Sklep rzeczy utraconych - rozdział 55
Przed bramą zebrała się kolejka wozów. Eveline zwolniła kroku, widząc dwóch strażników w zielonych płaszczach. Jeden sprawdzał dokumenty, drugi zaglądał pod płótna osłaniające towary. Przy niewielkim wozie załadowanym skrzyniami trwała sprzeczka.
— Trzy korony — powtórzył strażnik.
— Za jeden świecznik? — Kupiec rozłożył ręce. — Przecież zapłaciłem już za całą resztę!
— Reszta nie jest ze złota.
Mężczyzna podniósł przedmiot owinięty w szare płótno. Był to pięcioramienny świecznik o szerokiej podstawie, ozdobiony liśćmi winorośli. W popołudniowym świetle błyszczał złociście, chociaż w zagłębieniach ornamentu zebrał się ciemny nalot.
Eveline zatrzymała się kilka kroków od wozu.
— Trzy korony to więcej, niż za niego zapłaciłem! — protestował kupiec.
— W takim razie źle pan handluje.
Strażnik sięgnął po dokumenty leżące na burcie. Kupiec złapał go za rękaw.
— Nie może pan przecież naliczać opłaty według własnego widzimisię!
— Jeszcze raz mnie pan dotknie, a zatrzymam cały wóz.
Mężczyzna cofnął dłoń.
Eveline spojrzała na strażników, później na drogę za bramą. Do zmierzchu zostało niewiele czasu. Jeśli kontrola potrwa dłużej, Grijs odejdzie z umówionego miejsca.
Zrobiła krok w stronę wozu.
— Mogę obejrzeć świecznik?
— A pani czego? — zapytał kupiec, odwracając się gwałtownie.
— Chcę zobaczyć podstawę.
— Nie przeszkadzaj — burknął strażnik. — Czekamy na zapłatę.
— Nie będzie jej musiał płacić jak za złoto, jeśli to mosiądz.
Kupiec spojrzał na świecznik, a potem na Eveline.
— Przecież mówię mu od kwadransa, że nie jest złoty!
— To proszę go odwrócić.
Mężczyzna niechętnie położył przedmiot na burcie. Eveline podeszła bliżej. Na jednej z nóżek, tuż przy liściu winorośli, pozłota była przetarta. Spod cienkiej warstwy prześwitywał żółtawy metal. Pod podstawą znajdował się również niewielki znak warsztatu: trzy kropki zamknięte w półkolu.
— Warsztat z Weyden — powiedziała. — Robili takie odlewy kilkadziesiąt lat temu. Widać miejsce łączenia ramion z trzonem.
— Złotnik też mógł tak zrobić — powiedział strażnik, pochylając się nad przedmiotem.
— Mógł. Tylko po co miałby odlewać całe ramię ze złota, a potem pozłacać je jeszcze raz?
— Właśnie! — zawołał kupiec.
— A pan niech na chwilę zamilknie — powiedziała Eveline.
Strażnik przesunął paznokciem po przetartej krawędzi. Potem wyjął nóż i ostrożnie zeskrobał odrobinę pozłoty od spodu podstawy.
— Mosiądz — przyznał.
— I to niezbyt dobry — dodała Eveline. — Jedno z ramion było już lutowane.
Kupiec skrzywił się. — Nie trzeba od razu opowiadać o wszystkich wadach.
— Chciał pan, żeby ustalono jego wartość.
— Chciałem tylko przejechać przez bramę.
— Zwykła opłata od towaru — powiedział strażnik, oddając mu dokumenty. — I zabieraj pan ten wóz, bo inni czekają.
Kupiec zaczął zawijać świecznik w płótno. Eveline spojrzała na otwartą bramę. Za nią droga opadała między niskimi domami, a dalej znikała za drzewami.
— Ma pan jeszcze wolne miejsce? — zapytała.
Mężczyzna przestał owijać świecznik.
— Dokąd?
— Za mury. Mogę pomóc przy wozie.
— Nie potrzebuję pomocy.
— Przed chwilą oszczędziłam panu trzy korony.
Kupiec zmrużył oczy. — Dwie i pół. Zwykłą opłatę i tak muszę zapłacić.
— Tym bardziej stać pana, żeby mnie podwieźć.
Strażnik ponownie podniósł głowę.
— Co tam jeszcze?
— To moja pomocnica — oznajmił kupiec, zanim Eveline zdążyła odpowiedzieć. — Została w mieście po sprawunki.
— Papiery.
Kupiec podał mu złożony arkusz. Strażnik rozprostował go na burcie wozu.
— Jeden pomocnik — przeczytał, wskazując palcem odpowiedni wiersz. — Tylko jeden.
— I jeden ze mną jedzie.
— A gdzie była dotąd?
— Mówiłem, po sprawunki.
Strażnik spojrzał na Eveline.
— Jak się nazywasz?
— Elke.
— Długo u niego pracujesz?
— Wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy przepłaca.
Kupiec parsknął śmiechem. Strażnik przyjrzał się jej sukni, na której nie było ani śladu kurzu z drogi.
— Nie wygląda na pomocnicę od załadunku.
— Bo zajmuje się wyceną — odparł kupiec. — Jak pan właśnie widział.
Strażnik jeszcze raz zerknął na dokument, w którym nie wpisano nazwiska pomocnika, po czym oddał go kupcowi.
— Przejeżdżać.
Eveline weszła na wąską ławkę obok kupca. Mężczyzna poprawił wodze i cmoknął na konia. Wóz ruszył, mijając drugiego strażnika, który właśnie odsuwał płótno na kolejnej furmance.
Dopiero za bramą kupiec odezwał się ponownie. — Naprawdę pracowała pani w Weyden?
— Nie.
— A zna pani ten warsztat?
— Tak.
— To może zechciałaby pani obejrzeć kilka rzeczy, które mam w skrzyniach?
— Nie dzisiaj.
— Zapłacę.
— Przed chwilą twierdził pan, że ledwo stać pana na opłatę.
Roześmiał się.
— Dobry handlarz zawsze powinien spróbować.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Od strony zamku rozległ się tętent. Jeździec w ciemnym płaszczu wyjechał zza zabudowań i skierował konia ku bramie. Eveline obejrzała się przez ramię.
Mężczyzna zatrzymał się przy strażniku z dokumentami. Pochylił się w siodle, mówiąc coś szybko. Eveline wychwyciła jedynie urywki.
— ...z zamkowej kuchni... bez zezwolenia... natychmiast...
Strażnik odwrócił się do drugiego i zawołał, żeby wstrzymał wychodzących. Kilku ludzi zaczęło protestować.
— Co znowu? — mruknął kupiec.
— Pewnie szukają kogoś z zamku — odpowiedziała Eveline, pochylając głowę.
— Mogli poszukać przed południem. Człowiek przez nich pół dnia traci.
Zacisnął wodze, zmuszając konia do szybszego kroku.
Eveline nie obejrzała się ponownie, dopóki brama nie zniknęła za zakrętem.
— Tutaj wysiądę — powiedziała.
— Przecież dopiero wyjechaliśmy.
— Dalej pójdę pieszo.
Kupiec zatrzymał wóz. — A moje świeczniki?
— Niech pan trzyma je z dala od wilgoci. Zwłaszcza ten z Weyden.
Zsunęła się z ławki. — I proszę nie mówić następnemu klientowi, że to złoto.
— A jeśli nie zapyta?
Eveline uśmiechnęła się mimo zmęczenia.
— Wtedy przynajmniej nie będzie pan musiał kłamać.
Zostawiła go na drodze i ruszyła między drzewa.
***
Dawna droga transportów Kompanii była węższa, niż zapamiętała. Po obu stronach wyrastały krzewy, a między koleinami zdążyła rozrosnąć się trawa. W jednym miejscu deszcze wymyły ziemię, odsłaniając płaskie kamienie ułożone przed laty przez robotników.
Eveline przyspieszyła. Słońce dotykało już dachów Kadenu.
Przy skraju drogi zobaczyła Grijsa. Stał obok starego słupa, na którym zachowała się resztka wyblakłego oznaczenia. Miał przewieszoną przez ramię torbę i właśnie poprawiał jej pasek.
— Grijs!
Odwrócił się. Przez krótką chwilę patrzył na nią bez słowa.
— Już miałem odchodzić.
— Słońce jeszcze nie zaszło.
Jego wzrok przesunął się na drogę za jej plecami.
— Gdzie Florentina?
— Została w zamku. Chce dotrzeć do ojca.
Grijs opuścił rękę.
— Zostawiłaś ją tam?
— Sama postanowiła zostać. Miała okazję zbliżyć się do ludzi dowódcy i nie chciała jej stracić.
— Miałyście wrócić obie.
— Próbowałam ją przekonać.
— Widocznie nie dość mocno.
Eveline poczuła ukłucie złości.
— Nie mogłam wyciągnąć jej siłą. Zresztą nawet gdybym mogła, nie zrobiłabym tego.
Grijs ruszył w stronę miasta. Przeszedł kilka kroków, po czym zatrzymał się przy słupie.
— Księżniczka zostaje w zamku pełnym ludzi, którzy mogą ją rozpoznać, a ty przychodzisz mi powiedzieć, że taki był jej wybór.
— Tak. Bo był.
Odwrócił się ku niej.
— Nie musisz mi tłumaczyć, dlaczego chce zobaczyć ojca. Wiem o tym lepiej, niż myślisz.
Eveline zamilkła. Grijs znów spojrzał na mury Kadenu.
— Został przy niej chociaż ktoś zaufany?
— Wenna. Pomogła nam dostać się do kuchni, chociaż wiedziała, że jesteśmy podejrzane. Nie wiem, czy nadal jest z Florentiną.
— Wenna… — powtórzył. — Ta kobieta z pralni?
— Nie. Służąca z kuchni. Znała matkę Florentiny.
Grijs poprawił pasek torby. Przez chwilę mocował się z przekręconą sprzączką.
— Pójdę po księżniczkę.
— Teraz kontrolują bramę dokładniej. Przyjechał jeździec z zamku. Szukają mnie.
— Nie potrzebuję głównej bramy.
— Ale nie wiesz, gdzie jej szukać. Mogła wrócić do pisarza, zostać w kuchni albo trafić do innej części zamku.
Grijs puścił pasek.
— Więc co proponujesz? Żebym wrócił do magazynu i spokojnie czekał?
— Żebyś nie dał się złapać, zanim w ogóle ją znajdziesz.
Przez chwilę nie odpowiadał. Z miasta dobiegł odległy dźwięk dzwonu.
— Jutro o świcie — powiedział w końcu. — Wrócę tam, choćbym miał wejść przez kanały. Nie pozwolę, żeby spędziła tam jeszcze jedną noc.
Przesunął torbę na drugie ramię i ruszył drogą prowadzącą do magazynów. Eveline dogoniła go po kilku krokach.
— Musisz jeszcze o czymś wiedzieć. Lucien żyje.
Grijs zatrzymał się.
— Żyje?
— Widziałam go na zamkowym dziedzińcu. Wyjechał konno za wozem pralni. Nie wiem, dokąd później pojechał.
— Wóz przejechał tędy koło południa. Luciena nie widziałem.
— Jeśli dotarł do magazynów, może szukać Vaelena.
Grijs przyspieszył.
— Więc ruszajmy.
Nie rozmawiali przez jakiś czas. Dopiero kiedy zeszli z dawnej drogi na ścieżkę między budynkami, Grijs zapytał, czy udało im się coś zdobyć.
— Odpis z pracowni. Florentina go zatrzymała. Jest tam zapis dotyczący pojemników przeznaczonych dla króla.
— Nie mogłaś zabrać go ze sobą?
— Przeszukiwali mnie. Gdyby został w mojej torbie, znaleźliby go.
— Florentinę też?
— Przeszukała ją Wenna.
Grijs pokręcił głową.
— Coraz więcej ludzi ryzykuje przez was głowy.
— Wiem.
— Wolałbym, żebyś nie musiała powtarzać tego tak często.
Przyspieszył, zostawiając ją kilka kroków za sobą.
***
Magazyn stał na końcu szeregu niskich zabudowań. Deski okrywające ściany pociemniały od deszczu, a jedno z okien zasłonięto płótnem. Grijs zapukał dwa razy, odczekał i nacisnął klamkę.
Tempo otworzył niemal natychmiast.
— Zdążyliście.
— Ledwo — odpowiedział Grijs. — Gdzie Vaelen?
— Tam, gdzie go zostawiłem. Chociaż uparcie próbuje dowieść, że potrafi chodzić.
Eveline weszła do środka. W magazynie pachniało drewnem, kurzem i ziołami. Przy tylnej ścianie leżały skrzynie, a w kącie stało kilka pustych beczek. Vaelen siedział na niskim posłaniu, oparty plecami o złożone worki. Miał rozpiętą koszulę, a pod żebrami, wokół tułowia, biegł szeroki opatrunek.
Podniósł głowę, słysząc kroki.
— Eveline.
— Wygląda pan lepiej.
— Kłamiesz coraz swobodniej.
Podeszła bliżej. Był blady, ale w jego oczach pojawiło się znajome rozbawienie.
— Widzę, że wróciłaś bez fartucha — powiedział. — Czyżby zamkowa kuchnia nie doceniła twoich umiejętności?
— Doceniła na tyle, że nie chciała mnie wypuścić.
— Niewdzięcznicy.
— Dzisiaj uratowałam pewnemu kupcowi dwie i pół korony.
— Ile wzięłaś?
— Nic.
Przymknął oczy.
— A więc jednak nie nauczyłem cię wszystkiego.
Eveline usiadła na skrzyni stojącej obok posłania.
— Nie miałam czasu się targować. Musiałam wydostać się przez bramę.
— Przynajmniej powiedz, że wyceniłaś coś interesującego.
— Pozłacany świecznik z Weyden. Mosiądz, kiepski odlew i naprawiane ramię.
— Brzmi jak towar, który kupiłbym za cztery korony.
— A potem próbował sprzedać za dwanaście.
— Za osiemnaście. Oczywiście po właściwej konserwacji.
— Którą zleciłby pan mnie.
— Widzisz? Doskonale się rozumieliśmy.
Eveline roześmiała się cicho. Dopiero po chwili zauważyła, że koniec bandaża wysunął się spod koszuli przy boku.
— Znowu się rozwiązał.
Sięgnęła do bandaża, poprawiła brzeg i wsunęła luźny koniec pod pozostałe warstwy. Materiał był ciepły. Vaelen nawet się nie poruszył.
Kiedy skończyła, zorientowała się, jak blisko niego siedzi. Cofnęła rękę i odsunęła się na brzeg skrzyni.
Vaelen spojrzał ku drzwiom, gdzie Grijs rozmawiał półgłosem z Tempo.
— Florentina?
— Została w zamku.
Rozbawienie zniknęło z jego twarzy.
— Z własnej woli?
— Chce zobaczyć ojca. Miała okazję dostać się bliżej ludzi, którzy mogą ją do niego doprowadzić.
— Grijs pewnie już planuje powrót.
— O świcie.
— Nie sądzę, żeby dał się od tego odwieść — powiedział Vaelen, patrząc na Grijsa.
— Nie próbuję.
— To rozsądne. Przynajmniej jedna z was musi czasem słuchać własnego rozumu.
— Powiedział człowiek, który nie potrafi usiedzieć z raną przez jeden dzień.
— Tempo przesadza — odparł, przykładając dłoń do boku.
— Tempo zmieniał ci opatrunek trzy razy od rana — odezwał się sam zainteresowany, podchodząc do nich. — I za każdym razem miał nowy powód, żeby się zsunął.
Eveline spojrzała na bandaż, który przed chwilą poprawiała. Vaelen patrzył w sufit.
— Nie można całego życia spędzić w łóżku.
— Jednego dnia też najwyraźniej nie potrafisz.
Tempo postawił na skrzyni miskę z wodą i spojrzał na Eveline.
— Grijs mówił, że byłaś w pracowni. Usiadłaś w fotelu?
— Nie usiadłam. Chwyciłam oparcie, kiedy zrobiło mi się słabo. Bolało mnie za oczami.
Tempo sięgnął po czyste płótno.
— Teraz też boli?
Eveline zastanowiła się. Odkąd weszła do magazynu, czuła lekki ucisk za oczami. Wcześniej brała go za skutek zmęczenia.
— Trochę. Od kilku minut.
Tempo podszedł do ściany i oparł na niej dłoń. Przez chwilę badał palcami nierówną powierzchnię desek.
— Żyły sięgają dalej niż mury Kadenu — powiedział.
Eveline chciała zapytać, skąd o tym wie, ale Tempo wrócił do posłania Vaelena.
— Co znalazłaś w pracowni?
— Odpis dotyczący pojemników. Przy jednym z zapisów było napisane „Dla króla”.
Tempo znieruchomiał z opatrunkiem w dłoni.
— Powtórz.
— „Dla króla”.
— Ile pojemników?
— Przy ostatnim wpisie były trzy.
Tempo odłożył płótno na miskę.
— Dokument został w zamku?
— Florentina go ma.
— Trzeba będzie go odzyskać.
— Najpierw trzeba odzyskać Florentinę — wtrącił Grijs.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— Dla mnie kolejność jest jasna.
— Grijs mówi, że Lucien żyje — odezwał się Vaelen.
— Widziałam go dziś na dziedzińcu. Byłam pewna, że nie wydostał się spod tamtej obręczy.
— Więc ktoś go stamtąd wyciągnął.
Vaelen spróbował podnieść się wyżej. Eveline zauważyła, jak na moment zacisnął szczękę, ale nie poprosił o pomoc.
— Człowiek od książek widział ten dokument? — zapytał.
— Wiedział, że zniknął. Kazał mnie przeszukać.
— I wypuścili cię?
— Niezupełnie. Uciekłam. Wenna wyprowadziła nas do kuchni pod pretekstem kolacji. Florentina została, a ja znalazłam wyjście na dziedziniec.
Grijs oparł dłoń na belce przy drzwiach.
— Teraz będą wiedzieli, że Wenna wam pomogła.
— Florentina obiecała powiedzieć, że wyszłam bez jej wiedzy.
— To może nie wystarczyć.
Eveline opuściła wzrok na torbę.
— Wiem.
Tempo podniósł miskę.
— Zjedz coś, zanim znowu postanowisz komuś ratować życie. W skrzyni przy drzwiach jest chleb.
— Nie jestem głodna.
— To akurat najmniej mnie interesuje.
Odwrócił się do Grijsa.
— Pomóż mi przynieść resztę wody.
Grijs ruszył za nim, lecz zatrzymał się przy drzwiach. Na zewnątrz rozległ się czyjś głos.
— Valerianie!
Vaelen poderwał głowę.
Eveline spojrzała na niego. Tym imieniem nazywali go tylko Strateg i Tempo.
Głos odezwał się ponownie, bliżej wejścia.
— Wiem, że tam jesteś.
Grijs odsunął się od drzwi i spojrzał przez wąską szczelinę między deskami.
— Jeden człowiek.
— Kto? — zapytała Eveline.
Grijs cofnął głowę.
— Ten z blizną.
Lucien.
Eveline wstała ze skrzyni. Tempo natychmiast odstawił miskę.
— Zostań tutaj — powiedział.
Na zewnątrz zaszurały buty po żwirze.
— Nie mam zamiaru rozmawiać z twoimi ludźmi, Valerianie — odezwał się Lucien. — Wyjdź sam.
Vaelen powoli spuścił nogi z posłania. Tempo zagrodził mu drogę.
— Nawet o tym nie myśl.
— Odsuń się.
— Ledwo stoisz.
— Jeszcze stoję.
Z zewnątrz dobiegł krótki śmiech.
— Możemy załatwić to tutaj. Ale jeśli wyjdziecie wszyscy, zacznę od dziewczyny. Jej również mam coś do oddania.
Grijs przesunął się bliżej Eveline.
— Nie wychodź — powiedział do Vaelena. — Niech sobie krzyczy.
Vaelen sięgnął po płaszcz leżący obok posłania.
— Nie odejdzie.
Tempo złapał go za przedramię.
— W tym stanie nie wygrasz z nim walki.
— Nie zamierzam z nim walczyć.
— A on o tym wie?
Vaelen nie odpowiedział. Wsunął jedną rękę w rękaw płaszcza, a przy drugiej skrzywił się z bólu. Eveline ruszyła odruchowo, żeby mu pomóc, lecz zatrzymała się, kiedy poradził sobie sam.
— Czego on chce? — zapytała.
— Mnie. Dopóki ze mną rozmawia, nie wejdzie do środka. — Vaelen zapiął płaszcz. — To da wam czas na tylne drzwi.
Grijs podszedł do tylnej ściany magazynu, gdzie dawne drzwi zabito poprzecznymi deskami.
— Tempo. Jeśli odciągniesz te dwie, powinienem zdołać wyważyć resztę.
Tempo spojrzał na Vaelena, a potem na drzwi. Podszedł do ściany i wsunął metalowe palce pod pierwszą deskę.
Drewno zatrzeszczało.
Vaelen podszedł do Eveline.
— Zostaniesz z nimi.
— Nie.
Przez chwilę patrzyli na siebie.
— Lucien nie przyszedł tu po rozmowę z tobą — powiedział Vaelen ciszej. — Nie dawaj mu powodu, żeby zmienił zdanie.
Za ich plecami rozległ się trzask odrywanej deski. Grijs chwycił ją i użył jako dźwigni przy kolejnej.
— Valerianie! — zawołał Lucien. — Kończy mi się cierpliwość.
— Nie wychodźcie za mną — powiedział Vaelen do Grijsa i Tempo, odwracając się do drzwi. — Jeśli nie wrócę, zabierzcie ją stąd.
Eveline zacisnęła dłonie.
Nie zapytał jej o zdanie. Nawet teraz, kiedy ledwo trzymał się na nogach.
Vaelen otworzył drzwi i wyszedł.
Grijs natychmiast podszedł do Eveline.
— Zostań przy tylnej ścianie. Gdy tylko zrobimy przejście, wychodzisz pierwsza.
Tempo chwycił metalową dłonią następną deskę.
Eveline spojrzała na uchylone drzwi. Przez szczelinę widziała fragment podwórza i plecy Vaelena. Kilka kroków dalej stał Lucien, z dłonią przy policzku. Palcami przesunął po bliźnie biegnącej ku skroni.
Vaelen coś do niego powiedział. Z tej odległości nie mogła rozróżnić słów.
— Eveline, pomóż mi z tym końcem — zawołał Grijs.
Podeszła do tylnej ściany i przytrzymała deskę, którą próbował oderwać. Kiedy drewno puściło, Grijs odrzucił je na bok.
— Jeszcze jedna — powiedział.
Tempo wsunął palce pod ostatnią deskę.
Eveline cofnęła ręce. Spojrzała na szczelinę w tylnej ścianie, potem na otwarte drzwi.
Kiedy obaj zajęli się ostatnią deską, ruszyła cicho w stronę wejścia.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania