Sklep rzeczy utraconych - rozdział 77
Eveline przesunęła się o krok wzdłuż złotej linii. Kobieta podążyła za nią wzrokiem.
Eveline zatrzymała się. Tempo nadal pochylał się nad urządzeniem, a przy drzwiach ktoś przechodził z metalową tablicą pod pachą. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że kobieta odsunęła się od stołu.
Zrobiła jeszcze jeden krok. Kobieta znów odwróciła głowę w jej stronę.
— Wrócisz — powiedziała kobieta.
Eveline otworzyła usta. Nie zdołała wydobyć głosu.
Kobieta patrzyła na nią jeszcze przez chwilę, po czym wyciągnęła rękę. Eveline odruchowo uniosła własną. Ich palce dzieliła niewielka odległość, ale kiedy spróbowała jej dotknąć, biel pracowni rozlała się po dłoni kobiety. Zniknęły narzędzia, stół i sylwetka Tempa. Ostatni rozpłynął się srebrny medalion.
Eveline cofnęła rękę. Pod stopami nadal miała białą posadzkę, lecz znalazła się w innej sali.
Światło było tu słabsze. Wysokie ściany niknęły w mlecznej poświacie, a ludzie stojący przy wejściu wyglądali na sylwetki bez twarzy. Jedynie kobieta z medalionem pozostawała wyraźna. Stała przy białym fotelu, otoczonym pierścieniami ze złotymi liniami.
Eveline znała ten fotel.
To samo szerokie siedzisko. Te same zagłębienia na przedramiona i obręcz umocowana do oparcia. Nawet podpórka pod stopy znajdowała się na tej samej wysokości. Przesunęła palcami po własnym ramieniu. Nie poczuła metalu, lecz pamiętała jego ciężar.
Przy kobiecie stał Valerian. Miał na sobie białą szatę, a włosy opadały mu na czoło. Niecierpliwość, którą Eveline widziała wcześniej w pracowni Tempa, ustąpiła miejsca skupieniu. Patrzył na fotel.
— Ja usiądę — powiedział.
Z głębi sali dobiegł męski głos.
— Nie ty.
— Ojcze...
— Severian.
Rozpoznała głos, który obiecywał jej imiona. Ten sam spokojny ton, nieznoszący sprzeciwu.
Obok Valeriana poruszyła się niewyraźna postać. Chłopiec miał podobny wzrost, a ciemne włosy sięgały mu niemal do kołnierza. Eveline próbowała dostrzec jego twarz, ale im uważniej patrzyła, tym bardziej rozmywał się jej zarys. Severian ruszył w stronę fotela.
Matka weszła mu w drogę. Położyła dłoń na jego ramieniu i zatrzymała go przed pierwszym stopniem podwyższenia.
— Ja — powiedziała.
— Matko? — zapytał Valerian.
Kobieta nie cofnęła ręki z ramienia Severiana.
— Odsuń się, proszę.
Chłopiec pozostał na miejscu. Dopiero gdy matka łagodnie go popchnęła, ustąpił jej przejścia.
Eveline czekała na sprzeciw króla.
Głos nie odpowiedział.
Kobieta zdjęła z szyi medalion. Łańcuszek zaczepił się o spinkę we włosach. Uwolniła go ostrożnie, a potem zwróciła się do Valeriana.
— Weź.
Chłopiec nie wyciągnął ręki.
— Przecież nie musisz.
— Valerianie.
— Powiedział, że Severian.
— Słyszałam.
Podała mu medalion ponownie. Tym razem ujęła jego dłoń i położyła srebro na otwartej ręce. Valerian patrzył na przedmiot, dopóki matka nie zamknęła mu palców. Eveline znała każde zagłębienie przy jego krawędzi. Teraz medalion połyskiwał w dłoni chłopca.
— Medalion — odezwał się głos króla.
— Połóż go na pulpicie — powiedziała matka.
Valerian nie ruszył się od razu. Trzymał srebro tak mocno, że łańcuszek wcisnął mu się między palce.
— Idź — dodała ciszej.
Przeszedł obok fotela. Przy pulpicie zatrzymał się nad płytkim, owalnym zagłębieniem i dopiero po chwili umieścił w nim medalion. Złota linia rozjarzyła się wokół srebra.
Eveline podeszła bliżej kobiety.
— Nie siadaj!
Nie usłyszała własnego głosu. Kobieta minęła ją bez najmniejszego poruszenia sukni.
— Nie siadaj — powtórzyła Eveline.
Wyciągnęła rękę, próbując chwycić ją za nadgarstek. Jej palce przeniknęły przez jasny materiał.
Kobieta usiadła.
Zanim oparła się o wysokie oparcie, poprawiła suknię pod kolanami i odsunęła włosy za plecy. Przez moment patrzyła na Valeriana, który pozostał przy pulpicie. Potem ułożyła przedramiona w zagłębieniach.
Dokładnie tam, gdzie Eveline położyła swoje.
Złote linie pod jej palcami rozjaśniły się, choć nikt nie poruszył żadnej dźwigni. Kobieta chciała poprawić rękaw. Lewa ręka została na miejscu. Spojrzała na nią i szarpnęła całym ramieniem. Przedramię nie oderwało się od zagłębienia.
Severian stał jeszcze przy podwyższeniu. Teraz wszedł na stopień i chwycił matkę za nadgarstek. Pociągnął raz, potem drugi. Ręka matki ani drgnęła.
— Severianie — powiedziała matka. — Odejdź.
Chłopiec nie puścił. Przez moment Eveline zobaczyła zarys jego policzka i kącik ust, zaciśnięty tak samo jak u Valeriana. Potem twarz znów się rozmyła.
Z głębi sali nie padło ani jedno słowo.
Pod dłonią syna palce matki wygładziły materiał rękawa. Cofnęły się i wygładziły go znowu, tym samym ruchem co przed chwilą. Kobieta spojrzała na nie i zacisnęła usta. Palce nie przestały. Dłoń Severiana zacisnęła się mocniej na jej nadgarstku.
— Nie — wyszeptała Eveline.
Zamknęła oczy. Pod powiekami nadal widziała białą salę. Słyszała szelest rękawa pod jej palcami i stuk metalowej części przesuniętej gdzieś za fotelem. Otworzyła oczy. Matka Valeriana siedziała wyprostowana, z dłońmi na poręczach. Nad jej ramionami wisiała obręcz. Zza fotela dobiegł cichy szczęk i metal drgnął. Severian cofnął się ze stopnia. Eveline nie chciała oglądać, jak opada.
Biel rozdarła się w poprzek.
Wrócił ból.
Najpierw poczuła wilgoć na górnej wardze. Coś spłynęło jej do ust. Krew miała cierpki, metaliczny smak. Chciała otrzeć twarz, lecz obręcz trzymała jej ramiona przy oparciu. W uszach zrobiło się gorąco, a przeciągły szum zagłuszył głosy w pracowni.
Tempo klęczał przy jej lewym boku. Ostrze piłki było już pod siedziskiem i Eveline czuła w siedzisku drobne, równe szarpnięcia. Poruszał ustami, ale rozróżniała jedynie urywki słów.
— ...imię. Eveline...
Chciała powiedzieć, że go słyszy. Zamiast tego znów ujrzała zamkowy korytarz.
Ściany były ciemniejsze niż w pracowni, a światło padało z dwóch lamp ustawionych przy biurku. Za biurkiem siedział przełożony kancelarii. Miał przed sobą rozłożoną księgę i list zamknięty zielonym woskiem. Obok stał drugi mężczyzna. Jego twarz pozostawała poza zasięgiem wzroku. Eveline widziała tylko ramię w ciemnym rękawie i dłoń w rękawiczce, która przesunęła list bliżej urzędnika. Zielona pieczęć znalazła się pośrodku blatu, a przełożony kancelarii sięgnął po nóż do papieru.
— Reinout.
Imię zabrzmiało wewnątrz głowy Eveline, tym samym spokojnym głosem, który obiecywał jej odpowiedzi.
Gerrit. Reinout.
Obraz biurka zaczął ciemnieć.
— Tempo...
Poruszyła ustami, ale zdołała jedynie wciągnąć powietrze. Gorąco w uszach wzrosło. Krew spływała jej już po brodzie. Każde uderzenie serca odzywało się bólem za oczami.
Szarpnięcie piłki pod siedziskiem przywróciło jej pracownię. Za szybą stał Strateg, a obok niego Trist. Złote linie na pulpicie świeciły tak mocno, że Eveline nie widziała już drobnych znaków na jego powierzchni.
Tempo chwycił ją za brodę zdrową ręką.
— Eveline. Tutaj.
Próbowała skupić wzrok na jego twarzy. Czuła w gardle słowo, którego nie zamierzała wypowiadać. Przycisnęła język do podniebienia. Nic to nie dało.
— Wrócisz.
Głos wydobył się z jej ust spokojnie i wyraźnie.
Nie należał do niej.
Tempo cofnął rękę. Pracownia ucichła. Eveline nadal słyszała szum we własnych uszach, ale widziała, że wszyscy zwrócili się ku fotelowi.
Florentina ruszyła od drzwi. Dowódca zastąpił jej drogę, unosząc ramię. Królowa próbowała go minąć, lecz zatrzymała się, kiedy wskazał jej obręcz i biegnące od niej przewody.
Vaelen zrobił krok w stronę Eveline i zatrzymał się przy podstawie podwyższenia. Patrzył na nią z ustami lekko rozchylonymi. Nie pytał o krew ani o to, co zobaczyła. Przechylił nieznacznie głowę, nasłuchując.
W gardle Eveline nadal tkwiło kolejne słowo. Wystarczyłoby otworzyć usta, żeby je wypowiedzieć, i właśnie dlatego zaciskała zęby.
Vaelen przysunął się bliżej.
— Matko? — powiedział cicho.
Eveline widziała, że czeka.
Za szybą maska Stratega zwróciła się w stronę fotela. Przez chwilę stał nieruchomo przy pulpicie, a potem podszedł do cylindra. Był wysoki i przejrzysty. W jego wnętrzu, pośród przewodów, spoczywała głowa króla Archen. Złote linie oplatające podstawę wciąż płonęły.
Strateg położył na cylindrze dłoń w rękawiczce, płasko, tak jak kładzie się dłoń na czymś ciepłym.
— Severian? — Vaelen oderwał wzrok od Eveline.
Strateg przesunął rękę niżej. Eveline nie widziała, czego dotknął, ale rozpoznała ruch, gdy wyciągnął ciężki metalowy przedmiot z uchwytu przy podstawie.
Vaelen ruszył w stronę szyby.
— Severian!
Dwaj strażnicy zastąpili mu drogę. Odepchnął pierwszego, lecz drugi chwycił go za ramię. Vaelen szarpnął się tak gwałtownie, że na jego koszuli pojawiła się ciemna plama. Materiał przesiąkał krwią tuż przy opatrunku.
Za szybą Strateg uniósł metalowy przedmiot. Eveline zobaczyła pierwsze uderzenie. Cylinder pękł przy podstawie. Złote światło rozbiegło się po szczelinie. Głowa w jego wnętrzu drgnęła.
— Severian, przestań!
Drugiego uderzenia Eveline nie zobaczyła. Ból przeszedł przez jej skronie i zmusił ją do zamknięcia oczu. Usłyszała głuchy trzask, a zaraz potem ostry dźwięk pękającego szkła. Kiedy otworzyła oczy, Trist stała przy pulpicie z dłonią na dźwigni. Jej palce obejmowały uchwyt, lecz nie przesunęła go ani odrobinę.
Strateg podniósł narzędzie po raz trzeci.
Cylinder zapadł się do środka.
Eveline poczuła gwałtowne szarpnięcie pod żebrami. Wygięła plecy, ale obręcz przytrzymała ją przy oparciu. Przed oczami znów pojawiła się kobieta w jasnej sukni. Siedziała w białym fotelu, z dłońmi w zagłębieniach, i obróciła głowę w stronę Valeriana. Eveline dostrzegła ruch jej ust, lecz nie usłyszała słów. Złota linia przebiegła przez jej twarz.
Kobieta zgasła w pół ruchu.
W pracowni rozległ się trzask. Lampy za szybą przygasły, jedna po drugiej. Światło w przewodach płynących ku fotelowi zatrzymało się, a potem zaczęło cofać do podstawy.
Eveline poczuła ulgę. Nie przyszła stopniowo. Rozlała się po niej wraz z ustępującym bólem, tak głęboka, że przez moment chciała zamknąć oczy i pozwolić jej trwać.
Nie była jej własna.
Za szybą zapadła ciemność. Zostały tylko dwie lampy przy wejściu. Eveline nie widziała już głowy ani tego, co zostało z cylindra. Vaelen stał przy szybie. Jeden ze strażników nadal trzymał go za ramię. Krew przesiąkała mu przez koszulę, lecz nie próbował jej zatamować.
Florentina wyrwała się dowódcy i podbiegła do podwyższenia.
— Eveline!
Tempo był już przy podstawie fotela.
— Nie ruszaj się.
Eveline chciała odpowiedzieć, że nawet gdyby spróbowała, nie mogłaby, ale nie miała siły mówić.
Tempo przerwał piłowanie i szarpnął obręcz metalową dłonią, sprawdzając, czy po zgaśnięciu linii blokada puściła. Metal zazgrzytał i został na miejscu.
Tempo zaklął pod nosem.
Eveline poczuła kolejną kroplę krwi na ustach. Spróbowała ją zlizać, ale język miała zdrętwiały.
— Tempo...
— Słyszę cię.
Nie podniósł głowy. Wrócił do piłki. Za ich plecami dowódca kazał jednemu z żołnierzy przynieść więcej światła.
— Nie poruszaj nogą.
Przesunął ostrze głębiej pod siedzisko. Eveline czuła jego drgania tuż przy udzie. Od skóry dzieliła je zaledwie szerokość dłoni. Ostrze wgryzało się w zaczep powoli. Tempo kilkakrotnie zmienił ułożenie narzędzia. W końcu przycisnął metalową dłoń do podstawy fotela, a zdrową chwycił piłkę.
Za szybą coś ciężkiego osunęło się na podłogę. Eveline nie odwróciła głowy.
Tempo przesunął piłkę o szerokość palca. Ostrze zazgrzytało o metal. Przerwał, wsunął je głębiej i spróbował jeszcze raz.
Obręcz nie puściła.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania