Uparta miłośc tII r.6 [1]

Zima wciąż była łagodna, choć styczeń dobiegał końca. Adam, po naradach ze Stasiem, zaprosił inżyniera Barańskiego, by obejrzał plac i zaprojektował budynek gospodarczy. Trzeba też było pozałatwiać formalności w urzędach; jeśli prace miałyby ruszyć wiosną – nie było na co czekać.

Dzień był dosyć ciepły, choć mglisty; obie rodziny towarzyszyły panu inżynierowi radząc gdzie i jaki obiekt ma powstać. Adam przynaglał, by nie tracić czasu na dywagacje, a ustalać konkrety. Czas uciekał, a on musiał jechać do Poznania, gdyż szedł na nocny dyżur. Odwołał też zaraz żonę na bok i poprosił, by spakowała mu co trzeba. Mirka uwinęła się z robotą, przygotowała też posiłek, by przed wyjazdem coś zjadł. Właśnie biegła, by męża przywołać, gdy drzwi się otworzyły, wszedł pan Barański a za nim Adam.

– A dzieci gdzie?

– Renia zaprosiła je na urodziny Maciusia. Synek miał pretensje do rodziców, że zapomnieli; a w przedszkolu to mu „Sto lat” śpiewali! – relacjonował Adam sadzając gościa przy stole; żona zaraz zrobiła mu kawę, a męża przynaglała, by zjadł posiłek.

– No to Renia wymyśliła, że weźmie całą czwórkę do cukierni. Będzie szybko i bez kłopotu. Ja ich podwiozę, a Stasiu uwinie się z obrządkami i towarzystwo przywiezie

– Nie mogą jechać w tych brudnych ubrankach! - i mamuśka zabrała, co potrzeba i pobiegła do sąsiadów.

.Po kwadransie całe towarzystwo sadowiło się w samochodzie; Mirka życzyła miłego świętowania i pośpiesznie wróciła, by dotrzymać towarzystwa gościowi. Mąż na odchodne polecił, by ustaliła z inżynierem, jaką chce mieć tę kuchnię letnią i pobiegł, bo mali pasażerowie niecierpliwili się.

Gdy Adam wyszedł, twarz pana Błażeja, jak za dotknięciem różdżki, przybrała inny wyraz. Wpatrywał się w gospodynię powłóczystym spojrzeniem, a na przemyślnie ułożonych wargach pojawił się zmysłowy uśmieszek. Mirka obrzuciła go zimnym spojrzeniem i przystąpiła do rzeczy. Starannie narysowała rzut garażu, podręcznego magazynka i letniej kuchni.

– O takim czymś nie było mowy – zauważył – trzeba poprowadzić przewód kominowy, a to podwyższy koszta. Przy tym głównie patrzył na jej figurę, a nie na rysunek.

– Nie szkodzi, proszę tak zaprojektować, jak pan tu widzi.

Pan inżynier, widząc, ze jego urok osobisty jakoś nie działa, zaczął z innej beczki.

– Może pani jest zorientowana, czy pani Liliana nadal mieszka na Dworskiej? To bodajże jest dzielnica Wilczy Młyn?

– Pani Liliana Bondos mieszka teraz z mężem w Warszawie, proszę pana. - odrzekła Mirka takim tonem, że uśmiech całkiem zniknął z twarzy pana Barańskiego. Jakiś czas milczał kreśląc coś w notesie, po czym wstał i przybierając oficjalną pozę zapytał:

- Czy państwo zamierzacie wpłacić jakąś zaliczkę na poczet przyszłych kosztów?

– Być może, ale nie wiem, co uzgodnił mąż z panem Dalszewskim. Proszę przejść do sąsiada i zapytać – odrzekła otwierając przed gościem drzwi. Gdy gość wyszedł rzekła głośno – Co za nędzna kreatura! By go diabli wzięli! Otworzyła okno, gdyż nawet woń jego wody kolońskiej irytowała ją.

– I co on mi chciał zasugerować, że bywał u Liliany w Poznaniu?! A to łajdak, Niech go czort porwie!!

Było już koło siódmej, gdy Stasiu przywiózł rozbrykane towarzystwo. Renia przyprowadziła bliźniaki i zmęczona opadła na krzesło. Mirka postawiła przed nią talerz z sałatką, kazała sobie zrobić herbaty i poszła zająć się maluchami. Gdy już grzecznie poszły spać z butlami kaszki i ona siadła do kolacji.

- Najchętniej już bym się położyła, nawet w ubraniu – poskarżyła się.

– A nie możesz? Stasiu już pewnie położył dzieci spać.

– Barański się rozsiadł i nie wiadomo, kiedy pójdzie, Krępuje mnie jego obecność , ale trzeba przyznać, że jest pioruńsko przystojny, Te oczy... Widziałaś? Zielone, jak u kota. Piękne usta. Jak patrzy, to jakby cię oczyma rozbierał. Oczywiście nie mnie, w tym stanie, tak ogólnie mówię.

– Mnie się nie podobają tacy panowie, choćby mieli nie wiem jak urodziwe twarze. Zła jestem na Adama, że nie poszukał kogoś innego. Będziemy go tu mieli na głowie nie raz!

–Oj, Mireczko, twój gniew coś za mocno kipi, czy aby czegoś pod nim nie ukrywasz? – Zażartowała Renia zbierając się do wyjścia.

– Ale wymyśliła! – śmiała się Mirka przytulając przyjaciółkę – Dzięki , kochana za wszystko. Dobranoc. Nie patrz na nikogo, w końcu jesteś u siebie. Możesz temu panu pokazać zegarek

– Chyba nie będzie trzeba. Samochodu nie ma, czyli pan inżynier pojechał!

Budowa wymagała częstej obecności pana Błażeja, ale raz źle przyjęty, unikał pani Zalewskiej. Czekał na doktora, albo załatwiał sprawy ze Stasiem.

Wyglądało na to, że zima się kończy- mimo, że to był koniec lutego. Było tak ciepło, że udało się zalać fundamenty! Dalszewscy żyli z jednej pensji, toteż finansowanie przejęli Zalewscy. Za to sąsiad znalazł majstrów i po powrocie ze szkoły, razem z nimi pracował. Któregoś wyjątkowo pogodnego popołudnia Mirka spacerowała z bliźniakami w pobliżu budowy. Przy murze uwijał się człowiek, który kogoś jej przypominał. Podeszła bliżej, murarz uchylił kapelusza.

– Dzień dobry pani doktorowej! Jak dobrze pójdzie, to na Wielkanoc będzie pani mogła gospodarzyć w swojej letniej kuchni. Sam przywiozę i zamontuję westfalkę; wszystko będzie na glans!

– Powitać pana Walentego! Nie wiedziałam, że pan u nas pracuje [ Chciała powiedzieć- że pan już nie siedzi]

– Będzie miesiąc, jak wyszedłem z mamra. Spotkałem Alka, mówi, że Jędrzejewski raz przychodzi, raz – nie i żebym dołączył na jego miejsce. No to się stawiłem. Dalszewski kazał robić, i się pracuje! – odkrzyknął zabierając się do układania cegieł.

Był ogolony, w czystym roboczym ubraniu. Do tego jaśniał niezwykłą u niego pogodą. Pozytywny wpływ więzienia?

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania