Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 9 (Część 3)

Słońce wstawało, a niebo robiło się coraz jaśniejsze. Byli zmęczeni, nie mieli pojęcia ile czasu uciekali, a pędzili jedynie przed siebie, byleby jak najdalej. Teraz obydwie siedziały na piasku, miały złożone ręce, modliły się cicho. Kasei nigdy nie przyznawała się Edwardowi dlaczego zawsze tak wcześnie wstaje, a powód był prosty; wierzyła w Aresa, ognistego boga wojny. Wielu Gormilijczyków wstaje codziennie ze wschodem słońca, by tylko się pomodlić o spokojny dzień i ubłagać boga, by ten nie rozpętał wojny. Kasei ze swoich młodzieńczych lat pamiętała, że ludzie z Wojcy również wyznają głównie jego, jednakże oni nazywają go Marsem. Dlatego teraz razem z Aru modliły się w stronę wschodzącego słońca, które symbolizowało ogień. Przez tę wiarę Kasei zbliżyła się do Aru, która po ich wczorajszej, pierwszej wspólnej modlitwie, rozmawiała z nią. Pytała o jej imię, gdyż słyszała od Kyoko co oznacza. I wtedy to rudowłosa wyznała, że wstydziła się przed Edwardem przyznać do wiary, gdyż był zatwardziałym ateistą. Gdy wtedy dostrzegły z dachu jego wraz z Haley, Kasei natychmiast zeszła. Aru wtedy jeszcze została, by poprosić o coś jeszcze.

Teraz już nie ukrywały wiary. Tym razem nie modliły się o spokojną podróż, jak dzień wcześniej, ale o Edwarda. Zaczęły wymawiać na głos imię swojego boga, poprzedzając je słowami szacunku, gdyż w przeciwnym razie mogłyby go rozgniewać, dlatego nie wolno mówić jego imienia nadaremno.

Edward przysłuchiwał się, mówiły po wojcowsku, lecz co jakiś czas Kasei zacinała się i resztę dodawała po gormilijsku. Złotowłosy nie miał jednak zamiaru z tego powodu jej dokuczać. I tak czuł się martwo, jakby ktoś oderwał od niego kawałek duszy. Siedział ciągle w tej samej pozycji i patrzył tylko w jeden punkt, ale nie był pewien, czy cokolwiek widzi. O niczym nawet nie myślał.

Dziewczęta skończyły już i podeszły do niego, ale on nie zareagował.

– Do tego miasta, o którym mówiłeś… – zaczęła Aru. – Musimy iść tędy, prawda? Kiwnął głową.

– Widać je, w sumie – powiedziała cicho Kasei, patrząc przed siebie. – Z godzinę to zajmie, zanim tam dotrzemy. No, Edziu… wstawaj…

Pomagały mu iść. Rudowłosa nie była pewna, czy kiedykolwiek widziała go w takim stanie. Widziała już Edwarda jak płakał, jak nie mógł wziąć się w garść, jednakże nigdy nie widziała, by miał tak martwe oczy. Ani nigdy nie był w tak fatalnym stanie, że trzeba było pomagać mu iść. Nigdy również nie zdarzyło się, by Edward mamrotał przez łzy czyjeś imię… A prócz nieskładnych zdań o trzeciej drodze do Egrezji, gdy uciekali przed Mateo, właśnie to wypowiadał. Powiedział trochę o drodze, a potem jęczał Haley, potem znowu trochę o drodze, a potem znowu Haley. A potem już tylko Haley. Aż w końcu zatrzymali się na tym pustkowiu, nie mając więcej siły, i spędzili tu bezsenną noc. A Ed już nie mamrotał, tylko tak siedział. One za to pilnowały go, próbowały jakkolwiek z nawiązać z nim kontakt, ale nie mogły. Jedyny znak jaki dawał, to kiwnięcie głową. Nawet nie był w stanie na nie popatrzeć. A teraz wisiał na nich, próbując iść.

Aru i Kasei nie miały już wątpliwości, on naprawdę jest zakochany. A teraz ma złamane serce, bo jego miłość wbiła mu nóż w plecy kłamstwem. Nie były w stanie wydusić z siebie ani słowa. Widziały cały ten czas jakimi oczyma on na nią patrzy, były świadkami jak zerwał się poprzedniej nocy, gdy ukryli się w piwnicy – krzyczał, że jej nie ma, wrzeszczał, że muszą jej pomóc. Biegł bez broni i przygotowania, byleby ją odnaleźć.

Kto by pomyślał, że miłość rozkwitnie tak szybko, w tak makabrycznych okolicznościach? I kto by pomyślał, że będzie najprawdopodobniej najcięższym ciosem, jaki Edward doświadczy w tej grze?

Brnęli przed siebie, kiedy nagle Edward siłą zatrzymał je.

– Co ja narobiłem? – Wreszcie coś powiedział. Popatrzyły po sobie.

– Nie wiń się. Przecież ukrywała przed nami pieczęć… – odpowiedziała mu Aru.

– Ale ona… Ona próbowała… – Zakrył dłonią usta na moment. – …Próbowała się tłumaczyć… Ona… – Nagle jego źrenice zwęziły się. – Ten gnój tu jest…

– Kto taki…? Znowu majaczy… – szepnęła zmartwiona Kasei.

– TEN PIEPRZONY KAT! – Wydarł się z ich objęć i zaczął machać rękoma. – MUSI BYĆ KURWA GRACZEM! DELAUNAY!

– Ed, uspokój się! – Aru złapała go za ręce, którymi wymachiwał we wszystkie strony. – Spójrz na mnie!

– NIE ROZUMIESZ! ONA GO SZUKA, ON JEST GRACZEM! CO JA KURWA NAROBIŁEM?!

– Delaunay…? – szepnęła pytająco Kasei.

– Ed, spokojnie! Oddychaj! – Uspokajała go Aru. Złotowłosy brał łykami powietrze. Po chwili był nieco spokojniejszy. – O co chodzi?

– Ona… ona jest zmuszona do ślubu. – Zrobił pauzę i wziął kolejny wdech. – On, ten jej narzeczony, znęca się nad nią… Powiedziała mi to wtedy, kiedy poszedłem się nią zająć… Więc ten skurwiel jest w grze… Przecież sama mówiła, że Enzernowie przyjechali tutaj dla Delaunay…

– To ma faktycznie sens… – Zgodziła się Aru. – I miała blizny na plecach, pamiętasz? Poza tym… Enzern gdyby chciał, to już dawno by nas zabił. Przecież to urodzeni zabójcy…

– Zabójcy? O czym ty… No tak… Powiedziałaś mi to wtedy, gdy pierwszy raz z nią się skonfrontowaliśmy… Czemu wszystko musi prowadzić do mordowania…

Kasei poklepała go po ramieniu. Ed chwilowo zamyślił się, po chwili znowu emocje nim targnęły.

– MUSIMY WIĘC JĄ OCHRONIĆ PRZED NIM! ARU, KASEI, ZAPIEPRZAMY DO TEJ EGREZJI! SZYBCIEJ! – Wyruszył jak kopnięty przed siebie. Biegł. Lecz zmęczył się po chwili, nie miał energii. Dziewczyny dogoniły go i złapały go za ramiona, by pomóc mu iść.

– Idziemy razem, dżentelmenie – powiedziała żartobliwie Aru. – Nic jej nie będzie, to w końcu albinoska Enzernów. Ale znajdziemy ją, obiecuję. A teraz pokaż, gdzie jest ta trzecia droga.

– Dziękuję… Naprawdę, dziękuję… – odparł cicho.

– Skończ się mazać! Skąd w ogóle o niej wiesz? O tej drodze, że? – spytała Kasei.

– Matka kiedyś jechała stąd do Egrezji. Miejmy nadzieje, że nadal jest jakieś połączenie. Mateo nadal może na nas czyhać…

Średnia ocena: 4.5  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania