Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 3 (Część 2)

Goro trenował od kilku godzin. Zamknął się w sali treningowej i nie odrywał się od ćwiczeń nawet na moment. Od wielu lat jego ojciec przygotowywał go do tej walki – Delaunay, jako jeden z trzech pradawnych rodów, posiadali wiedzę o boskiej grze, którą chowali przed resztą świata. Byli też najlepiej przygotowani przez obserwacje i doświadczenie swoich przodków.

Trenował razem z szopem, który teraz był zmieniony w broń; w srebrną kusarigamę z łańcuchem, który mógł się dowolnie wydłużyć. Na początku rękojeści znajdował się pokaźnych rozmiarów sierp, a na końcu łańcucha zaczepiona była nieduża kula z kolcami. Na suficie zawieszono kłody, których używano do treningów. Czarnowłosy złapał za rękojeść, odpowiednio się ustawił, po czym wyskoczył i zaczął uderzać i ciąć je, raz sierpem, raz łańcuchem z kolczatką.

Spojrzał na owoc swojej pracy – kawałki drewna leżały porozcinane lub roztrzaskane na ziemi. Westchnął.

– Mogło pójść lepiej – skomentował, przymykając oczy. Prasz wtedy zmienił się w swoją zwierzęcą formę.

– Poszło ci dobrze, mistrzu.

– Dobrze? – Uśmiechnął się. – W tej grze nie może iść mi dobrze. Musi iść mi idealnie.

– Goro – zawołał dorosły głos. Czarnowłosy odwrócił się.

– Ach, witaj ojcze – powiedział, nadal z uśmiechem.

– Pójdź ze mną. – Goro, jak i Prasz, poszli za Walwanem do jego pokoju. W środku była zapalona duża ilość świec, a przy ścianie stało na baczność kilka osób. Goro przyjrzał się im, po czym zamknął potężne drzwi.

– Cóż za mile wyglądający goście. – Zaśmiał się. Walwan rozsiadł się na swoim fotelu.

– Goro, mówiłeś, że wczoraj przyszedł do ciebie bożek. Nie sądziłem, że nasze pragnienie może zostać dostrzeżone przez niego, jestem z tego powodu zadowolony. Skoro szukanie bożka mamy już za sobą, pora na ważniejsze kwestie. – Mężczyzna machnął ręką, po czym jeden z ludzi pod ścianą podszedł do Goro, ukłonił się przed nim i podał mu pewien zwój. Widniała na nim liczba osiem. Goro rozwinął go, zwój natychmiast zabłysnął białym światłem i zniknął. Czarnowłosy był zdezorientowany, lecz po chwili zobaczył na otwartej części swojej dłoni właśnie tą liczbę, obtoczoną różnymi symbolami.

– Pieczęć? – spytał widocznie zirytowany. – Mogłem zdobyć ją sam! – Goro! – warknął ojciec. – Rozumiem, że ciągnie cię do walki, co szanuję, lecz nie daj się temu pochłonąć. Jeśli chcemy wygrać, musimy się odpowiednio przygotować, tak samo jak zrobił to Vinte. Przysięgam ci, że będziesz jeszcze walczył.

– Ech, dobrze! Więc co mam robić dalej?

– Razem z ludźmi, jakich ci przydzielę, wyjedziesz jutro do naszej wojskowej bazy. Szpiedzy zaczęli szukać po miastach śladów po innych uczestnikach, a gdy upewnisz się, że warto zaatakować któregoś z nich, zrobisz to.

– Czyli mam sobie siedzieć i czekać aż ktoś mi łaskawie przyniesie informacje? – spytał, widocznie zdenerwowany.

– A sądzisz, że pójście w ślepo jest lepsze? Nie jesteś magiem, więc trudno będzie ci odpowiednio namierzyć przeciwników. Tak długo jak masz pieczęć, tak długo masz prawo dostania się do ostatecznej walki, nie zapominaj o tym. I nawet jeśli masz czekać do finału na zabicie któregokolwiek z nich, zrobisz to, gdyż taki masz obowiązek.

– Zrozumiałem, ojcze. – Uśmiechnął się swoim wrednym uśmiechem. – Nie zawiodę cię.

– Dobrze. A teraz idź trenować dalej. Masz być w jak najlepszej formie! – nakazał surowo. Goro wziął Prasza i wyszedł z pomieszczenia.

– Mistrzu… – zagadnął szop.

– Czego?

– Czy naprawdę spełnianie marzeń twojego ojca jest dobre? Nie masz żadnego swojego?

– Och, Praszu, Praszu… – Uśmiechnął się przerażająco i spojrzał na szopa. – Oczywiście, że mam, ale nie potrzebuję żadnego bożka, by je spełnić. Zajmę się tym po wygranej.

– Jeśli mogę spytać… jakie to marzenie?

– Zemsta. I sądzę, że pomożesz mi je spełnić, gdy nadejdzie odpowiednia pora – odpowiedział z jeszcze bardziej przerażającym uśmiechem. Prasz opuścił głowę. – No, chodź, mamy jeszcze trochę pracy przed wyjazdem. Musisz niestety poczekać na realną walkę, słyszałeś ojca, mam nadzieje, że ci to nie przeszkadza.

– O-Oczywiście, że nie, mistrzu – odpowiedział.

~

Był zmęczony. Musiał uciekać z miejsca do miejsca, unikając wojska, straży i gapiów, którzy mogliby chcieć go wydać. Czuł się tym poirytowany, bardzo poirytowany. Jego priorytetem teraz było teraz znalezienie tego, co bożek porzucił – pieczęci. Nogi odmówiły mu jednak posłuszeństwa, w ostatniej chwili zdołał oprzeć się o drzewo i osiąść na ziemi. Sapał głośno, przecierając czoło z potu.

„No chłopie, jesteś lepszy niż przypuszczałem! Jesteś poszukiwany już na całe państwo!” – Zaśmiał się bożek, którego głos rozbrzmiał znikąd. – Morda – warknął Mateo. – Powiedz, dlaczego nie pokażesz mi swojego ryja?

„Ponieważ jak na razie nie starczy mi mocy by się zmaterializować. No wiesz, spełnianie życzeń wymaga sporo many.”

– Myślałem, że wy posiadacie jej dosyć dużo.

„To kara za rzeczy, jakie kiedyś robiłem.” – Zaśmiał się.

– Kara? Ach, no tak. Przecież bogowie muszą być niezłymi sadystami, skoro pozwalają na tyle gówna na tym świecie.

„Pozwalają? Och, Matevigo, jakiś ty naiwny.”

– Słucham? – odparł zdenerwowanie.

„To ludzka rzecz szukać winnego. Najczęściej tymi winnymi zostają persony nadludzkie, czyli bogowie, czy jak wy to tam chcecie zwać. Jednak wiesz może, co to jest „wolna wola”? To tak naprawdę ludzie są sobie winni. Zobacz, Matevigo, zacząłeś bez namysłu tłuc swojego przyjaciela, a jeszcze wcześniej jego brata, sprawiłeś im ból. Miał tu udział bóg? Ach, no przecież według ciebie mógł ci zabronić to robić, jednak to by było pogwałcenie twojej wolnej woli! Więc czy teraz rozumiesz, kto jest winny tego, co ci się dzieje? Twój brat, który złamał tabu. To była jego wola, a przez tą wolę zadał ci ból. Proste, prawda?”

– Skończ pierdolić! – wykrzyczał. – Jan nie zrobił nic złego! Jan chciał… im pomóc… Tak… Już wiem, o co chodzi bożku. O co ci chodzi.

„Och? Wiesz?” – Zachichotał. – „Co wiesz?”

– Wiem, kto jest winny temu. Ach, od początku wiedziałem... Peter i Edward. Wciągnęli w to Jana, obiecując cuda, najpewniej to Peter namówił go do złamania tabu… I wiesz co? Skoro tak, to zniszczę ból… Niszcząc ich. Zniszczę ich wszystkich.

Bożek zaśmiał się obrzydliwie.

„Wspaniale, nie spodziewałem się tego.” – Śmiał się dalej. Nagle zauważył, że Mateo skupia magię. – „Och, zaklęcie namierzania?”

– Dzięki aurze którą stworzyłeś czuję, że pieczęć jest niedaleko. – Uśmiechnął się.

„Sprytnie. Jednak jak uda ci się dopaść Edwarda, skoro jesteś ścigany? Chyba ma jakąś bliską osobę w wojsku? No, chyba, że…”

– Że co? – warknął.

„Że namierzysz go po pieczęci.” – Zachichotał wrednie.

– ON TEŻ JEST W GRZE?! – wykrzyczał Mateo.

„Pamiętaj, ja nigdy nie kłamię! Co najwyżej mogę odpowiedzieć niejasno.”

– Rozumiem, to idealnie... – Jego twarz przybrała niepokojący wyraz. – Mówisz, że tak długo jak będę posiadał pieczęć mam prawo do ostatecznej bitwy?

„Tak, możesz w ogóle nie zabijać konkurencji, ba, możesz przeczekać, a walczyć dopiero pod koniec, jak wolisz.”

– …Idealnie – powtórzył. – Jednak mam zamiar dopaść Edwarda… dużo wcześniej. A potem... Wygram to i wskrzeszę Jana…

„Wskrzeszenie kogoś” – powtórzył bożek, ze słyszalnym rozbawieniem. – „Szlachetne życzenie. Powodzenia w niszczeniu bólu, Matevigo!”

– Bożku. – Zatrzymał go. – Jeszcze jedno.

„Tak?” – spytał zaciekawiony.

– Przysięgam ci, że wygram tą pierdoloną grę, nawet gdybym musiał wyrżnąć całe państwo. Zrozumiano?

„No, to się nazywa podejście!” – Zaśmiał się głośno. – „Liczę, że to się utrzyma i naprawdę ujrzę cię w finale.”

– Ujrzysz – zapewnił i zaczął iść tam, gdzie wskazywała magia zebrana przy jego dłoni. Bożek zaśmiał się znowu, po czym jego głos ucichł.

Zmierzając do wioski, Czarnowłosy nasunął kaptur na głowę, by nikt go nie rozpoznał zbyt szybko. Ściemniało się, była to dla niego wygodna sytuacja. Po kilku minutach doszedł do wioski, która była dosyć duża jak na te miano. Szedł ciemnymi uliczkami, by przechodnie nie zauważyli magii wokół jego dłoni. Nagle znalazł się przy jakimś starym magazynie.

„No, nie ma to jak dobrze przemyślana kryjówka…” – skomentował w swoich myślach. Magią otworzył drzwi najciszej jak tylko mógł, po czym wślizgnął się do środka. Nagle jednak poczuł czyjąś obecność. Uśmiechnął się.

– Widzę, że zależy wam na pieczęci, skurwiele.

– Skurwiele? To tak się zwraca do dam?! – Wyłoniły się z cienia. Pierwsza z nich była dosyć wysoka, miała krótkie brązowe włosy, szare oczy i ubranie, które składało się z szarej kurtki odsłaniającej lekko ramiona i sięgającej do pępka i równie szarych spodni, najwidoczniej z jakiejś skóry, buty za to miała białe, na niskim obcasie, jej cera była opalona. Druga za to wyglądała komicznie – wzrost miała niski, włosy błękitne i średniej długości ze sterczącą grzywką, kremową karnacje i brązowe oczy. Jej ubranie było zrobione z różnokolorowych tkanin, nieumiejętnie do siebie przyszytych – jeden rękaw koszulki był długi, sięgający jej do nadgarstka, a drugi do łokcia, kołnierzyk zasłaniał jej lewe ramię, a prawe odsłaniał, dół nie wyglądał lepiej, jedna część była na tyle krótka, że odsłaniała kawałek brzucha, gdzie druga część koszulki sięgała do jej uda. Podobnie ze spodniami, jedna nogawka odsłaniała praktycznie całe udo, gdy druga sięgała do kolana. Buty za to miała czarne, a z głowy wyrastała jej para błękitnych króliczych uszu. Mateo na jej widok ledwo powstrzymywał śmiech.

– Widać, że w cyrku bożek też wybiera! – Parsknął śmiechem.

– Ty mały… – warknęły. - My mamy broń. Ty same pięści!

Wtedy królik zmienił się w piłę łańcuchową z tęczowym uchwytem. Mateo, nie mogąc dłużej się powstrzymać, wybuchnął śmiechem.

– Broń to ty może masz, ale naprawdę niepoważną! – skomentował, po czym skupił magię na swoich dłoniach. Brunetka wyskoczyła i dźgnęła go w ramie, lecz on szybko wybił się i uderzył ją w brzuch. Odskoczyła, po czym chciała jeszcze raz zadać cios, gdy piła się zacięła. Mateo złapał jej ostrze obydwiema rękami po środku, po czym mocno je odepchnął. Wściekła mistrzyni zaczęła uderzać pięścią w piłę.

– Iris, skup się! – nakazywała.

– Robię co mogę! – odpowiedziała jej broń, po czym znowu zaczęła działać. Mateo przy okazji skupiał się na wyśledzeniu pieczęci, uznając tą „walkę” za przedstawienie. Nagle… poczuł ją. Zebrał magię w podeszwach butów i wybił się wysoko do góry. Złapał się za belkę, która umiejscowiona była przy dachu, to właśnie na niej leżała pieczęć. Wziął ją, po czym rozwinął, na jego dłoni pojawiła się liczba trzy otoczona różnymi dziwnymi symbolami, która po chwili zniknęła.

– EVA, ON MA PIECZĘĆ! – wykrzyczała Iris. Eva zaśmiała się.

– Numer trzy? Więc jesteśmy jedno miejsce przed tobą. - Powiedziała brunetka.

– Nie wiem czy ta informacja ma jakiekolwiek znaczenie – odparł pusto czarnowłosy, choć w głębi zdziwiło go, że jego śmieszne przeciwniczki były w stanie już jedną zdobyć.

– Owszem, ma. PONIEWAŻ WIEMY, JAK ŁADNĄ LICZBĘ BĘDZIEMY MIEĆ, GDY UTNIEMY CI RĘKĘ! – krzyknęła Eva z maniakalnym uśmiechem na twarzy. Mateo zaśmiał się.

– No, więc pokaż mi, jak to robisz! – Wyskoczył ponownie na nią. Eva złapała mocno piłę, po czym zaszarżowała w stronę Mateo, który wybił broń kopniakiem z jej dłoni, a zanim się zorientowała, uderzył ją z całej siły pięścią w twarz… Oczywiście, doprawiając cios magią. Eva i piła upadły na ziemię, Mateo uśmiechnął się. – Ty posiadasz broń. Gównianą broń. A ja same pięści!

– Nie… – piszczała Eva. – Nie rób mi krzywdy…

– Ale nie zamierzam. Mam zamiar tylko zabrać ci rękę. – Uśmiechnął się ponownie. Nagle jednak usłyszał wojskowych. – Kurwa.

Mateo, zapominając o Evie, zrobił dziurę w dachu tworząc pocisk z magii i wyskoczył przez nią, skupiając magię w podeszwach butów, by się wybić. Zwrócił tym na siebie uwagę, więc zaczął szybko uciekać.

Iris zmieniła się w królika, Eva złapała ją za uszy i również zaczęła uciekać.

– AŁ, AŁ, PRZESTAŃ! – krzyczał królik.

– Zamknij się, bo zaraz nas złapią!

– Gdzie teraz?!

– Gdziekolwiek, tego skurczybyka znajdziemy potem!

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Godu 4 miesiące temu
    Poszedłem twoim śladem i przeczytałem sobie tę część w autobusie - podróż zleciała o wiele przyjemniej, szczególnie, że tekst bardzo dynamiczny i dużo się dzieje ^^ Mateo jak dotąd ma chyba najciekawsze sceny, bo najbardziej intensywne - przepełnione akcją. Za tę część oczywiście pięć ;)
  • Clariosis 4 miesiące temu
    Dziękuję pięknie! Cieszę się, że się podoba. :) Do dziś pamiętam jak pisałam tą scenę, byłam bardzo z niej dumna, gdyż czułam, że wyszła mi dobrze - jak widać, czytelnik utwierdza mnie w tym przekonaniu. :)
  • TheRebelliousOne miesiąc temu
    No i znów ten Goro :D I to w dodatku trenuje sztuki walki... no normalnie maluje mi się przed oczyma Goro z Mortal Kombat! Jeszcze powiedz, że ma cztery ręce. Chyba moje porównanie Mateo do Anakina z Gwiezdnych Wojen nie jest takie przypadkowe. Ten bożek podobnie jak Imperator wypacza umysł... Ciekawie się robi... Zostawiam 5 i lecę dalej.

    Pozdrawiam ciepło! :)
  • Clariosis miesiąc temu
    Haha, no akurat czterech rąk nie ma. xD Na szczęście.
    Ano, przyznaję, że ciekawie się robi. :) Ja za to idę nadrabiać u Ciebie, bo już widziałam, że się drugi tom zaczął, trzeba nadgonić! (:

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania