Sklep rzeczy utraconych - rozdział 57a
Świt zastał Eveline przy oknie stróżówki. Przez szparę między deskami widziała podwórze i fragment drogi prowadzącej między składami. Od godziny nie przeszedł nią żaden człowiek.
Vaelen leżał pod płaszczem, z twarzą zaczerwienioną od gorączki. W nocy kilka razy próbował wstać, zanim zdążyła go przytrzymać. Teraz oddychał spokojniej, choć skóra na jego czole wciąż była gorąca.
Tempo zasnął na krześle przy piecyku. Uszkodzoną dłoń trzymał na kolanach. Jeden z metalowych palców pozostał wykrzywiony, a dwa pozostałe nie zginały się do końca.
Grijs siedział przy drzwiach i wiązał buty.
— Dokąd pan idzie? — zapytała Eveline.
— Do magazynu.
Podciągnął drugi but i sięgnął po miecz. Poprzedniego wieczoru Grijs rozbroił dwóch napastników i zamknął ich w tylnej komórce magazynu. Jeden z nich nie mógł stanąć na nodze. Drugi przeklinał przez cały czas, kiedy Grijs wiązał mu ręce.
— A jeśli ich uwolnili?
— Dlatego najpierw sprawdzę.
Opatrunek nad jego brwią zdążył przesiąknąć, ale nie zwrócił na niego uwagi.
— Wrócę, zanim obudzi się Tempo.
— A jeśli nie?
— Wtedy go obudź — odpowiedział, wychodząc.
Eveline wróciła do posłania Vaelena. Jego dłoń leżała na płaszczu, blisko miejsca, w którym siedziała przez większą część nocy.
— Grijs? — wymamrotał.
— Poszedł coś sprawdzić.
Vaelen otworzył oczy. Przez chwilę patrzył ponad jej ramieniem.
— Panno Vale?
— Tak?
— Proszę zamknąć sklep.
Uśmiechnęła się mimo zmęczenia.
— Już zamknięty.
— Doskonale.
Zasnął, zanim zdążyła powiedzieć coś więcej.
***
Grijs wrócił po niespełna godzinie.
— Jeden uciekł — oznajmił od progu.
— Który? — zapytał Tempo, prostując się na krześle.
— Ten, który mógł chodzić. Przetarł więzy o gwóźdź przy ścianie. Potem wyłamał dwie deski przy zawiasach.
— A drugi?
— Wciąż tam jest.
— Idę z panem — powiedziała Eveline, sięgając po płaszcz.
— Nie musisz.
— Idę.
Grijs przyjął to bez dalszych uwag.
— Tempo zostanie z Vaelenem.
— Nie zamierzałem go nigdzie zabierać — mruknął Tempo.
Do magazynu szli boczną drogą, przy ścianach pustych składów. Grijs zatrzymał się dwukrotnie, żeby sprawdzić podwórza przed nimi. Przy ostatnim narożniku Eveline dostrzegła ślady kół w wilgotnej ziemi, ale nie widziała ludzi ani koni.
W magazynie panowała cisza. Drzwi tylnej komórki były zamknięte, a belka nadal tkwiła pod klamką. Obok zawiasów brakowało dwóch desek.
Grijs odsunął belkę i otworzył drzwi. Jeniec siedział pod ścianą, z wyciągniętą nogą. Kolano miał spuchnięte, a materiał spodni ciemniał od zaschniętej krwi.
— Wróciłeś — powiedział mężczyzna. — Tamten nawet się nie obejrzał.
Spróbował się podnieść, lecz opadł z powrotem.
Grijs podszedł bliżej i przykucnął przy jego nodze.
— Kto was przysłał?
Mężczyzna splunął mu pod nogi.
Grijs chwycił go za spuchnięte kolano i zacisnął palce.
Krzycząc, jeniec spróbował go kopnąć zdrową stopą, ale Grijs przytrzymał ją butem.
Eveline zrobiła krok w jego stronę, lecz się zatrzymała.
— Nazwisko.
— Vermaar! Ludzie Vermaaru! Puść!
Grijs zwolnił uścisk, ale nie wstał.
— Po co przyszliście?
— Po dziewczynę! — Mężczyzna spojrzał na Eveline. — Mieliśmy ją zabrać żywą. Tylko ją. Reszta nas nie obchodziła, dopóki nie stawała na drodze.
— A Vaelen?
— To Lucien! Wszystko przez niego. — Jeniec spróbował odsunąć się od Grijsa. — Mieliśmy czekać, aż wejdziecie między składy, ale temu sukinsynowi odbiło. Zobaczył lorda i rzucił się na niego, zanim ktokolwiek zdążył zająć pozycję.
— Dlaczego?
— Skąd mam wiedzieć? Cały czas gadał o tej swojej twarzy. Jakbyśmy wszyscy mieli go za to żałować. — Mężczyzna skrzywił się i ostrożnie przesunął zdrową nogę. — Przed atakiem tak mu się ręce trzęsły, że nawet broni nie potrafił utrzymać. Potem zabrali go do Stratega. Wrócił i ręce miał spokojne. Ani śladu drżenia.
— Co się z nim stało? — zapytała Eveline, podchodząc bliżej.
— Nie wiem. Miał tylko świeży opatrunek. Tutaj — dodał, wskazując brodą zgięcie łokcia.
— Kto go stamtąd przyprowadził? — zapytał Grijs.
— Nie widziałem.
Grijs ponownie położył dłoń na jego kolanie.
— Nie! — Jeniec przycisnął plecy do ściany. — Nie widziałem, do diabła! Zabrali go do środka, a nas trzymali na zewnątrz. Tyle wiem!
Grijs nie poruszył ręką.
Eveline patrzyła na jeńca. Musiał wiedzieć więcej. Znać nazwiska, twarze, ludzi, którzy przyprowadzili Luciena. Nie wierzyła, żeby żołnierz nie zauważył, z kim odchodził jeden z jego dowódców.
Powiedz prawdę.
Ucisk pojawił się za oczami.
Początkowo był słaby, podobny do bólu po nieprzespanej nocy. Potem nasilił się. Kamienna ściana, o którą opierała dłoń, zrobiła się ciepła.
Jeniec otworzył usta.
Eveline oderwała rękę od kamienia. Nie wiedziała, czy zamierzał odpowiedzieć, przekląć ją, czy jedynie nabierał powietrza. Przez krótką chwilę chciała tylko, żeby powiedział wszystko, co ukrywał.
Przypomniała sobie Luciena z ostrzem przy twarzy.
— Muszę wyjść.
— Coś się stało? — zapytał Grijs, oglądając się.
— Niedobrze mi tutaj.
Wyszła, zanim zdążył powiedzieć coś więcej.
Na podwórzu oparła się o drewnianą ścianę sąsiedniego składu. Chłodne powietrze przyniosło ulgę, choć ucisk za oczami nie ustąpił od razu.
Spojrzała na własne dłonie. Nie drżały.
Nie wiedziała, co wydarzyłoby się w komórce, gdyby została. Może jeniec powiedziałby prawdę. Może nic by się nie stało. A może zrobiłby coś, czego nie zamierzała od niego żądać.
Nie chciała się o tym przekonywać.
Grijs wyszedł po kilku minutach, prowadząc mężczyznę pod ramię. Jeniec opierał się na nim całym ciężarem, a przy każdym kroku zaciskał zęby.
— Dokąd go pan zabiera? — zapytała Eveline.
— Na trakt.
Pomogła przeprowadzić rannego przez podwórze. Przy drodze Grijs posadził go pod murem, którym osłonięta była zatoczka dla wozów.
— Ktoś tędy przejedzie — powiedział.
— A jeśli nie? — rzucił jeniec.
— Wtedy będziesz musiał poczekać.
Grijs przeciął więzy na jego nadgarstkach.
— Nie jesteś lepszy od tamtych — powiedział mężczyzna.
— Nie prosiłem o ocenę.
Grijs schował nóż i ruszył w przeciwną stronę niż stróżówka. Eveline dogoniła go przy narożniku sąsiedniego składu.
— Powie im, że tu byliśmy.
— Tamten już im powiedział. — Grijs nie zwolnił. — Ale żaden nie wie, gdzie zostawiliśmy Vaelena.
Dopiero gdy oddalili się od traktu, Grijs odezwał się ponownie.
— Kiedy wyszłaś, próbował mnie jeszcze nastraszyć księciem.
— Którym?
— Mauritsem. Starszym synem króla. Podobno przysiągł, że morderczyni jego brata stanie przed sądem.
— Książę miał brata?
— Z pierwszego małżeństwa króla.
— Nie wiedziałam.
— Dawno zrzekł się korony. Pamiętam go jeszcze jako chłopca. Przyjeżdżał z ojcem do Kadenu.
Eveline zwolniła.
— Jaki był?
Grijs przez chwilę nie odpowiadał.
— Nie kłamał.
— A teraz?
— Nie wiem.
Przez chwilę szli w milczeniu. Nad dachami składów widać już było mury Kadenu.
— Nawet mnie nie zna — powiedziała Eveline.
— Zna to, co mu powiedzieli.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania