Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 7 (Część 4)

Biegli ile mieli sił w nogach. Godne podziwu było to, że Aru i Kyoko mogły się teleportować aż tak daleko, pomimo odniesionych obrażeń. Uciekali do swojej kryjówki. Edward przyciskał do siebie Haley, która leżała bezwładnie w jego rękach. Wszyscy byli poturbowani, brudni, ranni i wycieńczeni. Ich ubrania też ucierpiały; Kyoko straciła kurtkę, ubrania Eda były poszarpane, Aru miała rozciętą kurtkę wraz z koszulką, Lorenzo zniszczone spodnie i koszulę, a Eris golf.

Nareszcie otworzyli drzwi, Aru zapaliła świece. Położyli nieprzytomną Kasei na materacu, Lorenzo ściągnął z siebie zniszczoną koszulę i okrył nią rudowłosą. Czarna magia jemu i Eris wyrządziła niemałe szkody – mieli naciągnięte mięśnie i dużo ran, które wyglądały jak pęknięta od wewnątrz skóra. Eris zaniepokojona swoim stanem ściągnęła golf, który przycisnęła rękoma do piersi by je zakryć, i poprosiła Lorenzo, by sprawdził co z jej plecami, bo niemiłosiernie ją bolały. Lis dostrzegł na nich ogromne krwiaki. On sam też je miał, jednak na całym ciele. Kyoko zacisnęła krwawiącą ranę na ramieniu Aru, używając do tego zerwanego ze swojej koszulki paska materiału. I nagle usłyszeli płacz. To był Ed. Spojrzeli w jego stronę, siedział w kącie i tulił do siebie nieprzytomną Haley.

– Dlaczego każdy zawsze musi mnie bronić? – pytał. – Dlaczego ja nie mogę choć raz KOGOKOLWIEK obronić?! – mówił to tonem rozpaczliwym, ale dosyć cichym. Ledwo dostrzegali jego twarz zza tych rozwianych, złotych kosmyków. Milczeli, nie będąc w stanie nic odpowiedzieć. Ta gra była przepełniona bólem i rozpaczą. Tak, rozpacz dostrzegli nawet w swoim przeciwniku… Jednak nie mogli się poddać. Musieli opatrzyć swoje rany, ale nie mieli jak, nie posiadali żadnych maści ani leków. Eris założyła na siebie swój zniszczony i brudny golf, by nie paradować nago, jedynie Lorenzo siedział bez góry, lecz nikogo to nie gorszyło.

Aru, gdy jej bark przestał krwawić, postanowiła podejść do płaczącego Eda.

– Ed, to nie twoja wina – powiedziała cicho czerwonowłosa. – Robiliśmy, co mogliśmy, ale ten koleś…

– CO TEN KOLEŚ?! – wykrzyczał. Wtedy dostrzegła jego twarz; czerwoną od płaczu, a oczy przekrwione i w furii. – Załatwił nas z łatwością, jakbyśmy byli dzieciakami, a teraz wszyscy jesteśmy w takim stanie! Czy my w ogóle mamy szansę to wygrać?! Może powinniśmy zrezygnować?! Spójrz tylko na Haley! Nie byłem w stanie jej pomóc! Ja…

– Skończ, kurwa – warknęła Eris wstając, jęknęła z powodu bólu w plecach. – Możemy wygrać. Możemy… Mamy szansę… Nieważne jak to bardzo jest przejebane…

– Nie po to zaszliśmy tak daleko, Ed – dodała Aru. – Nie po to odnieśliśmy tyle ran, nie po to spotkaliśmy Ivory i Haley… Nie po to twój brat nadal cierpi, byś się poddał!

Ed uspokoił się nieco. Przełknął ślinę, po czym odsunął delikatnie Haley od siebie. Jej głowa przez cały ten czas spoczywała na jego lewym ramieniu, chciał spojrzeć na jej twarz.

Lecz nagle tego pożałował.

Znowu poczuł, jak narasta w nim panika i chęć ucieczki od tego wszystkiego. Jej usta były sine, wręcz ciemnofioletowe, pod oczami znajdowały się ciemne sińce. Na dodatek i tak już bardzo jasna skóra Haley była teraz blada jak u trupa, bez tego różowego odcienia. Ed, choć próbował się wsłuchać, nie mógł usłyszeć jej oddechu. – Jak… jak ja tego nie zauważyłem… wcześniej…? – wybełkotał, lecz inni nie rozumieli. Dopiero gdy Aru spojrzała na Haley, to wrzasnęła w panice.

– PRAKTYCZNIE NIE MA MANY! – wykrzyczała czerwonowłosa. Kyoko podbiegła i czym prędzej zabrała ją z rąk Edwarda. Lorenzo na gest Aru szybko odsunął stół, Kyoko położyła albinoskę na ziemi. Ciało Edwarda dygotało z przerażenia.

– Co jej jest…? – spytał łamiącym się głosem. Widział, jak Kyoko i Aru sprawdzają jej tętno i marszczą czoła. Nagle poczuł, jakby czas się zatrzymał, momentalnie stanął mu przed oczami ten obraz sprzed lat; jego ukochana mama leżąca na łóżku w sali szpitalnej, on i Peter musieli patrzeć z końca korytarza, gdyż nie pozwolono im się do niej zbliżyć. Nie krzyczała, nie próbowała okazywać bólu, ale z ust wyciekała jej żywa krew. Wtedy przyszedł medyk i szepnął coś do ucha Emerald Sand, która zwróciła się do nich: „Musimy iść. Nie patrzcie.” Peter płakał w proteście, bo wiedział, że nie zobaczy już mamy, nie chciał tego. Ed odważył się, mimo ostrzeżenia, odwrócić. I zobaczył, jak ten sam medyk podrzyna jego mamie gardło.

Nagle zobaczył też Petera i wszystkie rany na jego rękach. Tak, czuł wtedy dokładnie to samo. I teraz czuje dokładnie to samo. Tak jakby tracił to, co jest dla niego najcenniejsze. Tą ogarniającą go bezsilność, że jak zawsze nic nie może zrobić.

Więc uciekł. Uciekł w wir tekstów i przemyśleń o czymkolwiek, myślał o irracjonalności wiary i nadziei, odrzucał głębie życia, a to wszystko byleby zapomnieć, jaki jest bezużyteczny. Czytał latami książki pełne wywodów, przemyśleń i obiekcji innych osób, karmił się nimi, ledwo się zastanawiając, czy są zgodne z tym, co on sam naprawdę czuje. Odrzucił swoje uczucia. Uznał, że emocje nie mają znaczenia, że życie nie ma znaczenia, bo ostatecznie i tak nic, co zrobi, nie będzie go miało. Uznawał życie za martwe, bezcelowe i że nic nie powinno go obchodzić, ani przyszłość, ani przeszłość.

Ale to stanowisko było jedynie maską, która miała ukryć prawdę o nim. Bo się bał, on się bał żyć, nadal się boi. Bał się stracić tych, którzy są dla niego cenni, więc uciekł w wir niewrażliwości, tak naprawdę zostawiając Petera i Jana samym sobie. Był przy nich, bo coś wewnątrz mu kazało, ale nie angażował się tak, jak powinien, bo bał się. Bał się straty, niepowodzenia. Bo za każdym razem śniła mu się matka, która mówiła do niego, że ją zawiódł. Bał się i boi się nadal.

Cała ta iluzja pękła, gdy zmarł Jan, Peter został pobity, a Mateo tak oszalał... To wtedy nagle jego prawdziwe uczucia wybuchły. I doszło do niego, że tak naprawdę nadal jest bezsilny. Że jest kłamcą. Że wcale nie próbował stać się silnym, tylko ukrywał się za zimną apatią przed życiem. Rozmawiał z bratem tak mało, z Kasei w sumie też… Lecz oni się nie upominali, bo jakoś to znosili, tą samotność… Oni wszyscy byli samotni. Chociaż żyli pod jednym dachem, to jego głupota sprawiła, że byli samotni. Musiała stać się tragedia, by uświadomił sobie, co tak naprawdę jest ważne. Dopiero poznanie bożka dało mu kopa. Tak bardzo chciał to wszystko wynagrodzić… Chciał ich wszystkich uszczęśliwić… Stać się odważniejszym… Ale był słaby.

On nadal jest słaby.

Ta dziewczyna, która wywołuje u niego to dziwne uczucie fascynacji… teraz leży nieprzytomna na ziemi, w krytycznym stanie. Był zbyt słaby, by ją ochronić. Czuł to, myślał tak. Czuł, jak zaczyna w nim coś pękać, jak zaczyna wrzeć to obrzydzenie do samego siebie za ucieczkę w filozofię od swojej własnej rodziny i rzeczywistości, jak wzrasta w nim nienawiść do samego siebie, bo nie mógł ochronić własnego brata. Jak wzrasta w nim rozpacz, bo zawiódł matkę.

I wtedy właśnie, jak na zawołanie, ją ujrzał. Tak samo jak w tych koszmarach; z opuszczoną głową nisko, poranioną, zakrwawioną… która nagle mówi:

„Zawiodłeś mnie, Edwardzie.”

Aru i Kyoko zostały brutalnie odepchnięte na bok, Ed z przymkniętymi, matowymi oczami patrzył na Haley. Położył jej dłoń na policzku, poczuł jaka jest zziębnięta. Nie mógł nawet zapłakać. Jego aktualny stan psychiczny przypominał ruinę.

– Co jej jest? – powtórzył cicho, ale ten ton wywoływał ciarki. Spojrzał w stronę Aru, ta przeraziła się na widok jego oczu, które były ciemne i bez blasku – odpowiedzcie mi, bo inaczej chyba oszaleję…

Cisza. Nic nie mówiły. Ed zacisnął szczękę i pięści.

– No? – spytał ponownie, ale bardziej dosadnym tonem.

– Umrze za dziesięć minut – odpowiedziała Kyoko. – W najlepszym przypadku dożyje trzydziestu. Jej mana spadła drastycznie, zbyt drastycznie. Prawie w ogóle jej nie ma. A to jest dla maga zabójcze, jak ubytek zbyt dużej ilości krwi.

Nastała znowu cisza.

– Dlaczego? – spytał znowu tym cichym, pustym tonem.

– Zaabsorbowała czarną magię. Ochroniła nas, kosztem swojego życia – wyjaśniła Kyoko i opuściła głowę. Ed nie odpowiadał nic dłuższą chwilę, po czym zaczął się szalenie śmiać.

– Nie wierzę w to. – Śmiał się. – Nie wierzę! Nie wierzę, że znowu ktoś ocalił mi dupę! Że znowu ktoś się dla mnie poświęcił! A JA NIE MOGŁEM ZROBIĆ NIC!

Niczym szaleniec rzucił się w stronę małej szafki, z której wyciągnął jakiś nożyk. Dobrze wiedział, gdzie co chowali. Przyłożył go sobie do szyi, ku przerażeniu całej reszty.

– ED! – krzyknęła Aru, próbując podejść w jego stronę.

– Nie zbliżaj się! – krzyknął. – Takie ścierwo jak ja nie ma prawa żyć! Nie byłem w stanie ocalić matki, ani brata, ani Jana, ani kurwa kogokolwiek innego! Jestem tchórzem, pieprzonym kłamcą! Zmarnowałem tyle lat życia na moje obrzydliwe kłamstwa! A teraz nie mogę ocalić nawet Haley, która nie powinna była się w to wtrącać! Bo to była moja walka! Moja, kurwa!

Dostrzegli, że zranił szyje, gdyż kilka kropel krwi już spłynęło. Wtedy to dostał z kopa w swoje czułe miejsce. Wypuścił z rąk nożyk i upadł na kolana oszołomiony. Lorenzo zasyczał, współdzieląc z nim ból i starł łzy, cały ten czas przytulając się do nieprzytomnej Kasei. Na szczęście nie obudziła się, nie była świadkiem tego zamieszania. Tą, która zadała ten cios Edwardowi, była Eris.

– Jeżeli ty mistrzu się nie ogarniesz… Ani ty Kyoko… to wam zrobię coś o wiele gorszego – przemówiła dojrzałym tonem czarnowłosa. – Ta gra jest kwintesencją ludzkiej słabości, wyłania najgorsze możliwe cechy… Ale ogarnijcie się, wszyscy. Zawsze to inni przemawiają mi do rozsądku, ale dziś prym powiodę ja! Eris Moonstone via Enzern! I moim zadaniem, jako idioty z tego klanu, jest służyć takim ludziom jak nasz żałosny filozof! – Wtedy chwyciła Eda za rękę i przysunęła go do niebieskowłosej. – I wiem co zrobić, by ocalić Haley.

Aru i Kyoko były zdumione, jednakże również pozytywnie zaskoczone postawą Eris. Kyoko kiwnęła głową, przekazując jej dowództwo na ten czas. Eris poprosiła Lorenzo, by ten również podszedł.

– Jak chcesz ją uratować…? – spytał zmęczonym i łamiącym się tonem Edward.

– Przez to. – Wskazała na jej lewą rękę. Na niej znajdywał się wzór, sięgający od nadgarstka do barku, przedstawiał róże na kolczastych, cienkich gałązkach. – To pieczęć Yanarów, sojuszników Enzernów. W każdej z tych pieczęci jest mana naszych najsilniejszych członków rodziny, a także samych przedstawicieli rodu Yanara. Ogółem wzmacniają one siłę maga lub broni, jednakże w takich sytuacjach jak ta, posłużą za otwór do napełnienia Haley maną. Naszą maną, bo nawet my, bronie, ją mamy, choć służy ona nam do zmiany formy w broń i nie możemy nią manipulować.

– Transfuzja many? Że ja wcześniej o tym nie pomyślałam… – szepnęła Kyoko.

– Sama transfuzja many jest trudna do przeprowadzenia, ale dzięki pieczęciom… – myślała na głos Aru.

–…będzie łatwiejsza – skończył Lorenzo.

– Haley użyła całą manę z pieczęci, a nawet z własnej albinoskiej mocy, by ocalić nam dupy. Teraz się odwdzięczmy. Musimy ją rozebrać, do naga. – Nakazała bardzo pewnie czarnowłosa.

– Co…? – jęknął Ed.

– Ubranie może zakłócić swobodny przepływ many, transfuzje zawsze robi się na nagim ciele. Szybciej, musimy się pospieszyć!

Zaczęli z niej ściągać ubrania. Lorenzo i Ed robili to niechętnie, jednak spieszyli się. Gdy już Haley była naga, Eris zaczesała jej włosy do tyłu. Haley miała jeszcze jedną pieczęć na nodze, jednak ta składała się z gwiazdek, takich samych, jakie Eris miała na policzku, jednak tych było więcej i ciągnęły się po całej jej kończynie. Położyli ją na boku, odsłaniając kolejną pieczęć znajdującą się na plecach, gdzie Haley miała bardzo dużo rozległych blizn. Ed poczuł, jak pęka mu serce na ten widok. Ta pieczęć wyglądała jak skrzydła, które ciągnęły się po całej ich powierzchni. Lorenzo z Eris złapali za rękę, Aru i Kyoko za nogę, a Ed położył dłonie na plecach.

– Dobrze – powiedziała Eris. – A teraz wszyscy wyobraźmy sobie, że chcemy oddać jej część siebie. Dalej… Raz…Dwa…Trzy…!

Świece zgasły, a wokół nich zabłysnęło światło. Pieczęcie rozjarzyły się na biało, Haley jęknęła głośno, gdyż doznała lekkiego szoku. Na jej nodze pojawiły się oparzenia, to przez ognistą manę Aru, usta zaczynały robić się różowe, a cienie spod oczu znikać. Kasei nagle obudziła się, zmieszana całą sytuacją postanowiła obserwować z boku. Pieczęcie Haley przestały się jarzyć, jednak ona sama nie odzyskała świadomości. Oddychała za to spokojnie. Ed ściągnął swoją podziurawioną kurtkę i okrył ją, lecz to było za mało. Po chwili podeszła do niego Kasei i bez słowa podała mu koszulkę Lorenzo, pod którą wcześniej leżała. Ed owinął Haley i położył ją na plecach. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

– Już nic jej nie będzie, prawda? – spytał niepewnie złotowłosy.

– Nic a nic – odpowiedziała dumnie Eris. – Teraz potrzebuje tylko nieco snu.

Edward zapłakał, czując ogromną ulgę, ale sam nie rozumiał czemu. Dlaczego tak bardzo dba o albinoskę? Niespodziewanie chwycił Kasei w ramiona i mocno ją do siebie przycisnął. Rudowłosa była wzruszona, wtuliła się w niego. Aru patrzyła na to chwilę, po czym położyła głowę na ramieniu Lorenzo, ten delikatnie przycisnął ją do siebie jedną ręką, nic nie mówiąc. Do ramienia Aru wtedy przytuliła się Eris, a do Lorenzo, od drugiej strony, Kyoko. I tak siedzieli. Razem. Słysząc jedynie głęboki oddech śpiącej Haley i cichy szloch Edwarda.

– Musimy o siebie dbać – przemówiła nagle czerwonowłosa. – Każde z nas, o każdego z tej grupy. Bo jesteśmy tylko my… przeciw całemu światu. I jeżeli my o siebie nie zadbamy… to nikt tego nie zrobi.

– Czy naprawdę musiałem znaleźć się w tak ekstremalnych warunkach, by wreszcie to zrozumieć? – spytał złotowłosy. – To, że nieważne jak jest źle… to należy dbać o tą bliską osobę, o rodzinę, pomimo wszystko?

– Ed… ale ty to robiłeś tak cały czas – szepnęła cicho Kasei. – Ja i Peter zawsze mogliśmy na ciebie liczyć.

Nie był w stanie nic odpowiedzieć. Aru zapaliła jedną świeczkę, by w pokoiku zrobiło się jaśniej. Wtedy to, przypominając sobie martwy wzrok Edwarda, spojrzała jeszcze raz w jego oczy. Tym razem były zaszklone, a źrenice mocno rozszerzone, patrzył tak na Haley z widoczną ulgą.

„Czy on… się w niej zakochał?” – pomyślała. I nagle poczuła tą duszącą manę, tak samo jak reszta. Ed zerwał się i rzucił w stronę Haley, a po chwili dach runął. Na szczęście nic nikomu się nie stało.

– To znowu on! – krzyknęła Kasei, która jako pierwsza ujrzała Hanzo z halabardą w ręku, który wskoczył do środka przez zniszczony dach. Edowi na jego widok skoczyło poważnie ciśnienie, widać było to po jego twarzy, która zrobiła się czerwona ze wściekłości.

– Nie wybaczę nikomu, kto skrzywdził moją siostrę… Wyrwę ci wnętrzności, własnoręcznie! – wrzasnęła Eris, ostatnie zdanie mówiąc już nie w poważnym, ale w swoim typowym tonie. Po chwili Ed przekazał w jej w ręce Haley, królica nie miała żadnych problemów z utrzymaniem jej.

– Ja z nim będę walczył. Pilnujcie się – powiedział i odwrócił się w stronę srebrnowłosego.

– Wiesz dobrze, że sam nie dasz rady! – odpowiedziała Aru. Hanzo poprawił beztrosko fryzurę. Co dziwne, nie widać było żeby mocno ucierpiał poprzednie starcie, chociaż miał dużo ran na ciele.

– Oddajcie mi Enzernową – zażądał bardzo spokojnie. – Posiada ona moc wybawicielki świata, dobrze postąpicie przekazując ją mi.

– Po moim trupie… – zagroził Edward. Wtedy to od tyłu Hanzo został zaatakowany przez Kyoko, wytrąciła z jego rąk halabardę, w którą od razu rzuciła zaklęciem. Papużki nie mogły znowu zmienić się w broń, ani podlecieć do mistrza, a drogę zatarasowała im Aru, używając ognia. Hanzo zaczął się rozglądać, szukając wzrokiem Haley, jednak ani jej, ani Eris już nie było w pobliżu.

– No, no – przemówiła Aru. – A może spróbujemy bardziej sprawiedliwie? Bronie przeciwko broniom, magowie przeciwko magom? Hanzo był zły, a Ed wręcz przeciwnie. Był również dumny, że Aru tak szybko go zdezorientowała.

– A gdzie Eris? – spytał szybko złotowłosy.

– Uciekła z Haley – odpowiedziała bardzo spokojnie, zwracając się znów do przeciwnika. – Jest więc po równo, trzy bronie przeciwko trzem broniom, a ty przeciwko nam. I tak masz mocy za dwóch.

Srebrnowłosy nie odpowiedział. Moment później zniknął w czarnym obłoku. Dostrzegli przez okno, że znalazł się na zewnątrz. Po chwili jego dłoń zalśniła, użył zaklęcia na butach i zaczął z ogromną prędkością biec przed siebie.

– Kurwa mać, namierza Haley! – krzyknął Ed. Aru wystrzeliła zaklęciem w jego buty, po czym podała mu rękę, złapał ją. Aru biegła przodem, również szybko.

– Złapiemy go – zapewniła.

Kasei, Lorenzo i Kyoko zostali na miejscu, walcząc z trojaczkami. Trudno jednak było z nimi walczyć, byli niscy i szybcy. Posługiwali się cegłami i innymi przedmiotami, jakie wyleciały z kryjówki podczas wybuchu. Kyoko próbowała rzucać w nich zaklęciami, jednak na próżno – byli za szybcy. I jak się niedługo potem okazało, równie silni. Kyoko zdążyła już oberwać cegłą w plecy, kiedy namierzała biegające wokół niej dziecko. Udało się jej złapać Hikoto kiedy próbował zaatakować. Uderzyła go zręcznie w głowę zaklęciem, zasnął. Na Kasei wyleciała Hana, którą rudowłosa szybko obezwładniła, wymachnęła nogą i kopnęła ją prosto w twarz. Rudowłosa zaśmiała się zadziornie, gdy nagle została chwycona brutalnie za włosy i pociągnięta po ziemi. Zaatakował ją najsilniejszy z całej trójki, Hiro. Kyoko i Lorenzo rzucili się jej na pomoc, lecz wtedy Hikoto obudził się ze snu i wbił nożyk, który znalazł między gruzami, w nogę fiołkowowłosej, która nie spodziewała się, że tak szybko się zbudzi. Lorenzo biegł za Hikoto ciągnącym Kasei, która to miotała się i krzyczała, jednak nie wiedział, co ma zrobić. Nie chciał bić dziecka, nie miał do tego serca, a także nie chciał ciągnąć rudowłosej za nogi, by wyrwać ją z uścisku. Hana wtedy znienacka uderzyła go w plecy, prosto w jeden z krwiaków, lis wtedy pierwszy raz od lat zaklął i uderzył ją mocno łokciem, czego, z poczucia winy, pożałował. Hana wściekła się, po czym chwyciła kawał gruzu i wybiegła w jego stronę, by zadać kolejny cios. Lorenzo zacisnął powieki i odruchowo kopnął ją. Tym razem już nie wstała.

– ZABIŁEM JĄ?! – krzyczał z łzami w oczach.

– Pomóż, Lorenzo! – wrzeszczała Kasei, którą Hiro teraz bił po twarzy. Trzymał ją nad ziemią, nadal za włosy, po czym zacisnął drugą dłoń na jej szyi. Kyoko, która już doszła do siebie, złapała Hikoto w obłok magii i rzuciła nim w stronę Hiro, Kasei zdołała oswobodzić się z uścisku, wtedy wzięła nóż którym zranili Kyoko i zaczęła nim grozić chłopcom. Hiro warknął i wstał z ziemi, po czym zamachnął pięścią w stronę rudowłosej, lecz nie zdążył trafić, gdyż Lorenzo uderzył go cegłą w głowę. Kyoko uśpiła Hanę.

– Jezu… bachory… a mają… tyle… siły… – sapał Lorenzo.

– Połóżmy ich obok siebie. Niech poczekają tutaj na swojego mistrza. – Nakazała Kyoko. Jak powiedziała, tak zrobili, ułożyli ich obok siebie. Lorenzo popatrzył na nich z grozą.

– Oni… naprawdę się od siebie nie różnią.

– Przerażające, nie ma co. Ale za to jak coś któryś z nich zbroi, to może obwinić tego drugiego, heh. – Zażartowała Kasei.

– Lepiej chodźmy już do Eris. Dajmy Edowi i mistrzowi Aru czas na rozprawienie się z tamtym człowiekiem. – Kyoko złapała ich za ręce. Użyła teleportacji, by oddalić się od trojaczków. Resztę drogi przeszli o własnych nogach.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Freya 3 miesiące temu
    Przeczytałem... coś bym zmienił w porządku zdań 😋
    Nie rozumiem, co jest taką wagą w tym opku (kanwie, wątkach), że chce Ci się pisać? 😜 Pozdro
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Ojej, ale się porobiło.
    Osobiście nie widzę w Twoim pytaniu nic chamskiego, a skoro pytasz, to pozwolę sobie odpowiedzieć: wszystko. Za tą powieścią stoi porządny kawał mojej własnej historii, z którą chciałabym się kiedyś z czytelnikami podzielić, najpewniej zrobię to wrzucając ostatni kawałek tutaj, albo w komentarzu, albo w samym opowiadaniu w notkach odautorskich. Więc wagą jest wszystko, gdyż moje własne życie. A pisanie to nieodłączny element mojego życia. A życie to wszystko. Więc i pisanie to wszystko. c:
  • Freya 3 miesiące temu
    Przeczytałem... coś bym zmienił w porządku zdań 😋
    Nie rozumiem, co jest taką wagą w tym opku (kanwie, wątkach), że chce Ci się pisać? 😜 Pozdro
  • Johnny2x4 3 miesiące temu
    Towarzyszu, ja rozumiem, że może się nie podobać. Naprawdę. De gustibus non est disputandum - ale dla tak chamskich komentów, nie ma zgody. Jeśli już wskazujesz na błąd, napisz, co dokładnie ci się nie widzi.

    To i tak nic. Twoje pytanie na koniec jest niczym podeptanie czyjejś ciężkiej pracy. Dziewczyna wkłada w to serce, a Ty potrafisz jedynie napisać takie coś?
  • Shogun 3 miesiące temu
    Waga Autora bardzo zacna, a dokładnie waga serca i duszy jakie wkłada w swój tekst i pracę nad nim.

    Krytyka, bez żadnych konkretów, w dodatku chamskie pytanie "..., że chce Ci się pisać?"
    Równie dobrze mógłbym spytać, co jest taką wagą w Twoim komencie, że chcę ci się go pisać?
    Gusta gustami, ale jednak czasem warto zastanowić się, co się piszę i w jakim celu.
  • Onyx 3 miesiące temu
    Pytanie nie ma miejscu. Jasne, gusta są różne, ale warto zastanowić się też nad uczuciami Autora co do konkretnego tekstu. Tym bardziej, jeśli wkłada w to tyle poświęconej pracy i serca jak Clarusia. Więź Jej z tym tekstem jest piękna, a takie "że chce Ci się pisać" może ją tylko zniszczyć.
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Johnny2x4 Choć osobiście nie odebrałam komentarza jako chamskiego (najpewniej przez to, że mam na uwadze że Freya strasznie chaotycznie komentuje) to muszę Ci Johnny podziękować za to, że dostrzegłeś sedno mych emocji w powieści. To niezwykle dla mnie ważne. :)
    Ogółem ciekawe pytanie zadał, bo za "Filozofem" stoi dość złożona historia tego, jak powstał i dlaczego. Ale o tym pozwolę Ci się dowiedzieć na sam koniec, gdy będę wrzucać ostatnią część. c:
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Onyx Spokojnie Nyxiu, ja już słyszałam i widziałam takie rzeczy, że mnie nic nie zniszczy. xD Jakbym miała reagować histerią na każdą opinię to bez sensu byłoby cokolwiek publikować. Osobiście nie wiem czy Freya chciał coś złego do mnie powiedzieć, w sumie nie wydaje mi się. On dość chaotycznie komentuje, już raz doszło z tego tytułu między nami do nieporozumienia.
  • Clariosis 3 miesiące temu
    Shogun Tutaj też serdecznie dziękuję, że ujrzałeś kierujące mną emocje i powody, bo jest to dla mnie najważniejsze. c:

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania