Sklep rzeczy utraconych - rozdział 54
Odpis leżał w torbie Eveline, złożony na cztery. Pisarz od kilku minut porównywał dwa dokumenty, co pewien czas sięgając po pieczęć. Strażnik stał przy drzwiach i skubał paznokciem odpryśniętą farbę z rękojeści miecza.
Eveline przesunęła torbę na kolana. W pracowni wystarczyło jej kilka chwil, żeby zabrać papier. Teraz nie wiedziała, co z nim zrobić. Człowiek od książek zapowiedział, że wróci po nią, a pisarz już raz zapytał, czy czegoś nie wyniosła.
Florentina siedziała obok. Od czasu ich ostatniej rozmowy nie wspomniała więcej o wyjściu z zamku.
Eveline rozchyliła torbę, wysunęła arkusz i przesunęła go pod krawędzią stołu. Florentina opuściła wzrok, kiedy papier dotknął jej kolan.
— Schowaj — szepnęła Eveline.
Księżniczka przykryła arkusz chustką, po czym pochyliła się i poprawiła suknię. Eveline widziała jeszcze przez chwilę biały róg papieru, zanim zniknął pod materiałem, obok medalionu.
— O czym rozmawiacie? — zapytał pisarz, zamykając księgę.
— O jedzeniu — odpowiedziała Eveline.
— Dostaniecie, kiedy skończę.
Sięgnął po następny dokument.
Nie minęło wiele czasu, gdy za drzwiami rozległy się kroki. Strażnik wyprostował się i odsunął, wpuszczając mężczyznę w brązowym płaszczu.
Eveline rozpoznała go od razu. Nie miał już przy sobie skórzanej torby, a na jednym z mankietów widniała ciemna smuga. Przybysz podszedł do pisarza i położył przed nim niewielką kartkę.
— Brakuje jednego odpisu.
Pisarz przeczytał kilka słów.
— Kiedy ostatnio go pan widział?
— Przed południem. Leżał przy księdze dostaw.
— Może został przeniesiony z innymi dokumentami.
— Sprawdziłem.
Pisarz spojrzał na Eveline.
— Pytałem, czy coś zabrałaś z pracowni.
— Pamiętam.
— Zaprzeczyłaś.
— Bo niczego nie zabrałam.
Przybysz odsunął jedno z krzeseł i usiadł naprzeciwko niej.
— Co pani robiła przy stole?
— Oglądałam księgę z dostawami. Leżała otwarta. Potem kazał mi pan podejść do fotela.
— Zostawiłem panią samą przy stole, kiedy urządzenie zaczęło się psuć — powiedział, oglądając poplamione palce.
— Kazał mi pan wyjść.
— Nie pytałem o to.
Eveline nie odpowiedziała.
Przybysz wstał, podszedł do pisarza i powiedział mu coś na ucho. Pisarz wysłuchał go bez zmiany wyrazu twarzy, po czym zamknął kałamarz.
— Połóż torbę na biurku.
Eveline zdjęła ją z kolan. Strażnik podszedł, odebrał torbę i postawił przed pisarzem.
Ten rozwiązał zapięcie i wyjął jej notes, chusteczkę, niewielką sakiewkę oraz kilka drobiazgów zabranych z pralni. Przejrzał notes. Na jednej ze stron zatrzymał się dłużej. Eveline wiedziała, na której. Pisarz zamknął notes, nie mówiąc ani słowa, odłożył go na bok, a następnie przewrócił torbę nad biurkiem.
Na blat wypadł tylko krótki kawałek sznurka. Pisarz zajrzał jeszcze do wewnętrznej kieszeni.
— Niczego tu nie ma.
Przybysz nie wyglądał na zaskoczonego.
— Pozostaje ustalić, gdzie się podział.
— Nie ma przy niej dokumentu — zauważył pisarz.
— Nie ma go w jej torbie.
Mężczyzna odwrócił się ku Florentinie. Przez chwilę patrzył na chustkę spoczywającą na jej kolanach.
— Pani również była w pracowni?
— Nie — odpowiedziała księżniczka.
— Mogła przejąć papier od koleżanki. Proszę sprawdzić także jej rzeczy.
— Opróżnij kieszenie — polecił pisarz, wskazując Florentinie miejsce przy biurku. — Chustkę też połóż tutaj.
Księżniczka wstała. Wyłożyła chusteczkę i kawałek sznurka, a potem rozłożyła chustkę na blacie. Pisarz obejrzał materiał i kazał jej odwrócić kieszenie fartucha. Eveline patrzyła na fałdę sukni, pod którą zniknął odpis.
— Pod ubraniem też można schować arkusz — powiedział przybysz.
— Jeśli chce pan dalszego przeszukania, poślę po kobietę z kuchni. Żadna z nich stąd nie wyjdzie.
Mężczyzna zerknął ku drzwiom.
— Proszę ją sprowadzić. Wynik ma być w protokole. Nie mogę czekać, urządzenia w pracowni same się nie podtrzymają.
Pisarz oddał Florentinie rzeczy, a przybysz wskazał Eveline.
— Wrócę z poleceniem. Do tego czasu proszę nie wypuszczać dziewczyny z zamku.
— Jest pod moim nadzorem.
— Widziałem, jak ten nadzór wygląda.
Pisarz zacisnął usta.
— W protokole znajduje się wyjaśnienie strażnika.
— W takim razie proszę dopilnować, żeby nie trzeba było pisać następnego.
Przybysz ruszył do drzwi. Mijając Florentinę, zwolnił na moment, lecz nic więcej nie powiedział.
Dopiero gdy wyszedł, pisarz ponownie otworzył protokół.
— Od tej chwili każda próba zatajenia czegokolwiek zostanie odnotowana.
Eveline zebrała swoje rzeczy z biurka.
— A jeśli rzeczywiście niczego nie zabrałam?
— Wtedy nie masz powodu się obawiać.
Wsunęła notes do torby, a strażnik wrócił na miejsce przy drzwiach.
***
Po południu na dziedzińcu zaczęto przygotowania do kolacji. Przez otwarte okno dochodziło turkotanie wozów, szczęk naczyń i nawoływania służby. Dwukrotnie ktoś przebiegł korytarzem, niosąc pod pachą zwinięty obrus. Pisarz próbował pracować, ale co chwilę odrywał się od dokumentów.
Kiedy drzwi ponownie się otworzyły, Eveline spodziewała się człowieka w brązowym płaszczu.
W progu stała Wenna.
Miała podwinięte rękawy, a na fartuchu kilka mokrych plam. Przyniosła listę zapisaną tak niewyraźnie, że Eveline z trudem rozpoznała na niej pojedyncze słowa. Pod spodem trzymała drugi arkusz, z pieczęcią zarządcy.
— Potrzebuję dwóch dziewczyn do podawania — powiedziała bez powitania.
Pisarz odłożył pióro.
— W kuchni nie ma ludzi?
— Są. Jeden kucharz od rana zajmuje się pieczeniem mięsa dla poselstwa, dwóch pomocników nosi opał, a ludzie od naczyń nie nadążają. Miałam dostać sześciu służących. Przysłali czterech.
— Proszę zwrócić się do zarządcy.
— Już się zwróciłam. Powiedziałam, że ma pan dwie pomocnice, które wczoraj pracowały w kuchni. Przysłał mnie z tym.
Położyła przed nim opieczętowany arkusz. Pisarz przeczytał go, zatrzymując palec przy ostatnim wierszu. Potem spojrzał na Eveline i Florentinę.
— Są zatrzymane do wyjaśnienia sprawy. Zarządca o tym wie?
— Wie. Dlatego napisał, że mają pracować pod strażą i po kolacji wrócić do pana.
— Jedna z nich jest podejrzana o zabranie dokumentu. Trzeba je jeszcze przeszukać.
Wenna popatrzyła na Eveline, a potem na pisarza.
— To proszę kazać jej trzymać dzbanek obiema rękami. A przeszukać mogę je przy zmianie fartuchów.
Strażnik odwrócił głowę, ale Eveline zauważyła jego uśmiech. Pisarz nie wyglądał na rozbawionego.
— Odpowiadam za obie.
— A ja za kolację, przy której siedzi poseł Vermaaru. Jeśli zabraknie ludzi, proszę mu wyjaśnić, dlaczego.
— Strażnik pójdzie z nimi. Po zakończeniu pracy mają wrócić prosto tutaj.
— Niech idzie. Byle nie stał mi między stołami.
Pisarz dopisał coś do protokołu i skinął na strażnika.
— Dopilnujesz ich. Nie mają prawa oddalać się bez twojej zgody.
Eveline wstała. Florentina poprawiła chustkę i ruszyła za nią.
Wenna nie spojrzała na żadną z nich, dopóki nie wyszły na korytarz.
***
W kuchni panował taki ruch, że strażnik musiał zatrzymać się przy drzwiach, aby przepuścić dwóch chłopców niosących wielką tacę. Nad piecem wisiały ciężkie kotły, na stołach leżały pokrojone warzywa, a przy otwartym kredensie młoda służąca liczyła srebrne łyżki.
— Ręce umyć, fartuchy założyć — poleciła Wenna. — I żadnych rozmów przy gościach.
Podeszła do kredensu i wyjęła dwa czyste fartuchy. Wskazała dziewczętom wnękę za nim.
— Najpierw to, co kazał pisarz.
Strażnik został po drugiej stronie kredensu. Wenna sprawdziła kieszenie i podszewki zdjętych fartuchów, po czym przesunęła dłońmi po rękawach i fałdach spódnic. Przy boku Florentiny jej ręka zatrzymała się na chwilę. Potem przesunęła się dalej.
— Niczego nie znalazłam — oznajmiła strażnikowi.
Podała im czyste fartuchy. Florentina zawiązała swój, nie patrząc na Eveline.
— Która z was nosiła już wino?
— Ja — odpowiedziała Eveline.
Florentina też skinęła głową, ale Wenna nie zwróciła na to uwagi.
— Dobrze. Ty będziesz nalewać, a ona roznosić półmiski. Przy pierwszej zmianie dań zamienicie się miejscami.
Strażnik stanął przy przejściu prowadzącym do sali.
— Mam je widzieć przez cały czas.
— Stań przy wejściu do sali — powiedziała Wenna, odwracając się do niego. — Będą tędy przechodzić z każdym daniem. Z kuchni muszę mieć wolne przejście.
Eveline znała ten korytarz. Wczoraj przechodziła tędy z tacą, mijając pomieszczenie na opał, schody prowadzące na piętro i wnękę z trzema pustymi beczkami. Dalej znajdowała się droga do spiżarni oraz boczne przejście na dziedziniec.
Wenna poprawiła źle związany fartuch Florentiny.
— Jeśli ktoś poprosi o coś, czego nie ma na stole, wracasz do kuchni i mówisz mnie. Nie szukasz sama po szafach.
Kiedy Wenna odeszła do pieca, Eveline pochyliła się nad koszem z czystymi serwetami.
— Masz papier?
— Tak.
Eveline sięgnęła po serwety. — Możesz jeszcze wyjść ze mną.
— Nie zaczynaj — odpowiedziała Florentina, biorąc od niej połowę stosu.
Weszły do sali.
***
Przy długim stole siedziało już kilku mężczyzn w ciemnych strojach. Na ścianach wisiały arrasy przedstawiające dawne zwycięstwa Kadenu, a między oknami ustawiono wysokie świeczniki. Służący kończyli rozstawiać kielichy.
Eveline zaczęła nalewać wino od końca stołu, zgodnie z poleceniem Wenny. Florentina podawała półmiski po przeciwnej stronie. Przez pierwsze minuty żadna z nich nie przyciągała uwagi gości.
Rozmawiano o drogach na północy, stanie przepraw i opóźnionych transportach. Jeden z przyjezdnych narzekał, że przy bramie zatrzymano jego człowieka z powodu niewłaściwej pieczęci. Ktoś inny zażądał świeżego chleba.
Florentina obeszła krzesło jednego z gości, trzymając tacę z pieczonym mięsem. Mężczyzna podniósł głowę.
Eveline zauważyła, że przygląda się księżniczce nieco dłużej, niż wymagało tego podanie półmiska. Florentina odruchowo wyprostowała plecy. Przez chwilę stała nieruchomo, z tacą podtrzymywaną obiema rękami.
Mężczyzna odłożył nóż.
— Niech ta druga nam naleje.
Służący stojący przy ścianie wskazał Eveline.
— Dziewczyno.
Podeszła z dzbankiem. Florentina cofnęła się o krok, a nieznajomy przesunął kielich bliżej krawędzi stołu.
— Trochę.
Eveline nalała wino.
— Wystarczy.
Mężczyzna podniósł kielich i przyjrzał się jej krótko.
— Jesteście z zamkowej kuchni?
— Pomagamy dzisiaj przy kolacji — odpowiedziała.
— Zatem nie każcie gościom czekać.
Wrócił do rozmowy z sąsiadem.
Eveline przeszła na drugi koniec stołu. Kiedy ponownie spojrzała w stronę Florentiny, księżniczka układała już puste półmiski przy kredensie. Nie podniosła wzroku na mężczyznę, który przed chwilą ją obserwował.
Eveline poznała go. To na jego widok Florentina zatrzymała się rano na dziedzińcu.
Przy stole odezwał się jeden z gości, domagając się kolejnego dzbanka. Eveline wróciła do pracy.
***
Po pierwszej zmianie dań Wenna zjawiła się w drzwiach sali i dała znak dwóm pomocnikom. Zabrali puste półmiski, a Eveline i Florentina wróciły za nimi do kuchni.
Strażnik nadal stał przy przejściu. Oparł się ramieniem o ścianę, ale na widok obu dziewczyn wyprostował się.
— Dokąd teraz?
— Po następne dania — odpowiedziała Wenna, przechodząc obok z tacą.
Postawiła ją na stole i kazała Florentinie przynieść czyste kielichy z kredensu.
— W piwniczce jest przygotowane wino — powiedziała, podając Eveline pusty dzbanek. — Weź też drugi. Za chwilę zabraknie.
Eveline poszła w głąb zaplecza. Za rogiem znajdowało się przejście, którym poprzedniego dnia weszły do kuchni.
Zatrzymała się.
Przez chwilę słyszała tylko odgłosy pracy dochodzące zza ściany. Strażnik pozostał przy sali, pilnując przejścia, którym wychodziły do gości. Nie widział bocznego korytarza.
Wzięła z piwniczki dwa pełne dzbanki i wróciła do kuchni. Florentina czekała przy kredensie.
— Potrzebuję cię na chwilę — powiedziała Eveline.
Księżniczka postawiła kielich na półce i przeszła z nią pod ścianę, gdzie przygotowywano kosze na puste naczynia.
— Wychodzę teraz. Strażnik pilnuje sali, a z tyłu jest drugi korytarz.
Florentina spojrzała na Wennę, która zdejmowała z pieca ciężki garnek.
— Zapytają ją, dlaczego posłała cię samą po wino.
— Wiem. Jeśli zaczekam, Lucien może znaleźć Vaelena przede mną.
— Powiem im, że wyszłaś bez jej wiedzy. Tak samo jak przełożonej.
Eveline odstawiła dzbanek bliżej ściany.
— Ten mężczyzna przy stole… — zaczęła. — Patrzył na ciebie, jakby cię rozpoznał.
Florentina przez chwilę nie odpowiadała.
— Znałam go przed wojną. Nie wiem, czy teraz mogę mu zaufać.
Z kuchni dobiegło wołanie o kielichy. Florentina obejrzała się przez ramię.
— Chciałam powiedzieć dowódcy, kim jestem — odezwała się ciszej. — Ale nie zrobię tego przy tamtym człowieku. Nie wiem, po co tutaj przyjechał.
— Nadal zostajesz?
Florentina skinęła głową. Eveline sięgnęła do jej dłoni i ścisnęła ją krótko.
— Nie zostań sama z człowiekiem od książek.
— A ty nie daj się złapać. — Florentina nie puszczała jej dłoni. — Gdyby jednak cię złapali, powiem, że nigdy cię nie lubiłam.
— Nikt ci nie uwierzy.
Florentina cofnęła rękę, kiedy jedna ze służących przeszła obok z tacą.
— Idź.
Eveline zostawiła dzbanki przy ścianie. Zanim ruszyła, zdjęła fartuch i położyła go na stercie brudnych płócien.
***
Boczny korytarz był pusty. Eveline zatrzymała się przy drzwiach wychodzących na mały dziedziniec.
Rygiel znajdował się po wewnętrznej stronie. Odsunęła go ostrożnie i uchyliła drzwi.
Na dziedzińcu stały dwa puste wozy. Przy jednym leżały porzucone worki, a pod ścianą piętrzyły się skrzynie. Dalej znajdowały się boczne wrota, którymi poprzedniego dnia przywożono zapasy.
Eveline wyszła i przymknęła za sobą drzwi.
Od strony stajni dochodziły głosy dwóch mężczyzn. Jeden narzekał na zbyt małą ilość owsa, drugi odpowiadał, że powinien pytać zarządcę. Eveline przeszła za wozem i poczekała, aż obaj znikną w budynku.
Przy wrotach nie było strażnika. Miały żelazne okucia, a w jednym skrzydle prosty zamek osadzony poniżej klamki. Eveline nacisnęła ją. Nie ustąpiła.
Wyjęła spod mankietu szpilkę. Vaelen zawsze twierdził, że w ten sposób psuje zamki, które powinny trafić do porządnego ślusarza.
Wsunęła szpilkę w otwór i próbowała wyczuć zapadkę. Metal zaczepił o coś wewnątrz. Poruszyła nim delikatnie, ale zamek nie ustąpił.
Z korytarza za jej plecami dobiegły kroki. Eveline przerwała pracę i odsunęła się od wrót.
Na dziedziniec wyszedł chłopiec z kuchni, niosąc kosz z obierkami. Spojrzał na nią, lecz nie zatrzymał się. Zaniósł kosz za stajnię i wrócił tą samą drogą.
Eveline odczekała, aż zamknął za sobą drzwi.
Spróbowała ponownie. Tym razem przekręciła szpilkę nieco niżej. Wewnątrz zamka coś drgnęło.
Nacisnęła klamkę. Skrzydło wrót uchyliło się na szerokość dłoni.
Schowała szpilkę i przecisnęła się przez szparę.
Po drugiej stronie znajdowała się wąska uliczka prowadząca wzdłuż zamkowego muru. Dalej, za niskimi budynkami gospodarczymi, widać było dachy miasta.
Eveline domknęła wrota. Przez chwilę stała nieruchomo, nasłuchując.
Nikt za nią nie wołał.
Dopiero wtedy poprawiła torbę i ruszyła uliczką w dół. Słońce zniżało się nad dachami. Do zmierzchu zostało niewiele czasu, a bramy miasta zamykano o zmroku. Eveline przyspieszyła.
Za ostatnim skrzyżowaniem zobaczyła bramę. Ludzie w zielonych płaszczach sprawdzali papiery wychodzących. Wóz pralni dawno przejechał. Ona nie miała żadnych papierów.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania