – Widać, że umiejętności magiczne masz po ojcu, konduktorku.

– O czym ty mówisz? – spytał zdumiony.

– Manipulacja strukturą materii, czyli możliwość stworzenia czegoś nowego z dostępnego materiału, poprzez zmienienie jego struktury przy pomocy energii magicznej. Przełomowa rzecz, lecz twój tatko nie zdążył tego opatentować, ani pokazać w naukowym światku. Dużo wagoników o tym fenomenie słyszało, uznany jest raczej za miejską legendę, niż fakt. A szkoda! – Pociąg ruszył i zaczął się rozpędzać

– Dużo wagoników…? – szepnęła Kasei.

– Chodzi pewnie o człowieka – odpowiedziała Aru.

– Zaraz, to w takim razie skąd ty o tym wiesz? – spytał Ed.

– Bo Jinta, w przeciwieństwie do innych jednokierunkowych lokomotyw, jest obieżyświatem i lubi weryfikować miejskie legendy! Zdarzyło się więc, że spotkałem twojego ojczulka, który nauczył mnie kilku sztuczek!

– Słyszałem o tych „legendach” krążących wokół mojego ojca, lecz nadal do końca ich nie rozumiem. Przecież ja już coś takiego robiłem, zmieniając na przykład kawałek drewna we włócznie. Nie jest to nic trudnego, znane magom od tysiącleci, nie wiem co w tym „przełomowego”. No, jedyne co mnie zdziwiło to fakt, że moja magia przybrała biały kolor…

– Och nie, konduktorku! To o czym mówisz to przemiana i jest nietrwała! Na dodatek wątpię, czy przy zwykłej przemianie jakikolwiek mag dałby radę stworzyć tak piękne dzieło jakim jest moja żona, z części pociągu! Zwróć uwagę na to, że żeby znów przywrócić ją do formy pociągu musiałeś użyć zupełnie innego natężenia energii, a to już o czymś świadczy, prawda? Poza tym ta technika jest trwała dlatego, że możesz przemienić dowolną strukturę w cokolwiek chcesz, ale pod warunkiem, że masz wystarczającą ilość materiału. Byle mag nie rozwali ci tego w moment, w przeciwieństwie do zaklęcia przemiany. W niej często dochodzi też do pewnego omamienia magią, gdyż brak materiału nadrabia się iluzją z niej stworzoną. Już nie takie fajne, co? Za to manipulacja… albo, jak ja lubię na to mówić w skrócie; transformacja, jest trwałą przemianą.

– No chyba, że tak. – Mruknął.

– Gdy was w ogóle zobaczyłem, to myślałem, że jesteście po prostu kolejnymi niepotrzebnymi wagonami napakowanymi łajnem! Ale ooo, potem zobaczyłem, że to nie takie zwykłe wagoniki, ale gracze–wagoniki!

– Co on ma z tymi wagonami?! – krzyknęła tym razem Kasei.

– SĄ PIĘKNE – odpowiedział Jinta dumnie. – Więc ja, jako konduktor, postanowiłem zwabić was tu, byście do mnie przyjechali. Myślałem, że mi się uda, ale buuu, wiedziałem, że nie będzie łatwo ze złotym pociągiem! I złoty pociąg mnie pokonał! Więc teraz ja jestem wagonikiem pełnym łajna, a wy jesteście królami konduktorami.

– To… miło? – odpowiedziała Aru.

– Jednak… – Jego głos ponownie przybrał bardziej poważny ton. – Tobie udało się wskrzesić z siebie tą energię, gdyż masz coś, o co chcesz walczyć. Coś, co chcesz chronić. Widzę to. – Spojrzał na moment na Edwarda, po czym znowu na drogę. Ed nie pytał, domyślał się, o czym mówi. – To, co teraz powiem, jest kluczem do zrozumienia naszego świata a nawet dalej. I wy jako ludzie, jacy mnie pokonali, jako ludzie, którzy dotknęli już boskości poprzez bożka… powinniście ją znać. Najsilniejszym magiem nie jest ten, który zna wszystkie zaklęcia. Najsilniejszą bronią nie jest ta, która posiada najlepszą formę, nawet bóg nie może być najsilniejszy, jeżeli… nie zna miłości. Istota, jaka nie rozumie miłości ani nienawiści, jest pusta. Istota, jaka rozumie tylko nienawiść jest samotna. Istota, jaka rozumie tylko miłość tak naprawdę nie umie kochać. Ale istota, która rozumie nienawiść i miłość, rozumie ból w obydwu… i szczęście w obydwu, jest najsilniejsza we wszechświecie. I może być potworem, lub najpiękniejszym stworzeniem. Zapamiętacie to. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

Trójka popatrzyła po sobie. Nie wiedzieli co odpowiedzieć, co myśleć, skąd nagle wyskoczył z takim tematem? Aru i Kasei od razu pomyślały o uczuciach Edwarda do Haley, lecz… nie, to nie tylko o taką miłość chodzi. Nie tylko o tą romantyczną… Nie mogły się powstrzymać, by się nie przytulić. Te słowa działały na ich serca bardzo mocno, wręcz kojąco, ale budziły również dozę strachu, nie wiedząc czemu.

Edward wyjął swój notatnik i zaczął coś bardzo spokojnie pisać.

– A możesz przynajmniej zdradzić, jak się nazywasz? Chodzi mi o pełne imię – spytał złotowłosy, nadal pisząc.

– Ach! – odpowiedział już swoim typowym, komediowym głosem. – Jinta z Egrezji. Największy konduktor na świecie!

I to właśnie teraz Ed zapisał w notatniku, swoim wręcz kaligraficznym pismem: „Jinta z Egrezji i jego transformacja.”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania