Pokaż listęUkryj listę

Boska Makabra: Filozof - Rozdział 8 (Część 7)

Szli bardzo długo. Kyoko nie była w stanie teleportować się prosto do miasta. Nie wiedziała po prostu, jak wygląda. Teleportować można się tylko do miejsca jakie się widziało, a zużycie energii zależy od odległości, po takim szoku nie mogła się jednak zbytnio skupić. Lecz wreszcie doszli, dosłownie przekroczyli granicę miasta i padli na ziemię ze zmęczenia. Gdy otworzyli oczy, znajdowali się w ładnie ozdobionym pomieszczeniu. Obok nich na łóżkach leżeli lżej ranni, którzy patrzyli na nich ze zmartwieniem, a w szczególności na Lorenzo. Kyoko domyśliła się, że są to ludzie z którymi podróżowali, i że muszą być w lecznicy. Słońce zachodziło, nie mieli pojęcia ile czasu minęło odkąd stracili przytomność. Nagle drzwi otworzyły się, a przez nie wszedł złotowłosy chłopak. Mówił coś do Natalii, która przenosiła łóżko z oparzoną błękitnowłosą dziewczyną leżącą na nim do pokoju obok. Eris usiadła na łóżku i przeciągnęła się.

– Uważaj, powinnaś odpoczywać – powiedział Peter. Czarnowłosa odwróciła się.

– Co…? – Zdziwiła się mocno. – Debil z Rebellar tutaj…?

Złotowłosy przeżył szok, smutno opuścił głowę. Było mu przykro.

– Eris! Co znowu ci palnęło do łba?! – zganiła ją ostro Kyoko. – Przecież to…! Zaraz…

– On wygląda jak Edward! – zawołał oszołomiony Lorenzo, na którego z ogromnymi, pełnymi zmartwienia oczyma patrzyły dwie młode dziewczyny. Wtedy Peter uniósł głowę.

– Wiecie gdzie jest mój brat?! Znacie go?!

Trio popatrzyło po sobie.

~

– Więc wiesz o grze – rzekła fiołkowowłosa. Trio siedziało razem z Peterem na ławce przed lecznicą. – I szukasz Edwarda.

– Tak… Nie mam pojęcia, po co wstąpił w tą grę… Przecież to…

– Niebezpieczne? – dokończyła za niego Eris. – I to jest właśnie powód, dla którego się tułasz za nim?

– Oczywiście! Przecież to mój brat!

– Dlaczego po prostu nie dasz mu walczyć? – spytał Lorenzo.

– Nie mogę. Usłyszałem, że ta gra… – przełknął ślinę – jest grą o życie. Że wiele osób ginie w niej... Nawet ci, którzy nie mają nic z nią wspólnego…

– Jesteś durny? Codziennie ktoś traci życie! A gra o bożka zdarza się raz na ileś set jebanych lat! – wrzasnęła Eris.

– Ale po co wam to w ogóle jest?! – spytał tym razem ostrym tonem, rozdrażniony przez królicę. Po chwili odetchnął, a drobne łzy stanęły mu w oczach. – …Wiem, że ten świat jest okropny! Zobacz! – Wyciągnął do Eris swoje dłonie. Dostrzegła ona wtedy sznyty na nadgarstkach. – Tymi dłońmi zabijam własnych pacjentów, których nie mogę ocalić! Nie jestem w stanie wyleczyć hemasitus! Nie chcę jeszcze stracić brata… Nie mogę! Dlatego…

– Jednak… – przerwał mu Lorenzo. – On walczy, żebyś ty nie musiał już tego robić…

– Co…?

– Hemasitus, tak? Codziennie masz styczność z zarażonymi, przez co sam możesz się zarazić – mówiła Kyoko. – To bardzo niebezpieczne, możesz stracić życie. Dlatego Edward to robi, nie chce już, żebyś cierpiał. On cię chroni i dla ciebie walczy. Robi niebezpieczną rzecz, tak samo jak ty. Robi to dla ciebie.

– Dla mnie? – powtórzył pusto.

– Tak. Czy to nie jest zrozumiałe, Peterze? To, że robi niebezpieczną rzecz ryzykując życie, tak samo jak ty?

– Nie – odpowiedział i wstał. – Nie jest w ogóle zrozumiałe.

Trio popatrzyło po sobie. A on się rozpłakał.

– Jak niby ma być?! – krzyknął, ocierając łzy. – Chciałem się mu przydać, by choć raz coś zrobić dla niego! A w zamian… zadaję mu tylko więcej bólu! On zawsze musi wszystko robić dla mnie! Nie byłem w stanie nikogo ochronić... Nawet mojego przyjaciela… Nawet mojego brata… Dlaczego on pakuje się w tak niebezpieczną rzecz, gdy ja tego nie chcę?! To ja chcę wyleczyć hemasitus! Ale własną walką! A nie tą, którą podjął mój brat! Bo to jest moja walka! Lorenzo poklepał go po plecach i dał mu chusteczkę. Eris prychnęła pod nosem „zakochana para”. Uspokoił się i usiadł z powrotem na ławkę.

– Rozumiem twoje zmartwienie, jednak to, co robi Edward, to też jego walka. Walczycie tak naprawdę o to samo, o siebie. Pomożemy ci go spotkać. Porozmawiacie – zapewniła Kyoko.

– I go namów na rezygnację, wtedy życzenie mamy jak w banku! – uśmiechnęła się Eris.

– Ale ty jesteś niemiła... – powiedział Lorenzo. Czarnowłosa napluła na niego i odeszła. Lis wiedział, że jej wcześniejsza wdzięczność nie będzie trwała długo.

Wtedy z lecznicy wyszedł czarnowłosy mężczyzna, na ich widok stanął niedaleko. – Musimy się tylko dostać do Egrezji... Do kapłanki Cany – powiedział złotowłosy.

– Nie dostaniecie się do Egrezji. – Ktoś szepnął. Był to tamten mężczyzna, ubrany podobnie do wojskowego, najwidoczniej weteran. – Złodzieje zabronili nam wysyłać kogokolwiek do Egrezji prócz nich samych. Jeżeli nie uszanujemy zakazu, to zniszczą całe miasto. Przepraszam za podsłuchanie.

– A ty kurwa czego?! – wyskoczyła Eris. Ten stał niewzruszony.

– Wygonimy ich stąd więc – odparła ostro Kyoko.

– CO?! – wrzasnęła czarnowłosa. – POPIERDOLIŁO CIĘ?! CHCESZ, BY JAKIŚ IDIOTA CZY IDIOTKA CIĘ WYRUCHAŁA?!

– Nie. Mam zamiar ukrócić ich rządy. Mamy tu wojskowych, mamy ludzi. Widziałaś jak walczyli, gdy Lorenzo się sprzeciwił. Potrzeba sprzeciwu! Ile można dać się pomiatać przez fanatyków?

– Czekałem na to. – Uśmiechnął się mężczyzna.

– A ty co, kurwa?! Wpierdol chcesz dostać?! – zagroziła czarnowłosa.

– Nie! – Zaśmiał się mężczyzna. – Nic z tych rzeczy, młoda damo. Słyszałem, że wasz kolega rozpętał bunt, że dzięki temu ludzie się postawili. To ludzie z kliniki mnie tu przysłali, bym przekonał was do współpracy. Powiem Natalii, podleczymy ludzi i będziemy walczyć. Wielu ludzi chce pojechać do Egrezji, głównie po to przyjeżdżają, a miasto z tego żyje, więc na pewno wszyscy dołączą. Spadłeś nam jak z nieba, chłopcze! Potrzebowaliśmy rozmachu!

Dlatego właśnie miasto potrzebuje buntu. Poszli przemówić do ludzi, ci przekazali innym, aż w końcu wieść opanowała całe miasto. Ludzie mieli całą noc, by się przygotować. Szlabany zostały otwarte, a pociąg wprowadzony i gotowy na jutrzejszy odjazd. Dostrzegł to pewien szpieg, który od razu ruszył przekazać informacje.

Gwiazdy pięknie dzisiejszej nocy lśniły, chociaż nad miastem unosiła się atmosfera napięcia. Ludzie potrzebowali kogoś, kto doda im odwagi i motywacji do walki. I to byli oni, ci zamieszani w boską grę.

Peter doglądał ciężej rannych pacjentów, myśląc ciągle o Edzie. Nie mógł sobie wybaczyć, że znowu pozwolił się mu poświęcić. A jeszcze bardziej nie mógł wybaczyć sobie tego, że pozwolił mu wejść w coś tak niebezpiecznego. Nie obchodził go sam bożek, nie obchodzili go bogowie. Obchodziło go bezpieczeństwo jego brata. I nic więcej.

„To nie są przelewki. To jest istna boska makabra, wojna. Ludzie wpadają w szaleństwo podczas tej gry!” – przypominał sobie słowa Casandry. Zaczął się modlić. Wybrał sobie boga kosmosu, tego, o którym mówiła Yvon. I modlił się do mamy. Prosił, żeby Edowi nic nie było, żeby nie popadł w żaden obłęd.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania