Sklep rzeczy utraconych - rozdział 71
Florentina opuściła salę bocznym przejściem. Eveline dogoniła ją dopiero na korytarzu, przy schodach prowadzących do komnat królewskich.
— Florentino.
Księżniczka zatrzymała się. Towarzyszący jej służący odszedł kilka kroków dalej.
— Vaelen nawet na ciebie nie spojrzał, kiedy Strateg powiedział, że wszystko ci wyjaśnił. Wiedział, prawda?
— Musiałam najpierw z nim porozmawiać.
— A mnie powiedziałaś tylko o fotelu. Co jeszcze?
— Obiecał wycofanie oskarżenia i bezpieczeństwo pozostałych.
— W tym moje.
— Tak. Powiedział też, że jeśli odmówię, spróbuje z tobą.
— Wczoraj pytałam, czego od ciebie chciał — odezwała się Florentina po chwili.
— Wiem.
— Mogłaś mi powiedzieć wszystko.
— Przepraszam.
— Muszę wrócić do ojca. — Księżniczka poprawiła teczkę pod ramieniem.
— Florentino...
— Nie teraz, Eveline.
Za drzwiami komnaty czekał już na nią medyk. Eveline ustąpiła jej miejsca. Florentina przeszła obok i weszła do środka, nie oglądając się za siebie. Służący zamknął drzwi.
Eveline pozostała jeszcze chwilę na korytarzu, a potem ruszyła w stronę schodów. Przy pierwszym zakręcie zatrzymał ją strażnik.
— Panno Vale. Pani komnata znajduje się w drugim skrzydle. Mam panią odprowadzić?
— Nie trzeba.
Zawróciła, lecz zamiast iść do siebie, skierowała się ku zachodniej części zamku. Strażnik ruszył za nią.
***
Przy drzwiach Vaelena stało dwóch żołnierzy. Jeden z nich rozpoznał Eveline i zastąpił jej drogę.
— Lord Vaelen nie przyjmuje gości.
— Chcę z nim porozmawiać.
— Potrzebna jest zgoda dowódcy.
Nie miała żadnej wiadomości, którą musiałaby przekazać. Mogła wrócić do siebie.
— Proszę zapytać dowódcę — powiedziała.
— Jest teraz przy radzie — odpowiedział żołnierz po chwili wahania.
— W takim razie zaczekam.
Usiadła na ławie pod oknem. Z dziedzińca dochodziły odgłosy rozładowywania wozów. Dwóch robotników przetoczyło beczkę przez bramę, a za nimi przeszedł chłopak z naręczem drewna. Minęło kilkanaście minut, zanim pojawił się dowódca.
— Panno Vale. Czy lord Vaelen czegoś potrzebuje?
— Nie wiem. Chciałabym go zobaczyć.
— Nie może pani odwiedzać go bez powodu.
— Rozumiem. — Eveline wstała z ławy.
— Medyk był u niego przed godziną — odezwał się dowódca po chwili. — Opatrunek został zmieniony. Nie ma gorączki.
Eveline spojrzała na drzwi.
— Poseł Vermaaru jest u niego, z moją zgodą — powiedział dowódca. — Miał wyjaśnić, których kart brakuje w archiwum. Może pani wejść na dziesięć minut, ale nie wolno pani przekazywać żadnych dokumentów. Wartownik pozostanie pod drzwiami.
Żołnierz otworzył drzwi i Eveline weszła do środka. Vaelen siedział w fotelu przy oknie. Miał rozpięty kołnierz i prawą rękę opartą na poduszce. Na stoliku stała miska z wodą, obok leżały świeże bandaże. Kotara przy umywalni była odsunięta. Za nią nikogo nie było.
Przy kominku stał Strateg. Bez maski. Eveline zatrzymała się tuż za progiem.
Wiedziała, że są bliźniakami. Widziała już twarz Stratega, ale nigdy obu braci w jednym pomieszczeniu, bez niczego, co zasłaniałoby podobieństwo.
Mieli te same rysy, choć trudno byłoby pomylić ich teraz. Vaelen był blady i siedział lekko pochylony, oszczędzając zraniony bok. Strateg stał prosto, z uszkodzoną ręką ukrytą za plecami.
— Panno Vale — odezwał się Vaelen. — Widzę, że rada nie ograniczyła pani swobody tak skutecznie jak mojej.
— Właśnie kończyliśmy. — Strateg odwrócił się w jej stronę.
Na stoliku leżało pismo z pieczęcią rady. Eveline zauważyła podpis dowódcy i nazwisko Stratega.
— Przyszedł pan go przesłuchać? — zapytała.
— Dowódca pozwolił mi porównać rejestr z tym, co pamięta świadek — odpowiedział Strateg.
— Karty mogą poczekać — powiedział Vaelen. — Zostanie, dopóki nie powie mi o ojcu.
— Powiedziałeś im dość, żeby cię zatrzymali — powiedział Strateg do brata.
— To był mój wybór.
— Za to bez trudu pozwoliłeś im uwierzyć, że odpowiadałeś za wszystko.
— Nie za wszystko. — Vaelen poprawił poduszkę pod rannym bokiem.
— Mogłeś powiedzieć, kto wydawał polecenia.
— Mogłeś również.
— Przyjechałem tu, żeby powstrzymać znacznie większe zagrożenie niż dawne doświadczenia.
— W takim razie powinieneś był zacząć od przedstawienia go radzie, zamiast żądać medalionu.
— Florentina nie odda go dobrowolnie.
— Rano chciałeś, żeby rada mnie nie słuchała. A teraz chcesz, żebym pomógł ci przekonać ją do otwarcia pracowni.
Strateg nie zaprzeczył.
— Fotel nadal znajduje się w pracowni. Potrzebuję do niego dostępu.
— I Eveline.
— Nie podjęła jeszcze decyzji.
— Nie będzie jej podejmowała pod przymusem.
— Nie zamierzam jej zmuszać.
— W takim razie pozostaw ją w spokoju.
Eveline podeszła do stolika. Spod rozpiętej koszuli wystawał świeży opatrunek. Przyjrzała mu się, ale bandaż był czysty.
— Medyk już tu był — powiedział Vaelen.
Strateg obserwował ich bez słowa.
— Ojciec nadal może korzystać z części urządzeń — odezwał się po chwili. — Zamknięcie pracowni nie odetnie go od Aderu.
— Od kiedy wiesz, że żyje?
— Znalazłem go, zanim dotarłem do Veyr.
Vaelen odsunął się od oparcia fotela. Skrzywił się i znieruchomiał.
— I nie powiedziałeś mi.
— Co byś zrobił?
— Pojechałbym do niego.
— Właśnie.
— Nie miałeś prawa decydować za mnie — powiedział w końcu Vaelen.
— W Archen nikogo nie pytałeś.
Vaelen nie odpowiedział. Strateg podszedł do okna. Za szybą żołnierze przenosili skrzynie z jednego wozu do drugiego.
— Kiedy go znalazłem, nie potrafił już mówić inaczej niż przez urządzenia. Przez lata próbowałem ustalić, które z nich można wyłączyć, nie uszkadzając pozostałych. Potem zaczął odzyskiwać dostęp do innych żył Aderu. Do części dociera już sam. Do reszty potrzebuje kogoś, kto otworzy mu drogę.
— Czy ojciec wie, że chcesz go odłączyć?
— Próbowałem mu powiedzieć. — Strateg odwrócił się od okna. — Nie wiem, ile rozumie.
Eveline słyszała ten głos w pracowni. Rozumiał wszystko. Nie powiedziała tego. Nie przy Strategu.
— A czy tego chce?
— Nie odpowiedział.
— A odłączenie go nie zabije? — zapytał Vaelen z przymkniętymi oczami.
— Może umrzeć — powiedział Strateg, siadając naprzeciw niego. — Ale nie możemy pozostawić mu całej sieci.
Żaden z nich się nie odezwał. Eveline stała przy stoliku. Miała ochotę wyjść, ale nie poruszyła się. Strateg wiedział o królu znacznie więcej, niż powiedział jej podczas poprzedniej rozmowy.
— Jeśli przyprowadzę cię do pracowni — odezwał się Strateg — zrozumiesz, dlaczego nie możemy dłużej czekać.
— Jesteś przekonany, że po tym, co zrobiłeś rano, pozwolą mi tam wejść?
— Spróbuję przekonać radę, że powinieneś go zobaczyć.
— A Eveline?
— To zależy od niej i od tego, jak długo księżniczka będzie mogła mi odmawiać.
— Czego jeszcze mi nie powiedziałeś? — zapytał Vaelen po chwili.
Strateg podniósł maskę z kominka. Przez chwilę trzymał ją w dłoni, obracając tak, że światło z okna przesunęło się po ciemnej powierzchni.
— Nie wiedziałeś wszystkiego o tamtej sali.
— Nadal nie wiem.
— Ojciec nie jest tam sam.
Vaelen długo patrzył na maskę w dłoni brata.
— Kłamiesz — powiedział.
— Zejdź tam i sprawdź. — Strateg założył maskę i zapiął rzemień z tyłu głowy. Głos, który wydobył się spod czarnej powierzchni, znowu należał do posła Vermaaru. — Rada da ci zgodę szybciej, niż sądzisz.
Skłonił się Eveline tak samo jak rano na radzie i wyszedł. Wartownik zamknął za nim drzwi.
Vaelen nie poruszył się przez dłuższą chwilę. Potem sięgnął po szklankę na stoliku, ale jej nie podniósł. Odsunął ją tylko dalej od krawędzi.
— Zostało ci kilka minut — powiedział. — Nie trać ich na mój opatrunek.
Eveline usiadła na krześle, które przed chwilą zajmował Strateg. Siedzisko było jeszcze ciepłe. Przesunęła się na sam brzeg.
— Pański ojciec rozumie wszystko. Rozmawiałam z nim w pracowni. Wiedział o Florentinie i o unieważnionych przepustkach. Wiedział, co zrobiłam przy magazynie.
— Dlaczego nie powiedziałaś tego przy nim?
— Bo stał przy kominku i ważył każde moje słowo.
Vaelen nie zaprzeczył.
— Co jeszcze?
Eveline zawahała się. Po wszystkim, co wydarzyło się od rana, jedno słowo wydawało się niczym.
— Kiedy wychodziłam, powiedział „Wrócisz”. Nie pytał. Mówił tak, jak mówi się do kogoś, kto wychodzi tylko na chwilę.
Vaelen znieruchomiał. Nie spojrzał na nią, tylko w okno.
— Jakim głosem? — zapytał w końcu.
— Spokojnym. Prawie łagodnym.
Skinął głową i nie zapytał o nic więcej. Palce Vaelena leżały nieruchomo na poręczy fotela.
— Zejdę tam — powiedział.
— Rada zamknęła pracownię.
— Rada otworzy ją, jeśli uzna, że jestem tam potrzebny. On zrobi wszystko, żeby tak uznała. Wolę zobaczyć ojca, zanim brat zdecyduje, co z nim zrobić.
— A jeśli to pułapka?
— To z pewnością pułapka. — Wreszcie na nią spojrzał. — Pytanie tylko, na kogo.
Ktoś zapukał. Wartownik uchylił drzwi.
— Czas minął, panno Vale.
Eveline wstała. Zanim zdążyła się odwrócić, Vaelen chwycił ją za nadgarstek.
— Nie schodź tam beze mnie.
— Pan też nie.
Puścił ją. Na skórze jeszcze przez chwilę czuła chłód jego palców.
***
Służąca przyszła po nią o zmierzchu.
— Księżniczka prosi, żeby pani przyszła.
— Coś się stało?
— Od południa nie przyjmuje wody. Medyk zostaje przy królu na noc.
Strażnik ruszył za nimi bez słowa. W królewskim skrzydle paliło się mniej świec niż zwykle, a na korytarzu nikt nie rozmawiał. Przed drzwiami komnaty stał dowódca. Odsunął się, kiedy zobaczył Eveline.
W środku pachniało woskiem i naparem z gorzkich ziół. Okiennice przymknięto do połowy. Medyk siedział przy oknie. Florentina zajmowała krzesło tuż przy łóżku, z książką w wytartej oprawie na kolanach.
Podniosła głowę, kiedy drzwi się otworzyły. Ich spojrzenia spotkały się na moment. Florentina wskazała Eveline krzesło stojące przy drzwiach, a potem wróciła do książki.
Ktoś przygotował to krzesło wcześniej. Na siedzisku leżała złożona poduszka.
Eveline usiadła.
Król leżał na wznak, z dłońmi na kołdrze. Oddychał płytko, z długimi przerwami.
Florentina czytała półgłosem. Eveline nie znała tej historii. Do drzwi docierały pojedyncze zdania: o łodzi, która nie chciała wracać do brzegu, o dwóch siostrach czekających na nią z latarnią na pomoście. Florentina czytała równo, nie przyspieszając. Tym razem nie urwała przy drugim zdaniu. Czasem podnosiła wzrok, sprawdzała, czy ojciec ma otwarte oczy, i czytała dalej.
Za oknem ucichła kuźnia. Na dziedzińcu ktoś zapalał pochodnie.
Eveline patrzyła na kołdrę na piersi króla. Czekała, aż się uniesie. Medyk wstał od okna, podszedł do łóżka i przyłożył dwa palce do szyi króla. Po chwili cofnął rękę. Nic nie powiedział, tylko spojrzał na Florentinę.
Florentina przewróciła kartkę.
Eveline podniosła się z krzesła, ale nie zrobiła kroku. Medyk spojrzał na nią i lekko pokręcił głową. Usiadła z powrotem.
Florentina czytała dalej. Łódź wreszcie zawracała, a siostry schodziły z pomostu do wody, żeby szybciej ją przyciągnąć. Jej głos nie zmienił się ani razu. Przy ostatnim zdaniu uśmiechnęła się, tak samo jak uśmiecha się ktoś, kto zna zakończenie od dziecka.
Za ostatnią kartką była już tylko wyklejka. Ktoś napisał na niej atramentem imię, dużymi, nierównymi literami, z odwróconym „F”.
— Mówiłam, że tym razem doczytam — powiedziała Florentina.
Podniosła wzrok. Król miał zamknięte oczy.
— Ojcze?
Medyk cofnął się od łóżka. Florentina nie odwróciła się do niego. Przyglądała się dłoni ojca na kołdrze, a potem dotknęła jej grzbietem palców, ostrożnie, żeby go nie obudzić.
Przez długą chwilę nikt się nie odezwał.
Florentina zamknęła książkę i położyła ją na kołdrze, pod dłonią ojca. Potem poprawiła mu palce, żeby nie zsunęły się z okładki.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania