Uparta miłość r.23.[3]

W domu było źle, mama płakała po kątach, siostry wstydziły się mnie i tu jest nie lepiej. A Szymon będzie najlepszym ojcem, lepszego nie mogłam sobie wymarzyć. Przytulona do Mirki płakała skąpymi łzami, bo i łez już brakowało.

Po chłodnym i ponurym wrześniu, nastał ciepły, pogodny październik. Szczególnie uroczo było w sadku; tam przebywała rodzina zrywając jabłka, aż do zmroku.

Babcia odbierała pełne kosze od męża i woziła do składziku. Szymon uwijał się stojąc na drabinie, z wysoka mógł widzieć obejście i swoją ukochaną z małą, jak karmią króliki, bawią się z psami, albo zbierają ostatnie warzywa z ogrodu. Mirka gotowała posiłki, jej mediacje sprawiły, że było mniej wrogości.

Dziadek lubił chodzić z przyszłą synową do obórki, do swego warsztatu; tam można było swobodnie porozmawiać.

I on początkowo był przeciwny temu związkowi, jednakże – dziwna rzecz – ledwo przyjechała, zmienił zdanie. Nie wiadomo, czy dlatego, że była tak samo śniadolica, czarnooka z kruczo czarnymi włosami, jak ich cały ród Miłorzębów. Może też dlatego, że przypominała poranioną sarenkę, a takowe on przynosił do domu karmił i leczył. Kochał syna, polubił synową i przymilną Anulkę, tylko na żonę nie miał wpływu ; był bezradny wobec jaj nieustępliwości.

Sąsiadom dookoła opowiadał, jakiego to figla im syn spłatał. Niby taki strachliwy, a tu proszę – siostrę odwiedził i tak się postarał że synową mają i jeszcze wnuczkę na dodatek! Brygidka, która nigdy nie zaznała prawdziwej, dającej oparcie miłości ojcowskiej, przylgnęła sercem do teścia, bo był i oparciem i obrońcą.

Adam przyjechał raz i drugi, a widząc, ze żona nabrała rumieńców i ciała – odjeżdżał uspokojony.

– Mirka czuła się na tyle dobrze, że chciała wracać do domu, a nawet myślała o powrocie do pracy. Gospodarz jednakże chciał podczas jej nieobecności pokończyć prace związane z centralnym ogrzewaniem . Tylko, że nie dbał tak o majstrów, jak niegdyś żona i roboty trwały i trwały. Tomek dzielnie we wszystkim pomagał, ale do końca malowania też było daleko.

U Miłorzębów szykowały się zmówiny, młodzi zaprosili Grzelakową, miał przyjechać Józef z Poznania z żoną; pozostał drobiazg – obłaskawienie babci.

– Trwała w nieprzejednanej wrogości, mając wszystkich przeciw sobie, nawet znających sprawę sąsiadów. Płaciła za ten swój upór zdrowiem – źle sypiała, dokuczało serce, ale ustąpić ani myślała. Płakała, żaliła się Mirce, modliła w kościele, lecz nie łagodniała.

– Mój Boże, jakie wesele ja bym im wyprawiła, żeby sobie wziął pannę, jak się należy. Niczego bym nie żałowała! Przecież on najmłodszy i cała nasza podpora na starość; ale cóż, jak on robi mi na złość, to ja mam być ta głupia, co się na wszystko godzi?! – wykładała Mirce swoje racje

– Mam jechać do Poznania na ślub i patrzeć, jak mój syn stoi przy tej pegeerowskiej wywłoce i jeszcze mu gratulować? O, niedoczekanie! Mój Jezu, cóż ja takiego zrobiłam, że mnie tak karzesz!?! Mirka poniekąd rozumiała te racje, chciała, aby babcia choć próbowała zrozumieć młodych, jednak, póki co, nie było na to szans.

Adam przyjechał w tygodniu, zbadał Brygidkę, wypisał nowe recepty i zapowiedział, że po weselu zabierze ją na kompleksowe badania, bo wszystko wskazuje na to, że będzie potrzebne dłuższe leczenie, najlepiej w szpitalu.

– Wiem o tym, jakoś muszę wytrzymać. Przy was dam radę – odrzekła dziewczyna tuląc się i do Mirki i do Adama.

Później małżonkowie poszli do sadku na przechadzkę, rozważali, czy zostać na zmówinach, czy nie. Źle będzie, jak siądą ze wszystkimi do stołu, bo babci tam nie będzie; jeszcze gorzej będzie, jak będąc na miejscu, zostaną z babcią na uboczu. Postanowili, ze pojadą do Poznania na badania kontrolne, a później na parę dni do Rostowa.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania