Sklep rzeczy utraconych - rozdział 64
Pokój przy wartowni miał jedno wąskie okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec. Pod ścianą stało łóżko bez pościeli, a obok niego drewniana ława. Żołnierz, który przyprowadził Eveline, wskazał jej ławę i zamknął drzwi.
Usiadła. Zakrwawione płótno zabrano jej jeszcze na korytarzu, więc kiedy z nosa znów pociekła krew, przycisnęła do twarzy rękaw. Materiał szybko zrobił się wilgotny. Ból za oczami powrócił, gdy pochyliła głowę.
Za ścianą rozmawiali żołnierze. Jeden narzekał na nocną służbę, drugi domagał się zwrotu pieniędzy za wczorajszą grę. Później ktoś wszedł, trzasnęły drzwi i rozmowa ucichła.
Eveline podeszła do okna. Na dziedzińcu paliły się dwie pochodnie. Przy studni stał strażnik, którego wcześniej tam nie widziała. Niebo ponad murami pozostawało ciemne.
Grijs miał czekać do świtu. Nie wiedziała, ile czasu minęło od ich rozstania, a dzwonów z zamkowej wieży jeszcze nie słyszała. Jeśli dowiedział się o jej zatrzymaniu, mógł już ruszyć do stróżówki. Jeśli nie, czekał pod ziemią z latarnią i nie wiedział, czy ona wróci.
Spróbowała otworzyć okno. Zawiasy nie ustąpiły.
Kiedy strażnik zajrzał do pokoju, poprosiła o wodę i czyste płótno. Przyniósł kubek, lecz na płótno kazał poczekać do rana.
— Medyk jest przy królu — dodał.
— Nie prosiłam o medyka.
Nie odpowiedział. Zamknął drzwi i przekręcił klucz.
Eveline wypiła wodę. W końcu usiadła na łóżku, opierając plecy o zimną ścianę. Przez jakiś czas próbowała nasłuchiwać kroków na korytarzu, lecz za każdym razem okazywało się, że ktoś przechodził do wartowni.
Dopiero kiedy usłyszała głos dowódcy, podniosła się z miejsca. Drzwi otworzyły się po chwili.
— Panna Vale. Proszę ze mną.
W wartowni paliły się trzy lampy. Na dużym stole leżała otwarta księga, obok niej kilka luźnych kart i niewielka skrzynka z przyborami do pisania. Dowódca stał przy oknie. Po drugiej stronie stołu siedział pisarz.
Miał ten sam ciemny kaftan co podczas ich ostatniego spotkania, lecz jego kołnierz był przekrzywiony, a włosy przy skroniach wilgotne. Gdy ją zobaczył, zacisnął dłonie na brzegu krzesła.
Florentina stała przy stole. Przyszła bez służącej i bez straży w królewskich barwach. Z włosów wyjęła już spinki, a suknię miała niedbale zapiętą pod szyją.
— Przyniesiono zapisy z kancelarii — powiedziała do Eveline.
— Wasza Wysokość sama zażądała obecności przy ich sprawdzaniu — dodał dowódca.
— Nie musiałam jej żądać. Powiadomiono mnie, że wezwano pannę Vale.
— Jak król? — zapytała Eveline, podchodząc do stołu.
— Śpi. Medyk nie podał mu niczego ze skrzynki.
Florentina nie powiedziała, kto przy nim został. Dawnych służących odesłano jeszcze przy Eveline.
Dowódca przesunął księgę w jej stronę.
— Twierdziła pani, że jeden z pojemników przeznaczonych dla króla zniknął z pracowni pod zamkiem.
— Tak.
— To rejestr wydania lekarstw. Proszę zobaczyć, czy znajduje pani w nim coś podejrzanego.
— Dlaczego miałabym to wiedzieć?
— Zajmuje się pani wyceną starych przedmiotów. Podobno również dokumentów.
Eveline usłyszała za plecami poruszenie krzesła. Pisarz nie zaprzeczył.
Księga była oprawiona w ciemną skórę. Większość stron wypełniono drobnym, starannym pismem, z datami po lewej i nazwiskami odbiorców po prawej. Na ostatniej zapisanej stronie widniały trzy wydania z poprzedniego dnia. Dwa dotyczyły żywności przeznaczonej dla kuchni, trzecie — tkanin dostarczonych do królewskiego skrzydła. Między drugim a trzecim wpisem ktoś dopisał jeszcze jeden.
„Skrzynka medyczna. Komnaty królewskie. Z polecenia lorda Hessela”.
Pismo było drobniejsze od pozostałych. Ostatnie słowa zmieściły się tuż nad linią oddzielającą je od kolejnego zapisu.
— Tego nie wpisano razem z pozostałymi — powiedziała.
— Dlaczego pani tak uważa? — zapytał dowódca.
— Proszę spojrzeć na odstępy. Kiedy zapisywano następne wydanie, pozostawiono między wierszami zwykłą odległość. Tutaj ktoś musiał zmieścić cały dodatkowy wpis.
— Mógł go uzupełnić później urzędnik.
— Mógł.
— A polecenie Hessela? — Florentina podeszła bliżej.
Eveline przyjrzała się końcówce zdania. Atrament był ciemniejszy, a litery wyższe niż w pierwszej części wpisu.
— To dopisano jeszcze później.
Dowódca wyciągnął rękę po księgę, ale Eveline zatrzymała palec na słowie „polecenia”. Pętla litery p nie zamykała się u dołu, a kreska uciekała daleko w prawo, pod następną literę. Widziała już taki zapis: w księdze pisarza, przy przepustce numer sto osiemnaście, gdzie ktoś dopisał, że dokument „wydano na pańskie polecenie”.
— Czy mogę zobaczyć jeszcze jedną stronę? — zapytała.
Dowódca skinął głową.
Przewróciła kartkę. W innych wpisach p zamykało się zwyczajnie. Wróciła do poprzedniej strony.
— Widziałam podobne pismo w innej księdze.
— Nie widziała pani, kto to pisał — odezwał się pisarz.
Eveline spojrzała na niego. Pobladł, ale nie odwrócił wzroku.
— W jakiej księdze? — zapytał dowódca.
— Przepustek. Przy numerze sto osiemnaście.
Pisarz wstał.
— Jeśli wolno, panie dowódco, ta kobieta weszła do mojej kancelarii pod fałszywym nazwiskiem. Towarzyszył jej uzbrojony mężczyzna. Grozili mi.
— Grijs? — zapytała Florentina.
— Nie znałem jego nazwiska, Wasza Wysokość. Dopiero później dowiedziałem się, kogo wpuściłem. Zabrali kobietę, którą miałem zatrzymać do wyjaśnienia sprawy.
— Wennę — powiedziała Florentina.
— Tak.
— Wenna służy mnie.
— Nie wiedziałem, że Wasza Wysokość wydała polecenie jej zwolnienia.
— Nie wydałam. Nikt mnie nie zapytał, czy wolno ją zatrzymać.
Dowódca zwrócił się do pisarza.
— Dlaczego wcześniej nie złożył pan skargi?
— Miałem zamiar. Tego dnia wszystko wydarzyło się bardzo szybko. Zanim zdążyłem porozmawiać z przełożonym, zamknięto część zamku.
— A księga przepustek?
— Jest w kancelarii.
— Numer sto osiemnaście?
Pisarz zwilżył wargi.
— Nie pamiętam wszystkich numerów.
— Pytałem, czy wpis nadal istnieje.
— Powinien.
Dowódca zamknął księgę wydań.
— Przyniesie ją pan rano.
— Panie dowódco, ta kobieta—
— Słyszałem pańskie oskarżenie.
Pisarz usiadł.
Jedna litera niczego nie dowodziła. Oba dopiski dotyczyły jednak dokumentów, które otwierały drogę do króla.
— W pracowni pod zamkiem brakowało jednego pojemnika — powiedziała. — W tej księdze dopisano wydanie skrzynki z lekarstwami. Powinniście sprawdzić, czy pochodzą z tego samego miejsca.
— To nie jest dowód — odparł dowódca. — Oskarża pani kancelarię rady o fałszowanie dokumentów, a ma pani tylko podobny kształt jednej litery.
— Nie wiem, kto dokonał wpisu.
— W takim razie sprawdzę, kto miał do niej dostęp.
Dowódca zabierze dokumenty, pisarz wróci do kancelarii, a skrzynka zostanie w komnacie króla. Pod zamkiem, w skrzyni z napisem „Dla króla”, czekały jeszcze dwa pojemniki.
— Mogę zaprowadzić pana do pracowni.
Dowódca zatrzymał rękę na okładce księgi.
— Znam drogę — powiedziała Eveline. — Na miejscu można sprawdzić oznaczenia na skrzyni, z której zniknął pojemnik.
— Eveline — odezwała się Florentina.
— Mówiła pani, że dostała się tam starą drogą — przypomniał dowódca. — Dlaczego dopiero teraz proponuje pani, że ją pokaże?
— Bo wcześniej nie wiedziałam, że ktoś dopisuje wydania do ksiąg rady.
Pisarz patrzył na nią znad stołu. Eveline nie próbowała odgadnąć, co myśli.
— Jeżeli to miejsce istnieje — powiedział dowódca — chcę je obejrzeć. Poprowadzi pani moich ludzi.
Florentina odsunęła się od stołu.
— Nie. Nie zgadzam się, żeby zabierał pan Eveline pod zamek.
— Sama zaproponowała—
— Słyszałam.
Florentina podeszła do Eveline. Z bliska wyglądała na jeszcze bardziej zmęczoną niż przy królewskim łożu.
— Chodź ze mną.
Dowódca chciał coś powiedzieć, ale Florentina wskazała drzwi prowadzące do sąsiedniego pomieszczenia. Żołnierz otworzył je przed nimi.
W środku stały szafa na płaszcze i stolik, na którym pozostawiono niedopitą herbatę. Florentina zaczekała, aż drzwi się zamkną.
— Nie powinnaś tego proponować. Dowódca może wysłać swoich ludzi, a ty opiszesz im drogę.
— Nie wszystko da się opisać.
Florentina przez chwilę przyglądała się jej twarzy.
— Co jeszcze tam znalazłaś?
Eveline pomyślała o fotelu i przewodach biegnących ku ścianie. O głosie, który obiecał podać jej nazwisko.
— Nie wiem jeszcze, do czego służyły urządzenia.
— Nie o to pytałam.
Z korytarza dobiegły kroki. Ktoś przystanął przed drzwiami, potem odszedł.
— Ledwie stoisz — powiedziała Florentina. — Dopiero co się stamtąd wydostałaś. Teraz chcesz wracać z ludźmi, którzy cię zatrzymali.
— Jeśli się nie dowiemy, co przyniesiono twojemu ojcu…
— Skrzynka jest zabezpieczona.
— A jeśli przyniosą następną?
Florentina odwróciła się do stolika i poprawiła stojącą na nim filiżankę.
— Ojciec został sam. Medyk miał wrócić, gdyby oddech znowu się pogorszył. Nie mogę nawet sprowadzić kobiety, która opiekowała się nim od lat, bez pytania dowódcy o zgodę.
— Wróć do niego. Ja pójdę z nimi.
— Nie wiesz, czy dotrzymają słowa.
— Nie wiem.
— Nie chcę, żebyś znowu zniknęła pod zamkiem.
Grijs miał czekać przy rozwidleniu. Jeśli jeszcze tam był, mógł nie usłyszeć ich dość wcześnie, żeby odejść. Wystarczyło powiedzieć Florentinie, kto został w podziemiach. Eveline milczała.
— W takim razie postawię warunek — powiedziała Florentina. — Wracasz do tego samego pokoju przy wartowni. Pod tę samą straż. Nie pozwolę im wywieźć cię z zamku.
— Dobrze.
— I nie będziesz przesłuchiwana bez mojej wiedzy.
Florentina otworzyła drzwi. Dowódca czekał przy stole. Pisarza już nie było. Dwóch żołnierzy stało przy wyjściu, a trzeci przeglądał księgę wydań.
— Panna Vale zaprowadzi pana do pracowni — powiedziała Florentina. — Potem wróci tutaj, pod tę samą straż.
— Jeśli nie podejmie próby ucieczki.
— Chcę pańskiego słowa.
Dowódca spojrzał na Eveline.
— Przyjmuję ten warunek. Ale nie zdejmę z niej odpowiedzialności za to, co zrobiła wcześniej.
— Nie proszę o to.
Dowódca zawołał żołnierza.
— Czterech ludzi. Dwie latarnie. Broń przy sobie. Nikogo więcej.
Eveline podeszła do drzwi. Florentina nadal stała przy stole.
— Eveline.
Odwróciła się.
— Wróć.
Eveline skinęła głową.
Wyszli na dziedziniec gospodarczy. Noc była chłodniejsza niż wtedy, gdy Eveline przyszła do zamku. Nad murem nie pojawił się jeszcze ślad poranka.
Dowódca prowadził ich do drzwi, przez które wcześniej wyszła z podziemi. Jeden żołnierz szedł przed Eveline, dwóch za nią. Ostatni niósł drugą latarnię.
— Dokąd prowadzą schody? — zapytał dowódca.
— Do starego korytarza. Dalej jest kilka odnóg.
— Która prowadzi do pracowni?
— Pokażę panu.
— Kto jeszcze zna to przejście?
— Nie wiem.
Przy drzwiach żołnierz uniósł zasuwę. Zeszli po kamiennych stopniach. Światło latarni objęło mokrą ścianę, potem niski sklepiony korytarz.
Dowódca kazał żołnierzom iść ostrożnie. Ich buty stukały o kamień. Eveline słyszała każdy krok, choć próbowała odróżnić od nich inne dźwięki.
Korytarz opadał łagodnie. Woda sączyła się ze spoin pomiędzy kamieniami.
— Daleko jeszcze? — zapytał jeden z żołnierzy.
— Nie.
Przed nimi pojawiło się rozwidlenie. Eveline pamiętała miejsce, w którym Grijs postawił latarnię. Teraz nie widziała żadnego światła.
Dowódca zatrzymał ludzi. Jeden z żołnierzy podniósł latarnię i oświetlił wejście do bocznego korytarza. Kamienie były wilgotne, a dalej panowała ciemność. Grijsa nie było widać.
Mógł usłyszeć ich kroki i cofnąć się głębiej. Mógł też odejść, choć do świtu pozostało jeszcze trochę czasu.
— Którędy? — zapytał żołnierz.
Eveline wskazała boczny korytarz.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania