Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 76

Tempo zatrzymał się przed wejściem do pracowni. Trzymał torbę w zdrowej ręce, a jej ciężar ściągał mu ramię w dół.

— Odsuń się od drzwi.

Strateg nie ustąpił od razu. Maska zasłaniała mu twarz, lecz Eveline widziała, że patrzył na mechaniczne ramię Tempa.

— Sądziłem, że nie wrócisz.

— Przeszkadzasz.

Florentina podeszła bliżej. Dowódca rozwinął dokument, który niósł przez cały korytarz.

— Zgodnie z rozkazem Jej Królewskiej Mości — powiedział — połączenie może zostać przerwane wyłącznie przez osobę wskazaną przez pannę Vale. Nikt inny nie ma prawa ingerować w urządzenie.

— Więc to ciebie wskazała — powiedział Strateg.

Tempo nie odpowiedział.

— Rozkaz dotyczy również pana — powiedziała Florentina.

— Nie zamierzam przeszkadzać — odparł Strateg. — Uruchomię urządzenie z drugiej strony. Ktoś musi nadzorować połączenie.

Vaelen odezwał się zza pleców Eveline, spomiędzy strażników:

— Od kiedy potrzebujesz pozwolenia, żeby robić coś za cudzymi plecami?

Dowódca otworzył drzwi. Tempo wszedł pierwszy, a Eveline ruszyła za nim. Florentina zatrzymała się jeszcze na chwilę przy Strategu, lecz ten już odchodził do drugiego wejścia, od strony sali za szkłem. Tam znikał pod posadzką przewód od zaczepu.

Tempo postawił torbę obok fotela.

— Latarnia tutaj.

Eveline postawiła ją na podwyższeniu. Za grubą szybą paliły się lampy. Pośrodku sali stała metalowa podstawa, a nad nią przezroczysty cylinder. Z tej odległości Eveline widziała tylko zarys głowy i przewody, które biegły od karku ku urządzeniom pod ścianą.

Obok pulpitu stała Trist. Trzymała lampę i przyglądała się pracy Tempa. Ciemna suknia, włosy starannie upięte nad karkiem, tak samo jak poprzedniego wieczoru.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Trist podniosła nieznacznie dłoń. Eveline odwróciła się do fotela.

Tempo zdjął boczną osłonę i sprawdził zaczep. Wyjął z torby cienką piłkę z wąską rękojeścią, przymierzył ostrze do szczeliny i wsunął piłkę za pas.

— Siadaj.

Eveline podeszła do fotela. Siedzisko było szersze, niż zapamiętała, a na oparciu znajdowały się płytkie zagłębienia przeznaczone na ramiona.

Usiadła ostrożnie. Zimno przeniknęło przez suknię, kiedy oparła plecy. Stopy mogła postawić na wąskiej podpórce pod siedzeniem, lecz nie sięgała nimi do podłogi.

Tempo sprawdził mocowania obręczy, a potem chwycił metalową dłonią krawędź fotela i szarpnął z całej siły. Nic nie ustąpiło.

— Ręce tutaj.

Ułożyła przedramiona w zagłębieniach. Tempo przesunął jedno z metalowych ramion nad jej nadgarstkiem, lecz jeszcze go nie zamknął.

— Za ciasno?

— Nie.

— Będzie ciaśniej.

Florentina stała przy drzwiach obok dowódcy. Żołnierze zajęli miejsca pod ścianami, z dala od podwyższenia. Vaelen pozostał kilka kroków od fotela. Opierał się dłonią o poręcz prowadzącą na podwyższenie. Nie odezwał się, kiedy Tempo sprawdzał ostatnie mocowanie.

— Co mam zrobić, jeśli będę chciała wyjść? — zapytała.

— Powiesz moje imię. Nic więcej.

— Tempo.

— Właśnie tak.

Za szybą Strateg stanął już przy pulpicie obok Trist. Tempo uniósł rękę, a Strateg odpowiedział krótkim skinieniem.

— Gotowa? — zapytał Tempo.

Florentina stała nieruchomo, z dłońmi splecionymi przed sobą. Na czarnej sukni wciąż miała niewielką broszę, którą nosiła podczas pogrzebu.

— Tak — odpowiedziała Eveline.

Tempo nacisnął dźwignię przy podstawie. Obręcz opadła na jej ramiona. Metal docisnął ją do oparcia, a gdzieś pod siedzeniem rozległ się krótki szczęk.

Ten sam, który słyszała poprzedniego wieczoru, kiedy zaczep nie pozwolił ponownie otworzyć fotela.

Spróbowała poruszyć rękami. Mogła unieść palce, ale nie zdołała przesunąć ramion.

Tempo przykucnął przy podstawie i sprawdził palcami zaczep.

— Dobrze.

Dłoń Vaelena zacisnęła się na drewnianej poręczy. Pozostał tam, gdzie stał.

Za szkłem Strateg przesunął jedną z dźwigni. Złote linie na pierwszym pierścieniu rozjarzyły się słabym światłem. Blask przebiegł wzdłuż metalowego ramienia i dotarł do obręczy otaczającej jej ramiona.

Eveline poczuła zimno na karku. Potem światło pojawiło się również pod jej dłońmi. Najpierw zdrętwiały jej palce. Chciała nimi poruszyć, lecz nie była pewna, czy rzeczywiście to zrobiła.

Zimno przesunęło się wzdłuż ramion aż do barków. W jednej chwili poczuła je również pod żebrami, głęboko w piersi. Zaczerpnęła powietrza, ale oddech nie przyniósł ulgi.

Za oczami pojawił się ból. Z początku tępy, niemal znajomy. Przypomniał jej ucisk, którego doświadczała w pobliżu żył Aderu. Tylko że teraz ból nie zatrzymał się na skroniach. Przeszedł przez szczękę, wniknął w korzenie zębów i rozszedł się po całej czaszce.

Zamknęła oczy. Nie pomogło.

— Eveline?

Głos Tempa dobiegł z lewej strony. Chciała odpowiedzieć, lecz język nie chciał ułożyć słów.

Jeszcze chwilę.

Usłyszała to wyraźnie, chociaż nikt przy fotelu się nie odezwał.

Jeszcze chwilę. Zobaczysz.

Próbowała odróżnić własne myśli od słów, które rozbrzmiewały jej w głowie. Nie miały głosu Vaelena ani Tempa. Były spokojne, cierpliwe i nie pozostawiały miejsca na odmowę.

Nagle ujrzała twarz mężczyzny. Nie stał przed nią. Nie znajdował się również za szkłem. Jego twarz pojawiła się wraz z zapachem gorącej wody, szorstkością płótna i odgłosem naczyń odkładanych na kamienny blat. Miał szerokie dłonie, krótkie jasne włosy i niewielką bliznę na podbródku.

Pomyślała o słowach Wenny. Przy komnatach został tylko ten, którego król posyłał do Florentiny po każdej kłótni. Teraz widziała go w pracowni pod zamkiem, jak wkłada do kosza płaski pojemnik ze znakiem rady.

W jej głowie pojawiło się imię. Gerrit. Nie usłyszała go, lecz znała każdą jego literę.

Chciała je powtórzyć. Otworzyła usta, ale zdołała tylko zaczerpnąć powietrza.

— Eveline. Powiedz moje imię.

Tempo.

Słyszała go z daleka, gdzieś poza bólem. Spróbowała skupić się na jego głosie, lecz przed oczami wciąż miała twarz sługi.

Jedno imię. Obiecano jej więcej.

Jeszcze chwilę.

Zacisnęła palce na poręczach fotela. Ból nasilił się tak gwałtownie, że przez moment przestała słyszeć cokolwiek poza własnym oddechem.

Potem ustąpił. Zniknął ucisk za oczami. Przestały boleć zęby. Chłód opuścił jej dłonie, pozostawiając po sobie dziwną lekkość.

Eveline otworzyła oczy. Przed nią nie było już pracowni.

Światło wypełniało ogromną salę, chociaż nie widziała ani okien, ani lamp. Przez chwilę stała nieruchomo, próbując zrozumieć, skąd się tu wzięła. Pod stopami miała białą posadzkę, tak gładką, że odbijały się w niej wysokie łuki podtrzymujące sklepienie. Ściany nie tworzyły kątów. Przechodziły jedna w drugą łagodnymi krzywiznami, bez widocznych spoin. W sklepieniu tkwiła ciemna, okrągła tafla. Drobne punkty światła układały się na niej we wzór, którego Eveline nie znała.

Eveline dotknęła najbliższej kolumny. Nie poczuła niczego. Palce nie napotkały oporu. Nie czuła już chłodu, który przed chwilą przenikał przez suknię.

Po drugiej stronie sali otworzyły się drzwi. Weszło kilku ludzi w białych szatach. Poruszali się szybko, niosąc płaskie tablice i niewielkie metalowe pojemniki. Rozmawiali między sobą, ale Eveline nie rozumiała słów. Kiedy jeden z nich odwrócił głowę, jego twarz pozostała niewyraźna. Widziała biel kołnierza, ciemne włosy i błysk ozdoby przy szyi.

Próbowała podejść bliżej. Sala przesunęła się przed jej oczami. Teraz znajdowała się przy wysokim pulpicie z białego kamienia. Przed nią leżały rozłożone dokumenty, a obok stał płytki kielich wypełniony ciemnym płynem. Eveline nie zdecydowała, że chce tu podejść. Nie pamiętała również przejścia przez salę.

Złote linie przecinały powierzchnię pulpitu, tworząc drobny wzór przy krawędzi. Nie znalazła ani jednej rysy.

W sklepie Vaelena widywała przedmioty zachowane w doskonałym stanie, ale zawsze potrafiła wskazać miejsce, w którym czas pozostawił choćby niewielki ślad. Tutaj nie było startych narożników, zadrapań ani zmatowiałych powierzchni. Nawet miejsca, których ludzie dotykali najczęściej, pozostawały gładkie. Biel przypominała porcelanę, miejscami kość, a tam, gdzie przechodziło przez nią światło, polerowany kamień.

Z drugiej strony sali dobiegły podniesione głosy. Eveline odwróciła się. Przy jednym z łuków stał młody mężczyzna. Miał ciemne włosy, szlachetne rysy i ubranie z białego materiału przeszywanego złotymi nićmi.

Vaelen. Nie, jeszcze nie Vaelen, którego znała. Valerian.

Wyglądał na trzynaście, może czternaście lat. Był szczuplejszy, niższego wzrostu, lecz miał ten sam sposób unoszenia głowy, kiedy uważał, że ktoś niepotrzebnie zabiera mu czas.

— Powiedziałem, że chcę to zobaczyć — oznajmił.

Przed nim stał starszy mężczyzna z tablicą w dłoniach. Jego twarz pozostawała niewyraźna, choć Eveline dostrzegała srebrną sprzączkę przy jego pasie.

— Wasza Wysokość, przygotowania jeszcze nie zostały zakończone.

— Nie pytałem, czy zostały zakończone.

Valerian wyciągnął rękę po tablicę. Mężczyzna zawahał się, ale mu ją oddał.

Eveline przyglądała się twarzy młodego księcia. Widziała, jak mruży oczy, kiedy czyta, jak porusza brwiami, i małą bliznę na palcu, którym przesuwał po zapisanych znakach. Wszystko było ostre i wyraźne.

Za jego ramieniem stała jeszcze jedna postać. Miała podobny wzrost, ciemne włosy i białą szatę, lecz Eveline nie mogła rozpoznać twarzy. Kiedy próbowała się jej przyjrzeć, obraz stawał się mniej wyraźny. Pozostawał jedynie zarys ramion i ciemna plama włosów.

Valerian oddał tablicę.

— Niech skończą przed wieczorem.

— Nie możemy obiecać, że...

— W takim razie niech pracują szybciej.

Odwrócił się i ruszył w stronę kolejnego przejścia. Eveline poszła za nim, chociaż nie miała pewności, czy to ona się porusza. Białe ściany mijały ją bezszelestnie. Przez otwarte łuki widziała ogrody otoczone wysokimi, gładkimi murami. Rosły tam drzewa o srebrzystych liściach i niskie krzewy z drobnymi kwiatami. Nad ich koronami wznosiły się białe wieże.

Żadna nie przypominała zamków Kadenu ani Vermaaru. Eveline miała przed oczami Białą salę w Veyr. Ten sam sposób prowadzenia ścian, podobne łuki, powierzchnie bez widocznych połączeń.

Valerian zszedł po kilku szerokich stopniach. Obraz zmienił się ponownie.

Eveline stała w progu pracowni. Pod jej stopami biegła złota linia. Nikt na nią nie patrzył. Przed nią stał długi stół zastawiony metalowymi narzędziami. Nad jego blatem wisiały lampy pozbawione płomieni. Wzdłuż ściany ciągnęły się szafy z przezroczystymi drzwiczkami, za którymi spoczywały pierścienie, cienkie płytki i przedmioty przypominające niewielkie zegary. Między narzędziami na stole leżał mały drewniany konik. Jedną nogę miał przyklejoną, a nadmiar kleju zaschnął przy połączeniu.

Przy stole pracował mężczyzna w białej szacie. Miał podwinięte rękawy, a przy jednym z łokci materiał był zabrudzony ciemnym smarem. Wyglądał na niespełna czterdzieści lat. Włosy miał krótko przycięte, a na twarzy nie było jeszcze bruzd. Obie ręce były ludzkie.

Eveline pomyślała o metalowych palcach, które przed chwilą zaciskały się na krawędzi fotela.

Patrzyła, jak podnosi niewielki klucz. Obrócił go między palcami, sprawdził końcówkę i wsunął w szczelinę jednego z urządzeń. Drugą dłonią przytrzymywał metalową płytkę. Znała ten ruch.

— Tempo! — zawołał Valerian.

Mężczyzna nie podniósł głowy.

— Jestem zajęty.

— Ojciec chce, żebyś przyszedł.

— Ojciec może zaczekać.

Valerian zatrzymał się przy stole.

— To król.

— Wiem. Kazał mi przygotować to urządzenie, zanim przyjdzie je obejrzeć.

Odłożył klucz i wyjął spod blatu niewielkie szczypce.

Młody książę przyglądał mu się przez chwilę, po czym podniósł z tacy metalowy pierścień.

— A to do czego?

— Odłóż.

Valerian obrócił pierścień w dłoni. Mężczyzna wyciągnął rękę, zabrał mu go i położył z powrotem na tacy.

— Kiedy skończę, sam ci pokażę.

Valerian nie wyglądał na zadowolonego. Odsunął się od stołu i zaczął oglądać stojące pod ścianą urządzenia.

Eveline chciała podejść bliżej mechanika, ale nie mogła zejść z progu. Widziała jego dłonie, bez blizn i metalowych przegubów. Na jednym z palców miał niewielkie oparzenie, tuż przy paznokciu.

Otworzyła usta. Nie usłyszała własnego głosu. Zamiast tego poczuła metaliczny smak na języku.

Biel pracowni zadrżała. Przez środek stołu przebiegła ciemna smuga, a głos Tempa dobiegł z ogromnej odległości.

— Eveline!

Chciała mu odpowiedzieć. Zobaczyła przez moment swoją dłoń zaciśniętą na poręczy fotela. Na grzbiet dłoni kapała krew.

— Słyszysz mnie? Eveline, powiedz...

Biała pracownia wróciła, zanim usłyszała resztę. Tempo nadal stał przy stole, lecz Valeriana już przy nim nie było. Na blacie leżał otwarty mechanizm, a w jego wnętrzu poruszały się cienkie złote pierścienie.

Mężczyzna wyprostował się i rozejrzał po sali.

— Możesz wejść.

Drzwi po przeciwnej stronie otworzyły się bezszelestnie. Weszła kobieta. Miała na sobie białą suknię, znacznie prostszą niż stroje pozostałych mieszkańców pałacu. Włosy upięła nisko, pozostawiając przy twarzy kilka luźnych pasm. Na szyi nosiła srebrny medalion. Medalion był niewielki, owalny, z delikatnym wzorem biegnącym wzdłuż krawędzi. Srebro nie miało ciemnych śladów po nieumiejętnym czyszczeniu. W zagłębieniach ornamentu zachował się równy połysk. Zapięcie również było inne.

Eveline pamiętała egzemplarz, który starszy mężczyzna przyniósł do sklepu Vaelena. Oglądała go przy ladzie, a potem wskazywała lordowi wymienione mocowanie i ślady polerowania.

Tutaj srebrne ogniwo łączyło się z łańcuszkiem bez widocznej naprawy. Wzór przy zapięciu był ciągły, wykonany tą samą ręką co ornament na medalionie.

Ten sam przedmiot. Jeszcze nieuszkodzony.

Kobieta podeszła do stołu i stanęła obok Tempa.

Eveline chciała podejść bliżej, lecz obraz zatrzymał się na medalionie. Widziała srebro i jasną skórę szyi. Teraz nosiła go Florentina. Dopiero wtedy zaczęła przyglądać się twarzy kobiety. Miała delikatne rysy i niebieskie oczy, takie same jak Vaelen. Przy lewym uchu wymknął się jej kosmyk włosów, który odgarnęła niecierpliwym ruchem.

Eveline spróbowała zrobić krok. Kobieta powoli odwróciła głowę od Tempa i spojrzała prosto na Eveline. Nie spuszczała z niej oczu. Tempo nadal zajmował się urządzeniem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania