Uparta miłość t.II r.5 [3]

Rodzice ponowili zaproszenie i młodzi postanowili spędzić z nimi Sylwestra i Nowy Rok. Na widok mamy Zalewskiej, witającej ich w progu stanęli zdumieni. Pani Marynia bardzo wyszczuplała i wysubtelniała, a że wraz z tym przyszła poprawa zdrowia – promieniała radością. Później spostrzegli, że to radosne ożywienie, to głównie na skutek tego, że tato wodził za nią zachwyconym spojrzeniem. Adam nie pamiętał, by tato był aż tak żoną zajęty.

W ciągu tych trzech dnie, jakie tam spędzili, jakoś się tak składało, że tato bawił się z wnukami, mamie wciąż było mało pogaduszek z synową, a Adam przesiadywał sam z książką, lub gazetą. Nigdy wcześniej tak nie bywało – w tym domu od zawsze syn był oczkiem w głowie. Teraz nie miał śmiałości narzucać swojej osoby ani matce, ani ojcu. Dopiero, gdy odjeżdżali, poczuł ciepło rodzicielskiej miłości. Wystarczyło, by wspomniał, że zamierzają spędzić urlop na Węgrzech, już pośpieszyli z obietnicą pomocy. Mama zaofiarowała się do opieki nad dziećmi, tato zaproponował pożyczkę na kupno nowego samochodu. Gdy sadowili się w aucie Adam postukał obcasem w oponę i rzekł;

- Jeszcze się garbusina trzyma, a forsa by się przydała na budynek gospodarczy. Mam nadzieję, że tato nie zmieni zdania? - i objął ojca serdecznie. Po drodze zajechali do Białośliwia, do Miłorzębów. Dziadek krzątał się przy wieczornych obrządkach, Anulka dreptała za nim krok w krok. Szymek wyjrzał z obórki, nakazał gościom poczekać w mieszkaniu, aż skończą pracę i wrócił do zadawania paszy krowom. Babcia wyszła witać, zapytali o Brygidkę.

– Dopiero co wyszła na zebranie KGW. Żebym wiedziała, że przyjedziecie, to by nie poszła, a tak, to ją wysłałam; niech się wciąga. No bo tak – jedne kobiety chcą jakąś wycieczkę, a inne są za tym, żeby dokupić naczyń, bo brakuje, jak ludzie wypożyczają na przyjęcia. Do tego ksiądz wikary się wprosił, chce namawiać kobiety do chóru kościelnego Ona młoda, nich radzi z innymi, ja się już dosyć nadziałałam.

Babcia zakrzątnęła się przy kolacji, Adam wyszedł do gospodarzy., ale wkrótce wrócił z płaczącą Anulką na rękach. Mała karmiła z dziadkiem króliki i niegrzeczna królica podrapała jej rączkę. Babcia przytuliła wnuczkę, podeszli też Jagusia i Henio – objęła całą trójkę.

– Panu Bogu podziękować piękne mam wnuki i piękne prawnuczęta – niech zdrowo rosną!

– No faktycznie, wnuków trochę babcia ma i dużych i małych. A jak tam wesele – zapytał Adam pałaszując kanapki z domową szyneczką.

– Pięknie było! Brygidka to nawet widziała zdjęcie Młodych w jakiejś gazecie. Jedzenia, przybrania, kwiatów, że świat nie widział! Jedno, co mi się nie podobało, to fakt, że chociaż muzykanci wyłazili ze skóry, to goście jakoś nie hulali. Trochę dzieciaki poskakały, trochę młodzież, ale żeby tak, jak u nas koszyczki , kółeczka, korowody, pociągi, cudaczki – to nic!

– Jak to, Młodzi też nie tańczyli? – zainteresowała się Mirka.

– E tam, raz, czy dwa i to wszystko. Jeszcze tak powoluśku, nóżka za nóżką. Nie wiem, czy u nich taka moda, czy Młoda źle się czuła. Ale wyglądać , to wyglądała prześlicznie. Mówię wam, jak lalka! Ta Rosjanka, Tatiana przywiozła jej suknię ślubną. Jasny róż, do tego białe koronki, bieluśkie guziczki i biały welon. Było na co popatrzeć.

– Jak tam nasi się bawili?

– Tak, jak wszyscy – pojedli popili i po północy poszli spać do hotelu. Ale kochany, twoja teściowa przyjechała w nowiutkim futrze! A jak! . Widać dobrze im się powodzi. Narzekali na tego nowego kierownika, a on dba o załogę, że mają na wszystko. Zięciu z Tatianą , widziałam, politykował, aż Jarek był zły.

Nareszcie przyszedł Szymon z ojcem. Babcia zajęła się mlekiem z wieczornego udoju, a oni obmyli się i zasiedli do stołu. Miło się gwarzyło, lecz zrobiło się późno. Dzieci były senne i marudne. Czas ruszać w drogę..

- Śniegu, jak na lekarstwo. Mróz słabiutki, drogi czarne. Zajedziecie spokojnie. Posiedźcie jeszcze. – prosił dziadek.

- – To wszystko prawda i posiedziałoby się z miłą chęcią, ale przede mną jeszcze droga do Poznania. Wysadzę moich i ruszam. Jutro skoro świt muszę być na dyżurze.

– O, widzisz Zyguś, może by Ci Adam przepisał jakie lekarstwo na te twoje krzyże. Weź go doktorku kochany do pokoju, nich ci powie co i jak. A ja tu coś zapakuję na drogę.

- – No to lecę po moją torbę lekarską do samochodu – Adam ruszył do drzwi , a za nim Szymon z pełną miską dla psów.

– Co tak wyglądasz na drogę, psy pouciekał?

– Patrzę, bo moja już powinna wrócić z tego zebrania. Mielibyśmy z tobą, Adaś do pogadania. Adam stanął na schodach, Szymek szeptem wyjawił w czym rzecz.

– Brygida boi się drugiego dziecka. Mówi, że teraz już się śmierci nie wywinie. Musiałbyś jej kiedyś przemówić do rozumu. Szkoda, że dziś jej niema, a wy się śpieszycie.

– Pomaleńku, wszystko się ułoży. Póki co Anulka jeszcze potrzebuje opieki. A z Brygidą pogadam; może byście do nas wpadli

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania