Poprzednie części:  Sklep rzeczy utraconych
Pokaż listęUkryj listę

Sklep rzeczy utraconych - rozdział 78

Obręcz nie puściła.

Tempo zostawił piłkę w szczelinie i wsunął dwa metalowe palce pod zaczep. Eveline usłyszała zgrzyt i poczuła, że coś poruszyło się za jej plecami. Spróbowała unieść ramię. Obręcz nadal przyciskała je do oparcia.

— Nie puści — powiedział Tempo.

Od strony sali za szkłem dobiegł metaliczny stuk. Strateg stał przy pulpicie, z dłonią opartą na jednej z dźwigni. Nie patrzył na nich. Przez pęknięty cylinder nie było już widać głowy króla, jedynie przewody zwisające ponad rozbitą podstawą.

Tempo wsunął palce głębiej. — Nie zamykaj oczu. Słyszysz? Nie zamykaj.

Eveline próbowała odpowiedzieć. Język miała zdrętwiały, a każdy oddech pozostawiał na podniebieniu smak krwi.

Piłka wysunęła się ze szczeliny i upadła na posadzkę. Tempo chwycił zdrową ręką za krawędź fotela i zaparł się nogą o podwyższenie. Metalowe palce zgięły się pod zaczepem. Eveline usłyszała chrobot przekładni, a po nim krótkie, suche uderzenie wewnątrz mechanicznego nadgarstka. Tempo zaklął.

Jego zdrowa dłoń drżała, kiedy ponownie sięgnął do zaczepu. Eveline dostrzegła ciemny otwór między metalowymi płytkami. Jedna z nich wysunęła się z nadgarstka i zwisała na wąskim przegubie.

— Tempo...

— Patrz na mnie.

Wsunął metalową dłoń pod obręcz i naparł całym ciężarem. Coś strzeliło. Z mechanicznego nadgarstka wyskoczył niewielki sworzeń, uderzył o kamień i potoczył się po stopniach. Tempo nie puścił. Pod siedziskiem coś trzasnęło głucho, a zaczep pękł.

Obręcz odskoczyła.

Za szkłem Strateg szarpnął dźwignią, raz i drugi. Pod siedziskiem nic się już nie poruszyło.

Eveline osunęła się na bok. Tempo złapał ją zdrowym ramieniem, zanim spadła z fotela. Jego mechaniczne palce pozostały rozwarte. Spróbował je zgiąć, ale odpowiedziało mu jedynie ciche terkotanie.

Na podwyższenie wbiegła Florentina. Przyklękła obok Eveline i otarła jej brodę rękawem czarnej sukni. Na materiale pozostała szeroka, ciemna smuga.

— Eveline, słyszysz mnie?

Słyszała. Głos przyjaciółki dochodził jednak z daleka, stłumiony, podobny do słów wypowiadanych pod wodą.

— Tempo — wyszeptała.

— Już. Siedź.

Nie wiedziała, czy potrafiłaby wstać. Pod palcami czuła zimny kamień, a w głowie nadal rozbrzmiewały dwa imiona.

Gerrit. Reinout.

Powinna powiedzieć Florentinie. Zamiast tego przyglądała się krwi na jej rękawie. Nie żałowała, że je poznała. I tego wstydziła się najbardziej.

Za szkłem Strateg puścił dźwignię i sięgnął do drugiej, niżej, przy samej krawędzi pulpitu. Przesunął ją do końca.

Z głębi posadzki dobiegło stuknięcie. Odpowiedziało mu drugie, cięższe, spod ściany, a potem trzecie, tuż pod dłonią Eveline. Cofnęła rękę. Kamień był ciepły.

Dźwięki biegły wzdłuż korytarzy. Najpierw jeden za drugim, następnie po kilka naraz. Gdzieś pod pracownią rozległ się głuchy trzask, a podobny odgłos odpowiedział mu z oddali. Stuknięcia oddalały się pod posadzką, powracały echem zza ścian i rozchodziły coraz dalej. Straciła rachubę.

— Zgasło wszystko — powiedział Tempo. — Te zamki nie powinny się ruszyć.

Za szkłem Trist cofnęła dłoń od pulpitu. Nie spojrzała na Stratega. Ruszyła w stronę przejścia po przeciwnej stronie sali, unosząc suknię ponad rozlanym na posadzce płynem. W progu zatrzymała się i odwróciła, ale nie do niego. Patrzyła na Eveline. Potem zniknęła w ciemności.

Z góry dobiegł dzwon. Eveline znała jego głos. Słyszała go podczas pogrzebu króla. Teraz uderzenia były szybsze, nierówne. Do pierwszego dzwonu dołączył drugi.

Żołnierz stojący przy szafach podniósł głowę.

— Panie dowódco... — zaczął i nie dokończył.

Za wysokimi szafami coś uderzyło w ścianę. Drzwiczki jednej z nich otworzyły się z trzaskiem, a przez szparę między meblami wysunęła się czarna łapa. Pazury przeorały kamień. Szafa zachwiała się i odsunęła od ściany. Za nią stały otworem metalowe drzwi, których żołnierze pilnowali od dwóch dni.

Wyłonił się łeb bestii.

Czarne płyty zachodziły na siebie od karku aż po policzki. Między nimi sterczała ciemna sierść, miejscami mokra i posklejana. Zwierzę otworzyło paszczę. Zęby błysnęły w świetle lamp, a gorący oddech poruszył papiery leżące na najbliższym stole.

Żołnierz rzucił się w stronę wyjścia. Bestia dopadła go, zanim zdołał odwrócić się całym ciałem. Uderzyła barkiem w jego pierś i odrzuciła pod ścianę.

Eveline rozpoznała mężczyznę, gdy przewrócił się na bok. To on poprzedniego dnia zatrzymał się przy przejściu i pytał, czy ktoś jeszcze znajduje się w podziemiach.

Teraz leżał przy przewróconym krześle, z głową wygiętą w stronę, w którą głowa nie powinna się wyginać. Oczy miał otwarte. Miecz wypadł mu z ręki i przesunął się po kamieniu.

Nie podniósł się.

— Wyprowadzić królową! — rozkazał dowódca. Florentina nie ruszyła się od razu.

— Eveline!

Dwaj żołnierze zasłonili jej drogę do fotela. Dowódca chwycił ją za ramię i poprowadził ku wyjściu. Jeszcze raz zawołała Eveline, lecz jej głos utonął w ryku bestii.

Tempo sięgnął zdrową ręką do torby z narzędziami, która wciąż stała przy fotelu, i wyciągnął pistolet owinięty w natłuszczoną szmatę. Zerwał szmatę zębami i rzucił pistolet Vaelenowi przez stopnie. Vaelen złapał go i stanął między zwierzęciem a podwyższeniem. Na jego koszuli krew rozeszła się szeroką plamą od miejsca, gdzie wcześniej znajdował się opatrunek.

Bestia ruszyła. Vaelen strzelił. Wzdłuż lufy błysnęła niebieska linia, a smuga światła rozprysła się białymi iskrami na płycie nad łapą. Vaelen odskoczył w bok. Pazury rozbiły krawędź fotela, z którego Tempo przed chwilą uwolnił Eveline. Odłamki metalu rozsypały się po stopniach.

Z wejścia za szkłem wyszedł Strateg. Narzędzie, którym rozbił cylinder, zostawił za szybą. W opuszczonej dłoni trzymał pistolet. Bestia stała mu na drodze. Kiedy się zbliżył, cofnęła łeb i przepuściła go, nie odwracając się. Szedł prosto ku podwyższeniu.

Vaelen zszedł ze stopnia i stanął przed bratem, z bronią przy piersi. Strateg zatrzymał się kilka kroków przed nim. Żaden się nie odezwał.

Bestia rzuciła się na Vaelena z boku. Uchylił się i strzelił z bliska w szczelinę pod płytą na barku. Zwierzę zawyło. Vaelen od razu wrócił na miejsce, między Strategiem a fotelem, i nie spuszczał z brata oczu. Strateg uniósł pistolet i wycelował w niego. Nie strzelił. Czekał.

Bestia szarpnęła się po raz drugi. Vaelen nie zdążył wymierzyć. Pazury przeszły mu po ramieniu i odrzuciły go o krok w tył. Plama na koszuli się powiększyła. Strateg postąpił o ten sam krok naprzód, w miejsce, które Vaelen właśnie stracił.

Zwierzę cofnęło się gwałtownie i uderzyło zadem w stół. Lampy posypały się na posadzkę, a stół przewrócił się na szafę. Szafa zachwiała się, po czym runęła na stojące za nią urządzenia. Szkło rozprysło się na kamieniu. Ze ściany wysunął się pęk przewodów. Z ich końców posypały się iskry.

Jedna spadła na rozlany olej.

Płomień przeszedł po posadzce wąskim językiem i rozlał się między Strategiem a podwyższeniem. Strateg cofnął się przed ogniem. Gorące powietrze uderzyło Eveline w twarz. Zakryła usta dłonią, lecz już przy pierwszym oddechu poczuła dym w gardle. Pachniał olejem i spaloną sierścią.

Tempo podniósł ją z podwyższenia. — Trzymaj się.

Przełożył jej rękę przez swoje zdrowe ramię, a gdy kolana się pod nią ugięły, przyciągnął ją do siebie i uniósł częściowo na bark. Mechaniczna dłoń zwisała mu przy boku, z palcami rozstawionymi pod nienaturalnym kątem.

Między nimi a wyjściem płonął przewrócony stół, a za ogniem bestia szarpała łbem, zrzucając z grzbietu iskry. Tempo zawrócił za fotel. Eveline dostrzegła niskie drzwi niemal ukryte w załamaniu muru. Za nimi rozległ się kolejny ryk.

Obejrzała się. Przez ogień widziała maskę Stratega zwróconą ku niej. Szedł wzdłuż ściany, szukając przejścia. Vaelen przesunął się w tę samą stronę i znów stanął mu na drodze. Ogień rozprzestrzeniał się za jego plecami. Dym przesłaniał już górną część pracowni. Eveline szarpnęła się w tamtą stronę. Tempo nie zwolnił.

Pchnął drzwi barkiem i wprowadził Eveline do ciemnego przejścia. Zamknęły się za nimi z ciężkim stukiem.

W korytarzu było chłodniej. Eveline oparła czoło o ramię Tempa. Jego koszula pachniała smarem, potem i dymem. Każdy krok sprawiał, że jej żołądek podchodził do gardła.

— Możesz iść? — zapytał.

— Spróbuję.

Postawił ją na nogach, ale nie zabrał ramienia. Musiała oprzeć się o niego niemal całym ciężarem.

Korytarz piął się stromo w górę. Minęli rozwidlenie, przy którym jedna odnoga schodziła w dół, i szli dalej, aż powietrze zrobiło się chłodniejsze. Na końcu podejścia, w murze na wysokości jej twarzy, znajdowała się krata. Wychodziła na górny taras dziedzińca. Spomiędzy prętów widać było niższą część, ze stajniami i bramą.

Eveline usłyszała krzyk, zanim zdołała rozpoznać ludzi biegnących między stajniami. Jedna z bram stała otworem. Żołnierze próbowali przeciągnąć przez nią ciężki wóz, lecz konie szarpały się w uprzęży.

Pomiędzy nimi przebiegła czarna bestia. W zębach wlokła człowieka za nogę. Krzyczał, dopóki nie zniknęła z nim za murem. Potem krzyk się urwał. Druga wspięła się na niskie zadaszenie i skoczyła w stronę schodów.

Przy stajniach palił się dach. Konie w środku krzyczały głosem, którego Eveline nigdy wcześniej u koni nie słyszała.

Dzwony biły ze wszystkich stron. Z oddali odpowiedział im trzeci, głębszy. Ponad tłumem przesuwała się wysoka sylwetka o metalowych barkach. Nie biegła. Ludzie rozstępowali się przed nią, przepychając i przewracając nawzajem. Rano Eveline szła tym dziedzińcem w żałobnym orszaku.

— Nie patrz.

Korytarz prowadził dalej, ku drzwiom, za którymi musiał być dziedziniec. Tempo zatrzymał się przed nimi. Za kratą coś uderzyło z hukiem o mur. Posypał się pył, a jeden z żelaznych prętów zadrżał.

— Nie tędy — powiedział.

Zawrócili do rozwidlenia. W kamieniu odnogi, która schodziła w dół, Eveline zobaczyła płytkie koleiny.

— W dół — powiedziała. — Do groty. Stamtąd jest tunel do składów.

Tempo nie zapytał, skąd wie. Odnoga opadała łagodnie, aż przeszła w strome schody. Na pierwszym stopniu Eveline potknęła się i musiała chwycić się muru.

— Licz stopnie — polecił Tempo.

Spróbowała. Trzy, cztery, pięć. Przy siódmym zapomniała, na którym się znajduje.

— Od początku.

Schodzili powoli. Tempo co kilka stopni zatrzymywał się, żeby poprawić jej rękę na swoim ramieniu. Metalowe palce stukały mu o biodro.

— Jeśli zaśniesz, zostawię cię tutaj.

— Nie zostawisz.

— Nie.

Eveline spróbowała się uśmiechnąć, ale twarz miała zdrętwiałą. Nie zapytała o Vaelena. Wciąż widziała jego plecy pośród ognia. Bała się, że Tempo odpowie.

Na kolejnym zakręcie usiedli na chwilę pod murem. Mechaniczna ręka Tempa zwisała bezwładnie, z otwartym nadgarstkiem.

— To ty zrobiłeś ten fotel?

— Nie.

Przesunęła palcem po zimnym metalu jego dłoni. W miejscu, gdzie wcześniej tkwił sworzeń, pozostała ciemna szczelina.

— A sworzeń?

— Sworzeń tak.

Spróbował zamknąć palce. Dwa poruszyły się nieznacznie, pozostałe ani drgnęły.

Z głębi przejścia dobiegł metaliczny krok. Przez chwilę słyszeli tylko trzask ognia, który niósł się szczelinami pod sklepieniem. Potem rozległ się drugi krok, w równych odstępach od pierwszego. Następny zabrzmiał bliżej.

Tempo podniósł Eveline. — Idziemy.

Przyspieszyli. Kamienne ściany zwężały się po obu stronach, a strop opadał coraz niżej. Eveline słyszała oddech Tempa przy własnym uchu. Musiał zatrzymać się dwa razy, żeby odzyskać siły.

Za nimi kroki nie przyspieszyły.

Gdy obejrzała się przez ramię, ujrzała wysoką postać wychodzącą zza zakrętu. Barki ocierały się o kamień. Ciemne płyty przesuwały się jedna po drugiej, odsłaniając cienkie, złote szczeliny. Pamiętała korytarz, w którym zginął Doorn, i ostrze wysuwające się z przedramienia.

— Tempo...

— Widzę.

Przestał ją prowadzić. Przesunął ją pod ścianę, tak żeby mogła oprzeć się plecami o kamień, i wysunął z pasa nóż.

Stwór zatrzymał się kilka kroków przed nimi. Eveline słyszała drobny szmer dochodzący z jego wnętrza. Pod jedną z płyt poruszało się coś ciężkiego. Głowa obróciła się najpierw ku niej. Zatrzymała się, dłużej, niż potrzeba, żeby kogoś zobaczyć. Dopiero potem zwróciła się ku Tempowi.

Płyta na przedramieniu stwora odsunęła się i z metalowym szczękiem wysunęło się ostrze.

Tempo uskoczył przed pierwszym ciosem. Stal uderzyła w mur i wyżłobiła w nim głęboką rysę. Tempo doskoczył z nożem, lecz jego ostrze ześlizgnęło się po płycie na brzuchu maszyny.

Stwór obrócił się bez pośpiechu. Drugi cios trafił Tempa w bok.

Eveline usłyszała krótki oddech i zobaczyła, jak Tempo osuwa się na jedno kolano. Nóż wypadł mu z dłoni. Przycisnął zdrową rękę do rany. Krew była ciemna i przeciekała mu między palcami.

Maszyna uniosła przedramię. Eveline odepchnęła się od ściany. Nie zdążyła pomyśleć o tym, co zamierza zrobić. Zobaczyła jedynie ostrze nad głową Tempa i metalowe ramię tuż przed sobą.

Położyła na nim dłoń.

Pamiętała chłód zbroi, której dotknęła kiedyś w podziemiach. Teraz zimno pojawiło się natychmiast, przechodząc przez skórę aż do kości. Pod stopami poczuła drżenie posadzki. W szczelinie między kamiennymi płytami, tuż przy murze, mignęła cienka złota linia.

Stwór znieruchomiał.

Ostrze zatrzymało się nad Tempem. Światło w szczelinach metalowych płyt zgasło, najpierw przy nadgarstku, potem na barku i piersi. Coś szarpnęło wewnątrz korpusu. Maszyna przechyliła się, uderzyła barkiem o mur i została przy nim z uniesioną ręką. Głowa jeszcze się poruszyła. Obróciła się powoli, z cichym zgrzytem, aż znów była zwrócona ku Eveline. Dopiero wtedy zamarła.

Eveline cofnęła dłoń. Nie czuła palców. Opuszki miała białe, a skóra na nich popękała jak po mrozie. Drętwienie przesunęło się do łokcia. Z nosa popłynęła jej krew. Chciała zrobić krok, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Osunęła się na kamień obok Tempa. Najpierw sięgnęła do jego twarzy. Oddychał.

Nie wiedziała, co zrobiła. Bała się dotknąć czegokolwiek tą ręką.

Tempo patrzył na jej rękę. Kiedy podniosła ją w jego stronę, cofnął się. Potem sam chwycił ją za nadgarstek, mocno.

Nie odezwał się. Zdrową ręką podciągnął rękaw do ust i rozdarł go zębami. Zwinął materiał w gruby wałek i przycisnął go do rany przedramieniem martwej ręki. Wolną dłonią odpiął pas, owinął go wokół tułowia i zacisnął na materiale, przytrzymując koniec zębami. Dopiero wtedy wstał.

— Wstawaj.

Pomógł jej dźwignąć się na nogi. Eveline chciała oprzeć się na własnych stopach, lecz kolana znów się ugięły. Tempo wciągnął ją na zdrowe ramię. Tym razem szedł wolniej, zatrzymując się przy każdym zakręcie. Materiał pod pasem pociemniał, zanim doszli do pierwszego z nich.

Korytarz rozszerzył się i przeszedł w grotę. Pod stopami zachrzęścił mokry żwir. Dym wpływał tu szczelinami od strony pracowni i zbierał się pod niskim skalnym stropem, coraz gęstszy. Gdzieś przed nimi, od strony bocznej wnęki, szczęknęły drzwi.

W głębi groty ktoś zapalił lampę.

Tempo stanął.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania