Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 9 (Część 2)

Nie spodziewali się, że pójdzie tak łatwo, jednak mieszkańcy Kavu tego potrzebowali. Potrzebowali zapłonu do walki. Byli uciśnięci, stracili pieniądze, bali się kogokolwiek powiadomić, gdyż im grożono. Nadal byli przerażeni, ale jednak to było lepsze niż siedzenie bezczynnie.

Całą noc przygotowywali się do ataku, umacniali domy, zrobili okopy. Wszystkie bronie zebrały się jako ochotnicy do walki, gdyż nawet najlepiej zrobiony miecz, którym dysponuje najlepiej wyszkolony szermierz nie może równać się z kimś, kto dysponuje magiczną bronią. Lecz i tych zrobionych rękami ludzkimi nie mogło zabraknąć. Pistolety mechaniczne przyniósł weteran wojenny, ten sam, którego spotkali wcześniej. Najróżniejsze karabiny, spluwy, wszystko tu było. Bardziej doświadczeni w walce wzięli magiczne bronie, reszta wzięła to, co przyniósł. A inni, dla których nie starczyło, chwycili cokolwiek, jedna kobieta postanowiła wykorzystać patelnię do obrony swojego domostwa i pociech.

Peter razem z Natalią zajęli się pakowaniem apteczek i podawaniem środków na pobudzenie organizmu. Nie było to zbyt zdrowe, jednak po nieprzespanej nocy dawało kopa energii. Złotowłosy właśnie przygotowywał poznanego wczoraj mężczyznę, by podać zastrzyk ze substancją wzmacniającą. Uścisnął mu rękę w ramieniu grubym materiałem, by dobrze widać było żyłę w zagięciu łokcia, założył rękawiczki i nabrał substancję do strzykawki.

– No, kojarzę tą twoją koleżankę – powiedział nagle. – Tą o fioletowych włosach. Była w Nihornijskich szeregach podczas wojny z Wojcą.

– Och… Ona to chyba… Eris…? – zastanowił się. – Nie wiem która z nich to Kyoko, a która Eris… Więc walczyłeś w Wojcy?

– Jak słychać. – Uśmiechnął się. – To była moja ostatnia walka. Bez Caroliny, mojej przyjaciółki, każda walka zdawała mi się bezsensowna.

Peter zamilkł. Zgadzało się. Mężczyzna na oko miał jakieś czterdzieści lat, a jego mama miałaby teraz czterdzieści jeden, gdyby nie zmarła. Wbił igłę w jego żyłę, aplikując substancję.

– Naprawdę mnie nie kojarzysz, Peter? – spytał. – Pamiętam, jaki byłeś mały!

– Więc my się znamy…? – Złotowłosy nie umiał ukryć zdziwienia.

– No ba, nazywałeś mnie wujaszkiem! Lubiłem urządzać sobie popijawy z twoim ojcem, za to zawsze twoja mama nas ganiała z kijem poza dom! Jestem Lonan z Rebellar. Przeniosłem się tutaj trzynaście lat temu, miałem za zadanie pilnować granicy i robię to do dziś, chociaż oficjalnie już wojskowym nie jestem. Jestem takim… ochroniarzem. Gównianym niestety, bo nie mogłem nic zrobić z tymi złodziejaszkami.

– Ach, tak! Kojarzę cię teraz! Naprawdę miałem takiego wujka... Miał takie brązowe, przemieszane z czarnymi pasmami włosy i piwne oczy, a ty właśnie takie masz… Może nie rozpoznałem, bo masz teraz taką pokaźną brodę?

– Hah! – Zachichotał, głaszcząc ją nieco. – Taka mi pasuje podobno. Jednak ty i urocza Nihornijczka nie jesteście jedynymi, których kojarzę a nagle się tu przybyli. Stavu Heven, no. Znasz tą historię? Ja miałem siedemnaście lat, a twoja mamcia piętnaście, byłem już w służbie porządkowej, a ona była jeszcze kadetem. I ten razem z kolegami próbował wykraść naszyjnik, jaki wisi na pomniku pierwszego króla, to w Yodiarze było. Ja już idę ich złapać, a nagle ona wyskakuje i w nich zaklęciami rzuca! Dała im tak popalić, że Stavu ją po butach całował i obiecywał, że już nigdy tego nie zrobi! Potem Stavu się wyprowadził do Nayo i już nie było takich ciekawych zdarzeń. A było ich kilka z nim… Ale tylko to mi zapadło w pamięć tak wyraźnie.

– Haha, tak! Mama tak potrafiła! – Zachichotał złotowłosy.

– Ale miała też naprawdę ogromne serce… Kłamstwem będzie powiedzenie, że jej nie kochałem. Ale to był raczej głęboki podziw, coś jak kochanie anioła. Cieszę się jednak, że skończyła z Norbertem, lepszego nie byłoby dla niej.

– Nasz tata mało z nami przebywał. Ciągle tylko coś tam badał, ale dzięki temu mamy teraz pieniądze. Podobno rzucał jakieś zaklęcia, chociaż nie był magiem, nikt nie potrafi tego powtórzyć…

– A wy nie próbujecie? Ty i Edward, oczywiście.

– My jesteśmy magami, więc trudno byłoby zweryfikować. – Uśmiechnął się.

– Ej, wy! – zawołała Natalia. – Koniec pogaduszek! Wiecie, jaka tu jest kolejka? Liczy się każda minuta!

– Ups. Wybacz, to moja wina – odparł Lonan, wstając z fotela.

– OCZYWIŚCIE, ŻE TWOJA! PANA PETERA W TO NIE MIESZAJ! – krzyknęła gniewnie i podeszła bliżej, po czym nagle rzuciła się złotowłosemu na szyję. – Bo to mój przyszły mąż, a moich mężów nie można tykać.

– Który to już z kolei? – spytał zażenowany.

– PIERWSZY I JEDYNY! – Wystawiła do niego język. Wtedy do pomieszczenia weszła jeszcze jedna osoba, Natalia natychmiast puściła czerwonego ze wstydu Petera. – Dobra, ja się tym zajmę. Wy weźcie apteczki i rozdajcie je ludziom, którzy idą na pierwszy ogień. Im będą najpotrzebniejsze.

Wzięli i poszli. Rozdawali. Kyoko była jedną z tych, która miała iść na pierwszy front. Przebrała się z sukienki w czarny golf, spodnie i wojskowe buty, pod ubraniem miała elementy chroniące. Siedziała ze swoim mieczem w rękach, medytowała, by przeszło przez nią jak najwięcej energii. Miecz, który był częścią jej samej, stawał się dzięki temu bardziej ostry i wytrzymały. Apteczkę położyli obok niej i odeszli, nie poruszyła się.

Ranek nastał w pełni okazałości, a w powietrzu unosił się coraz większy stres.

– Ej, wujku – zagadnął nagle Peter.

– Hm?

– Czy ona naprawdę chcę mnie za męża?! – spytał nerwowo, z wyraźnym przerażeniem w głosie. Lonan zawiesił się na moment, a po chwili zaśmiał.

– Tak samo chciała Devida z Yodiary, Alana z państwa Wojcy i Neijime z państwa Nihorii. Ale spośród nich, medyków, to ty jesteś naprawdę jej numerem jeden. Jednak jeżeli mam ci doradzić, to wiedz, że Natalia wykonuje starannie swój zawód, ale na dłuższą metę nie jest przyjazna, nie polecam. Sądzę, że dogadałaby się z tą twoją koleżanką. Tą niską, czarnowłosą.

– A TY CO KURWA, WPIERDOL CHCESZ, ZJEBUSIE? – wrzasnęła z daleka Eris. Nie mieli pojęcia jak to usłyszała, ani jakim cudem zrozumiała gormilijski. Pogroziła im pięścią, po czym wróciła do kopania okopu razem z Lorenzo. Lis próbował ją uspokoić, niestety dostał łopatą w głowę.

– Na pewno by się dogadała – szepnął mu tym razem do ucha, sprawdzając dla pewności czy czarnowłosa nie patrzy w ich stronę. – Chociaż nie, Natalia nie jest aż tak…

– Shhh, bo usłyszy!

– W ogóle… – Lonan wrócił do normalnego tonu. – To kolejna walka w jakiej biorę udział, choć miałem już tego nie robić. Jednak teraz syn Caroliny jest po mojej stronie. Bardzo mi ją przypominasz. I jestem… w sumie pewny, że dzięki temu wygramy.

– Ja… Ja i tak nie mogę zbyt dużo pomóc w walce…

– Możesz. Już to zrobiłeś. Jesteś w końcu Peter z Rebellar, cała Gormilia cię zna. Poza tym musimy dać radę. Pewnie jedziesz do Egrezji do kapłanki Cany, która również leczy hemasitus, prawda?

– Ja… – zająknął się znowu. – Dokładnie tak!

– No, dlatego musimy wygrać. Edward pewnie się martwi, szkoda, że nie przyjechał z tobą.

– Jest zajęty, studiuje. – Szybko skłamał, Lonan nie zauważał tego.

– To świetnie. No i tam w Rebellar… Prócz brata… czekają twoi pacjenci. I twój przyjaciel, Jan Jenkins, nie?

Nie odpowiadał długo, aż się popłakał. Lonan nie wiedział co mu jest, znowu pomyślał, że bardzo przypomina Carolinę. Ona też w siebie nie wierzyła, była bardzo wrażliwa. Lecz posiadała siłę, jakiej nie zauważała.

– Przepraszam. – Złotowłosy zaczął ścierać łzy. – To trudne… Ja wujku, po prostu… wiem jak to jest stracić najlepszego przyjaciela…

Lonan chciał coś powiedzieć, lecz ludzie zaczęli krzyczeć, że nadchodzą złodzieje. Słyszeli tupot kopyt, ich głosy. Eris wyrzuciła łopatę za siebie i razem z Lorenzo pobiegła do ludzi, którzy mieli nimi dowodzić. Ona przypadła jakiejś kobiecie, on Lonanowi. Peter pobiegł do lecznicy, razem z Natalią zaczęli przygotowywać się na nagłe wypadki. Złodzieje zbliżali się. Stukot kopyt był coraz bardziej doniosły. Ziemia zaczęła drgać.

Przedarli się przez bramy miasta. Mieszkańcy rzucili się do ataku.

~

Mateo zbudziły promienie słoneczne, które nagle padły mu prosto na zamknięte powieki, przekręcił się powoli na bok, by w cieniu otworzyć oczy. Leżał w jakimś łóżku, zerwał się natychmiast z niego. Był jedynie w bieliźnie, nie widział nigdzie swoich ubrań. Czuł straszliwą suchość w gardle, ujrzał dzban z wodą stojący tuż obok na szafeczce, rzucił się na niego i zaczął łapczywie pić. Wtedy do pokoju ktoś wszedł, upuścił naczynie zbijając je i szybko się cofnął. Jego oczom ukazała się młoda dziewczyna z jego ubraniami i jakąś maścią w rękach. Wystraszyła się i przesunęła wzrok na ziemię. Mateo był rozgrzany z emocji, zdenerwowany tą sytuacją. Bał się, że widziała go podczas wczorajszej walki. Jego myśli skupiały się teraz jedynie wokół tego, że musi ją zabić…

– Ja… – przemówiła nagle. – Mój ojciec uratował cię wczoraj! Byłeś nieprzytomny… Ja… – zająkała się. – Byłeś ofiarą tamtego wypadku? Masz okropne rany… To pewnie znowu złodzieje podpalają domy! To byli oni, prawda?

Mateo odczuł nagły spokój, już nie chciał mordować dziewczyny. Nie odpowiedział głosem, a gestem, potwierdzająco kiwając głową. Dziewczyna zrobiła krok w jego stronę, nie chciał by się zbliżała, nie ufał jej. Podchodziła bardzo powoli, jak do dzikiej zwierzyny.

– Ale… nie bój się już – mówiła kojącym głosem. – Naprawiłam twoje ubrania. I oto maść na oparzenia i tą straszną ranę.

Położyła je na podłodze po czym szybko wybiegła. Wziął najpierw maść i otworzył ją, a wtedy poczuł charakterystyczny, słodki zapach. Była galaretowata, w kolorze morskiego błękitu. Gdy nabrał jej nieco na palce, poczuł zimno. I nagle przypomniał sobie jak to Jan robił taką maść ze Zmarzniętego Kwiatu, opowiadając, że syrop z tej rośliny jest bardzo skuteczny na różnoraki ból, maść za to idealna na rany i oparzenia, przyspieszała ich gojenie. I przypomniał sobie, jaki był wtedy szczęśliwy. Jego brat był szczęśliwy…

Rzucił opakowaniem agresywnie przed siebie, maść przylepiła się do ściany. Dyszał ze wściekłości, po czym zgiął się w palącym bólu nadchodzącym od rozległej rany. Podszedł więc do ściany i zebrał z niej maść, rozsmarował ją sobie po całym ciele. Potem założył ubrania, wszystkie dziury były zaszyte, a materiał pachniał jak po praniu. Gdy się ubrał, usłyszał rozmowę dziewczyny z ojcem, mówiła o tym, że ich gość jest w niemałym szoku. Insynuowała, że pewnie atak złodziei wywołał w nim traumę. Mateo uśmiechnął się pod nosem, że go nie podejrzewają. Nagle usłyszał jednak, że dziewczyna proponuje, by ich gość spotkał się ze służbą porządkową i opisał wszystko, co go spotkało. Na sam koniec powiedziała „pójdę mu powiedzieć.”

Weszła do pokoju, ale go już nie było. Rozpłynął się w powietrzu. Dziewczyna wybiegła krzycząc, że zniknął.

Czarnowłosy był już daleko poza ich domem. Skupiał energię, mając nadzieje, że uda mu się wykryć jakąkolwiek poszlakę. Edward nie mógł przecież daleko uciec. Nie czuł go jednak.

Poczuł za to coś innego, duży skup magii, jak na bitwie. Uśmiechnął się. Wiedział, że musi to sprawdzić, lecz by to zrobić potrzeba było mu zapasu energii. Gdy był w Yodiarze, wykradł ekstrakt magiczny, który pozwala niesamowicie szybko zregenerować manę. Jest przeznaczony jako medykament dla magów, którym w krótkim czasie ubyło jej zbyt dużo, co mogłoby doprowadzić do śmierci, ale także dla żołnierzy. Mateo wypił pierwszą buteleczkę, poczuł rozpierającą go energię, ale i też ból. Użył zaklęcia, by przenieść się mentalnie do miejsca, w jakim czuł skupisko many, było to jedno z tajnych zaklęć jego klanu. Ujrzał ludzi. Walczyli w grupach. I nagle… ujrzał też Petera. Nie było wątpliwości, to był on!

Zaklęcie pękło pod wpływem emocji. Stracił całkowicie energię, nigdy nie był w tym zaklęciu dobry, szczególnie na tak długi dystans. Jego dziadek potrafił dzięki połączeniu tego wraz z teleportacją dostać się do innego państwa w dziesięć minut, jednak zawsze potem cierpiał z powodu ran wewnętrznych. Mateo wiedział, że jego to też nie ominie. Taki najczęściej jest koszt teleportacji na tak długie dystanse.

Wypił kolejną buteleczkę. Cieszył się, że tamta dziewczyna nie znalazła ich. Łatwo je przechowywać, były wielkości kciuka. Gdy znowu energia go przepełniła, wyruszył. Światło błysnęło, a on, zmieniony w niewidoczną wiązkę magii, płynął w stronę wojującego miasta.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania